Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies



Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


26 styczniabł. Michał Kozal

Bł. Michał Kozal to biskup i męczennik II wojny światowej. Urodził się w 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku koło Krotoszyna w diecezji gnieźnieńskiej. Jego rodzice, Jan i Marianna byli rolnikami.

Michał skończył szkołę podstawową, następnie gimnazjum w Krotoszynie. Potem, w 1914 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, tzw. praktyczny, ukończył w Gnieźnie. Tam też 23 lutego 1918 r. otrzymał święcenia kapłańskie.

Bł. Michał pragnął potem podjąć studia specjalistyczne, uniemożliwiła mu to jednak nagła śmierć ojca, z powodu której musiał zająć się zapewnieniem utrzymania matce i siostrze. Przez kilka najbliższych lat pracował jako wikariusz w kilku różnych parafiach. Od początku był bardzo dobrym kapłanem, odznaczał się wielką gorliwością w prowadzeniu katechizacji, często spowiadał, z radością głosił Słowo Boże. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych. Przez cały ten czas poszerzał też swoją wiedzę dzięki samokształceniu.

W uznaniu zarówno gorliwej posługi kapłańskiej bł. Michała, jak też jego wiedzy, w 1927 r. prymas August Hlond mianował go ojcem duchownym Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Był to doskonały wybór, ponieważ bł. Michał okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów, którzy już wtedy uważali go za świętego męża. W 1929 r. Michał Kozal został mianowany rektorem Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Tę funkcję pełnił do  1939 r., kiedy to papież Pius XI mianował go biskupem pomocniczym we Włocławku. Konsekrowano go tuż przed II wojną światową – 13 sierpnia z rąk ks. biskupa Karola Mieczysława Radońskiego w katedrze włocławskiej.

Od pierwszych dni swojej posługi biskupiej bł. Michał zdobył u księży w swojej diecezji szczere oddanie, bezwzględny posłuch, głęboki szacunek oraz to co najcenniejsze – miłość swoich księży. Tych kilka tygodni sierpnia, które poprzedzały wybuch wojny, nowy biskup poświęcił sumiennemu przygotowaniu się do trudnych obowiązków wikariusza generalnego i oficjała sądu I i II instancji. Zasięgał rad wszędzie, gdzie tylko mógł: u ustępującego kanclerza Kurii, ks. kanonika Bolesława Kunki, u specjalistów różnych działów nauk teologicznych. W godzinach poza pracą składał wizyty księżom i urzędowym osobistościom w mieście, a przede wszystkim codziennie bywał w pięknym, stylowym kościółku seminaryjnym św. Witalisa, u stóp Eucharystycznego Serca Jezusowego. Zapewne tam nabierał sił do czekającego go męczeństwa.

Poza tym przecież wiódł normalne życie, wypowiadał się więc też i na tematy polityczne. W tych ostatnich dniach przed wybuchem wojny tak oceniał Niemców: „Niemców poznałem dobrze, jeszcze z tamtej wojny… Formalizm prawny i chęć zachowania pozorów sprawiedliwości nie pozwoliły im wtedy jeszcze na jaskrawą i niczym nieumotywowaną krzywdę indywidualną… Teraz jednak to szaleńcy… Nie przypuszczałem, że mogą być tak przewrotni i obłudni… W tych strasznych czasach, które nadchodzą, szczególnie dużo módlmy się za Polskę…”.

1 września Niemcy napadli na Polskę. Już od pierwszych dni wojny Włocławek był wielokrotnie bombardowany. Wobec planów obrony Wisły wydano nakaz opuszczenia domów leżących nad rzeką. Nakaz ten obejmował też i Michała Kozala. Biskup, zdecydowany pozostać ze swoimi wiernymi bez względu na niebezpieczeństwo, przeniósł się kilkaset metrów dalej, do gmachu seminarium duchownego, żeby mieszkańcom Włocławka dodawać otuchy, nieść pomoc i religijną pociechę. W tych dniach często można było charakterystyczną postać biskupa – szczupłą, lekko pochyloną – widzieć w drodze z seminarium duchownego do klasztoru oo. Reformatów, jak przemawiał do nieszczęśliwych, dodając im sił dobrym słowem, jak opatrywał rannych, jak jednał ludzi z Bogiem w Sakramencie Pokuty. Konfesjonał, w którym codziennie spędzał długie godziny, oblegany był przez tłumy włocławian. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem na te ciężkie dni dla licznych duchownych i świeckich.

14 września wojska niemieckie wkroczyły do Włocławka. Od początku robiono wszystko, żeby zatrzeć i zniszczyć tu ślady polskości. Włocławek odtąd miał się nazywać Leslau. Którejś nocy obalono i zniszczono wszystkie krzyże przydrożne, kapliczki i święte figury, które od wieków strzegły dróg i rozstajów. Tej samej nocy po nieudanej próbie zniszczenia zamalowano smołą płaskorzeźbę na zewnętrznej ścianie bazyliki włocławskiej, przedstawiającą popiersie papieża Piusa XI.

Biskup Kozal nie patrzył na to bezczynnie. Opracował memoriał z wyszczególnieniem tych wszystkich gwałtów i przesłał jako protest do władz niemieckich. Nieco później wystosował drugi protest, przeciw konfiskacie domu collegium vicariorum i wyrzuceniu mieszkających tam księży. Oba protesty pozostały bez echa.

15 i 22 października 1939 r. nastąpiły pierwsze aresztowania wśród duchowieństwa Włocławka. Osadzono w więzieniu, a potem wywieziono do obozów koncentracyjnych wszystkich księży prefektów i wszystkich księży, którzy uczyli w szkołach średnich, także innych przedmiotów niż religia. Biskup kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w tej sprawie, lecz bez rezultatu.

W drugiej połowie października bł. Michał został wezwany przez gestapo. Tam przedstawiono mu plany rzekomego uporządkowania życia religijnego w diecezji, żądając w tym celu spisu księży z Włocławka i okolic, ustalenia godzin nabożeństw w kościołach i głoszenia nauk w języku niemieckim. Przed odniesieniem się do tych żądań biskup poruszył sprawę aresztowanych księży, żądając ich uwolnienia. Gestapowcy obiecali sprawę wyjaśnić. Mimo to biskup odważnie przeciwstawił się Niemcom i nie zgodził się na głoszenie nauk po niemiecku. Jeszcze trzy razy odbyły się podobne spotkania na gestapo. Ostatnie 7 listopada 1939 r. po południu. Tego dnia biskup otrzymał wyjaśnienie, że aresztowanie księży było nieporozumieniem, że niedługo zostaną zwolnieni, i zapewnienie, że dalszych aresztowań księży nie będzie.

Tego samego dnia, 7 listopada wieczorem aresztowano biskupa Michała Kozala i wszystkich pozostających jeszcze we Włocławku biskupów i alumnów. Razem 44 osoby.

Gdy gestapowiec zjawił się wieczorem z nakazem aresztowania i dał biskupowi dziesięć minut na spakowanie rzeczy osobistych, bł. Michał dał przykład poczucia godności i męstwa. W pewnej chwili gestapowiec urągliwie położył mu rękę na plecach. Biskup strząsnął tę rękę i powiedział: „W więzieniu będziecie mogli robić, co i jak wam się spodoba, tu jednak jeszcze ja gospodarzem jestem. Prawem gospodarza tedy proszę nie zapominać, że stoi pan przed biskupem katolickim”.

Aresztowania tego dnia trwały do późna w nocy. Wszystkich zbierano na placyku przed gmachem seminarium duchownego. Stał tam już biskup Michał Kozal, witając gromadki aresztowanych uśmiechem, dodając im otuchy. Kiedy proszono go, żeby pozwolił wziąć swoją walizkę, odmówił grzecznie, ale stanowczo. Potem wszystkich zamknięto w dawnej kaplicy w więzieniu, a biskupa umieszczono w osobnej celi na wprost wejścia, wystawiając na szykany więziennych dozorców. W dzień i w nocy co pewien czas oświetlano celę reflektorami, żeby niepokoić więźnia. Przed drzwiami jego celi w dzień i w nocy wywoływano nazwiska więźniów prowadzonych na stracenie. W dzień i w nocy z trzaskiem otwierano drzwi, uderzano w nie kolbami, repetowano karabiny, żeby straszyć więźnia, że nadchodzi egzekucja. Do tego dołączył niepokój o resztę aresztowanych księży, o losy diecezji.

Po jakimś czasie wydano biskupowi pozwolenie na odprawianie w niedzielę Mszy św., nie wolno mu jednak było porozumiewać się z innymi więźniami, a czas Mszy ograniczono do pół godziny. Mimo wszystko dla uwięzionych księży była to wielka ulga i niebywałe wzruszenie.

Trwało to do 16 stycznia 1940 r. Tego dnia przed południem wszystkich księży załadowano, tak jak ładuje się towar lub zwierzęta, na dwa ciężarowe auta. Zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Tego dnia termometr pokazywał minus 21 stopni. W ciężarówkach nie było ani źdźbła słomy czy jakiejkolwiek innej ochrony przed mrozem. Wozy wyruszyły w drogę około czternastej, jechały szosą na Poznań, domyślano się, że do Niemiec.

Biskup Kozal, jak zwykle zachował spokój. Cieszył się, że jest razem z innymi, że odtąd będzie z nimi dzielił dolę i niedolę. Większą część drogi spędził na modlitwie, polecając wszystkich opiece Niepokalanej, Królowej Polski. Tymczasem robiło się coraz zimniej, wzmagała się zamieć. Gdy byli już niedaleko Lądu, wozy ugrzęzły w śniegu. Rozkazano księżom wysiąść i oczyszczać drogę. Zmarznięci byli tak, że nikt już nie czuł rąk, nóg, policzków, uszu. A gestapowcy w grubych kożuchach i filcowych butach przynaglali więźniów do pracy krzykiem i szturchańcami. Komendant konwoju z wrzaskiem napadł na bł. Michała: „Biskupie, obejmij dowództwo nad swymi ludźmi, niech sprawniej pracują”. Biskup odpowiedział mu dobitnie: „Od dowodzenia ty tu jesteś, nie ja”. Mało brakowało, a gestapowiec rzuciłby się na księdza, jednak – jak w wielu innych wypadkach – wyglądało jakby jakaś siła wstrzymała butnego Niemca tak, że nie tylko zamilkł, ale i sam się do roboty zabrał.

Wreszcie późnym wieczorem dojechano do Lądu, małej wioszczyny w powiecie konińskim. W dawnym opactwie cysterskim, a ostatnio gimnazjum salezjańskim, gestapo urządziło mały obóz przejściowy dla księży regencji poznańskiej i inowrocławskiej, do której należał Włocławek. Warunki pobytu w tym więzieniu były łagodniejsze: poza ograniczeniem swobody ruchów, kontrolą miejscowej policji i wizytami raz na miesiąc oficerów z gestapo, panowała względna swoboda. Wprawdzie panowała ciasnota, brakowało pościeli i sienników i wszystkich dręczyło dotkliwe zimno, jednak można było codziennie odprawiać Mszę św. w jednym z najpiękniejszych w Polsce barokowych kościołów, była też znaczna ilość sal wykładowych, co dało możliwość rozpoczęcia kursu teologii dla gromadki alumnów.

Umiejscowienie obozu ułatwiało też ciche rządy z ukrycia. W krótkim czasie nawiązano nici porozumienia ze wszystkimi ośrodkami w diecezji. Ks. biskup Kozal każdego tygodnia w swoim zamknięciu przyjmował po dwóch, trzech księży. Wszyscy wspominają, że cechowała go niezwykła prostota, wielka uprzejmość, serdeczna troska o los każdego ze współbraci, żywe zainteresowania sprawami poszczególnych parafii. Jednało u to serca wszystkich bez wyjątku i zyskiwało posłuch bez sprzeciwu. Rzadko kiedy biskup cieszy się taką powagą i oddaniem sobie duchowieństwa, jakimi cieszył się ten biedny więzień, w mniemaniu wroga pozbawiony urzędu. Znał jednak swoją diecezję i wszystkich sobie powierzonych wiernych tak, jak rzadko który biskup w okresie pokoju i wszystkich ich obejmował swoją serdeczną troską i modlitwą.

Tymczasem jednak trzeba było zająć się zdrowiem. Wszyscy, którzy odbyli drogę z Włocławka byli mniej lub bardziej chorzy. Biskup Kozal miał opuchnięte uszy, rany na rękach i nogach. Wielu cierpień przysparzał mu reumatyzm, który pogłębił się w celi więziennej. Na szczęście znalazły się leki i pomoc lekarska niesione przez lekarzy i aptekę w Słupcy, znalazła się też troskliwa opieka ze strony bliskich współwięźniów i okolicznej ludności.

W Lądzie, tak jak we Włocławku, godziny wolne od pracy najchętniej spędzał bł. Michał przed Najświętszym Sakramentem. Jezusowi powierzał swe troski o losy diecezji, Kościoła polskiego i ojczyzny. Tutaj, w Lądzie, biskup Michał Kozal złożył Bogu dobrowolną ofiarę ze swojego życia za ocalenie współbraci, Kościoła w Polsce i ojczyzny.

Być może Niemcy zauważyli wielki pozytywny wpływ biskupa na swoje otoczenie, zaczęli bowiem proponować mu, żeby opuścił swoje stadko i swoją diecezję. Najpierw proponowano mu objęcie biskupstwa w późniejszej Generalnej Guberni, potem wyjazd do Polski środkowej. Biskup odbył narady ze swoimi księżmi, po czym oświadczył, że on sam nie opuści swojej diecezji inaczej, jak tylko pod przymusem fizycznym. Powinni także, ze względów moralno-prawnych pozostać proboszczowie. Wszyscy inni natomiast mogą zgodzić się na propozycję Niemców. W ten sposób część więźniów została zwolniona.

15 sierpnia 1940 r. pierwsza grupa księży została wywieziona z Lądu do Dachau. Druga grupa pojechała 26 sierpnia. Bp Michał został tymczasem z kilkoma towarzyszami w Lądzie. Klasztor zajęło wojsko, uprzykrzając pobyt i szykanując pozostałych tu więźniów.

3 kwietnia 1941 r. bł. Michała wraz z pozostałymi więźniami przewieziono do Inowrocławia, do obozu koncentracyjnego. Od razu na początku rzuciła się na nich zgraja Niemców, którzy bili nielitościwie czym i gdzie popadło. Ze szczególną zaciekłością znęcali się nad ks. Kozalem, usłyszawszy, że to biskup. Następne dni nie były wiele lepsze. Zabrano księżom wszystko, co było dla nich cenne: medaliki, krzyżyki, różańce i inne świętości. Bł. Michałowi zabrano krzyż biskupi, pierścień i piuskę. Potem przekazano ich oprawcom, którzy znowu ich bili. Biskupowi Kozalowi, z racji jego godności, wymierzono podwójną chłostę. Bito go nawet po głowie, twarzy, uszach. Od tego czasu skarżył się na ból ucha i przez wiele miesięcy upadał na nogę.

9 kwietnia, w Wielką Środę, wywieziono biskupa Kozala z towarzyszami do Berlina. Przeprowadzono ich ulicami miasta w kajdanach, jak niebezpiecznych zbrodniarzy, do więzienia przy Alexander Platz. Tymczasem ten udręczony, chory człowiek, tak jak zazwyczaj, swoim dostojeństwem i wewnętrzną wielkością budził w otoczeniu cichy podziw i jednał sobie szczerą sympatię. We wspólnej celi berlińskiego więzienia grupa komunistów odstąpiła biskupowi i księżom swoje prycze, nie pozwalając im spać na kamiennej posadzce.

Potem, w drodze z Berlina do Dachau, w Halle, w Weimarze, w Norymberdze, więźniowie różnych narodowości, pod wrażeniem dostojeństwa, które biło od polskiego biskupa, przekradali się skrycie do jego celi i prosili o błogosławieństwo. I błogosławił polski biskup więźniów różnych narodowości, różnych przekonań politycznych, być może nawet różnych wyznań. Oni zaś na klęczkach przyjmowali ten znak łaski z wiarą, że błogosławieństwo otrzymane z rąk tego biskupa ma u Boga wagę szczególną.

Do Dachau bł. Michał dotarł 25 kwietnia 1941 r. Jak odbywało się przyjęcie do obozu, wszyscy wiedzą, pominę więc drastyczne opisy. Biskupowi dano numer obozowy 24 544. Zaprowadzono go do bloku 28, jednego z trzech, do których spędzono około dwóch tysięcy księży. Spotkał tu wielu swoich towarzyszy z więzienia włocławskiego i z Lądu.

Księża byli zwolnieni z pracy, w zamian jednak byli szykanowani nieustannie przez ss-manów. Nieustannie musieli zaściełać łóżka „na kant”, polerować miski do lustrzanego połysku, szorować podłogę. Za każde niewykonanie niemożliwych do wykonania poleceń byli bestialsko karani. Uczono ich niemieckich pieśni i nakazywano uprawiać „sport”, polegający na tym, że trzeba było padać w błoto, a Niemcy bili kijami po głowie i podkutymi buciorami deptali po tych, którzy nie dość głęboko zanurzali twarz w błocie. Biskup Michał ze swoją chorą nogą też musiał ten „sport” uprawiać.

Jedyną ostoją w tych warunkach była kaplica, w której odprawiana była jedna Msza dziennie i można było przyjąć Komunię św. Przy tym szedł naprzeciw śmierci pokornie z uśmiechem na twarzy. Kiedy życzono mu przy jakiejś okazji powrotu do Polski, odpowiadał: „…wy wrócicie, ja tu już zostanę. Zresztą wiecie, że życie moje już nie do mnie należy”.

Zbliżał się 13 sierpnia. Przyjaciele pragnęli spełnić największe pragnienie bł. Michała. Wspólne starania odniosły upragniony skutek i bp Michał Kozal otrzymał zezwolenie na odprawienie Mszy św. 13 sierpnia, w dniu rocznicy swej sakry biskupiej. Jego szczęście było tak wielkie, że przenikało całą jego osobę i ujawniało się na zewnątrz. Nawet władze blokowe na swój sposób starały się podkreślić ten uroczysty dzień: blokowy w czasie obiadu wywołał biskupa i ofiarował mu dolewkę zupy (pół litra wywaru z brukwi) i dokładkę ziemniaków (dwa ziemniaki w łupinach). Biskup od razu to dodatkowe pożywienie podarował jednemu z alumnów.

We wrześniu 1941 r. wydzielono spośród księży wszystkich Niemców i tych, którzy się poczuwali do wspólnoty z narodem niemieckim i umieszczono ich w bloku 26, gdzie była kaplica, izolując ściśle od Polaków drutami. Od tej pory dla polskich księży kaplica była zamknięta.

Pod koniec października przywieziono do Dachau nowy transport księży polskich. Żeby zrobić dla nich miejsce, przeniesiono mieszkańców bloku 28 do bloku 30 Warunki życia odtąd bardzo się pogorszyły ze względu na zwiększenie ciasnoty. Do tego coraz trudniej było znosić życie obozowe bez przydziału pracy. Po sześciu godzinach snu, po porannym apelu, cały dzień więźniowie musieli wystawać na placu obozowym, dźwigać stukilogramowe kotły z jedzeniem dla całego obozu. Na bloku nie wolno było przebywać nawet chorym, zwolnionym ze szpitala po ciężkiej chorobie. Każdego dnia spośród tych więźniów wybierano sobie robotników do prac dorywczych: zimą do uprzątania śniegu, z magazynu do roznoszenia bielizny, do przenoszenia łóżek, do wyładowania transportu, do posypywania piaskiem ulic itp.

Któregoś dnia jeden z izbowych bloku 23, robiąc porządek w szeregach, napadł na biskupa Kozala, bił go okrutnie po głowie i twarzy, a potem leżącego już okrutnie skopał i pastwił się nad nim przez dłuższy czas. Ucho po tym pobiciu zaczęło boleć na dobre. Innym razem zastępca obozowego, któremu coś się nie spodobało na „trzydziestce” napadł na pierwszego z brzegu księdza, którego pobił i skopał. I znów był to biskup Kozal.

Wydaje się, że te fakty pobicia nie były przypadkiem. Biskup znany był w całym obozie. A skąd? Był w Dachau zwyczaj, że przy okazji wizyt różnych dygnitarzy, naukowców, dziennikarzy itp. Wzywano czterech więźniów pod bramę, gdzie czekali, aż goście łaskawie zechcą ich zauważyć i o coś zapytać. Jednym z tych czterech zawsze był Michał Kozal. Przy okazji tego wystawania pod bramą często bywał pozbawiony obiadu, czekało się godzinami z odkrytą głową na zimnie, w słońcu czy na deszczu. Było to też niebezpieczne, ponieważ nie wolno było powiedzieć prawdy. Dlatego bł. Michał z reguły nie odpowiadał na pytania, bo nie chciał mijać się z prawdą.

Jedną z trudniejszych do zniesienia stron obozowego życia był głód. Po kilku miesiącach w obozie nikt już chyba nie ważył więcej niż czterdzieści kilogramów. Siły powoli opuszczały. Na ciele występowały plamy i obrzmienia. Puchły przede wszystkim ręce i twarz. Wielu więźniów szukało ocalenia gdzie się dało, nawet z poniżeniem godności ludzkiej. Grzebano w śmieciach, dojadano resztki po esesmańskich psach, zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. Na tym tle szczególnie godna szacunku była postawa bł. Michała, który chociaż sam chodził z trudem, bo nogi miał spuchnięte, na zniekształconej obrzmieniem twarzy, z czarną opaską na chorym uchu, dla każdego miał dobry, łagodny uśmiech i z wszystkimi, których uważał za słabszych od siebie, dzieli się swoimi głodowymi porcjami jedzenia. Kiedy pracujący, otrzymujący z tego powodu trochę większe porcje chleba, chcieli się z nim dzielić, odpowiadał pogodnie: „Bardzo dziękuję za dobre serce, ale proszę zjeść samemu za moje zdrowie”. Kiedy próbowano mu załatwić przydział do pracy, żeby mógł otrzymywać większe porcje żywności, mówił: „W obozie są inni, którzy potrzebują chleba”. Zgłosił się natomiast do roboty na plantacjach, gdzie dla polskich księży nie było dodatkowego chleba. Na plantacjach tych hodowano na wielką skalę zioła lecznicze. Pracował tam biskup na siedząco, pod dachem, we względnym spokoju, wyrabiając torby do nasion i ziółek.

Ucho dokuczało biskupowi bez przerwy. Chodził wprawdzie na opatrunki, ale nieleczona choroba postępowała naprzód.

Od listopada i grudnia 1942 r., pod wpływem klęsk na frontach, lekko złagodzono dyscyplinę obozową i pozwolono przesyłać więźniom paczki żywnościowe. Ksiądz Michał swoją pierwszą paczką, oczywiście, podzielił się z najbliższymi księżmi i alumnami. Dzięki tym paczkom zostało zażegnane widmo głodowej śmierci. Biskup Kozal wiedział jednak, że ofiara jego życia została przyjęta.

W tym czasie na bloku 30 wybuchł tyfus, ogłoszono kwarantannę, a blok odgrodzono drutami kolczastymi od innych bloków. Biskup Kozal czuł się coraz gorzej. Godzinami siedział przy stole, wsparłszy głowę na rękach. Pojawiła się gorączka, brak apetytu. Kapo szpitalny, który przybył na blok, żeby zadysponować, kto może być przyjęty do szpitala, brutalnie odtrącił bł. Michała. Obrzucając go wyzwiskami za udawanie choroby. Tymczasem jeszcze tej nocy biskup majaczył w gorączce. Następnych kilka dni już nie opuszczał łóżka. Rzadki chwile przytomności wypełniał żarliwą modlitwą, nie odwracając swojej uwagi od Boga, na którego czekał. Żegnał się ze współwięźniami, mówiąc znamienne słowa: „Wiecie, że życie moje już do mnie nie należy. Świta jutrzenka wolności. Już wam nie będę potrzebny. Odejdę od was”.

W tym stanie po kilku dniach zabrano bł. Michała do szpitala, gdzie zmarł 26 stycznia 1943 r. po południu.

Urzędowo ogłoszono, że umarł na tyfus, jednak najprawdopodobniej został dobity śmiercionośnym zastrzykiem. Mimo że współwięźniowie próbowali zachować ciało biskupa, spalono je w obozowym krematorium.

W obozie, gdzie śmierć była na porządku dziennym i mało kto ją zauważał, śmierć biskupa odczuli wszyscy. Ogół więźniów, w przeświadczeniu o świętości jego życia, za jego orędownictwem wzywał Boga w różnych potrzebach. Cichy kult biskupa zataczał coraz szersze kręgi. Po uwolnieniu z Dachau, latem 1945 r., ks. kanonik Bolesław Kunka z Włocławka opracował memoriał o męczeńskim życiu biskupa Michała Kozala, który został przesłany do Rzymu z prośbą o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego.

14 czerwca 1987 r. w Warszawie, podczas Mszy przed Pałacem Kultury i Nauki, Jan Paweł II dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala.

Wspomnienie bł. Michała obchodzimy 26 stycznia, chociaż niektóre kalendarze, szczególnie na Zachodzie, wymieniają go pod datą 14 czerwca.

Imię Michał pochodzi z hebrajskiego Mika’el – co oznacza „któż, jak nie Bóg”.

...wróć

W seminarium Diecezjalnym w Gnieźnie, 8 czerwca 1933 r. W pierwszym rzędzie od lewej siedzą: ks. prof. Andrzej Wronka, późniejszy biskup wrocławski; ks. rektor Michał Kozal, późniejszy biskup włocławski, o Henryk Jamróg, o Maksymiliam Maria Kolbe, o Justyn Nazim, ks. wicerektor Kazimierz Kowalski (biskup w Pelplinie).

Fotografia bł. Michała Kozala z okresu wojny


Jeszcze jedna fotografia bł. Michała Kozala


Obraz przedstawiający biskupa Michała Kozala w szatach pontyfikalnych i z herbem