Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies



Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


7 sierpniabł. Edmund Bojanowski

Bł. Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 roku w Grabonogu, małej wiosce odległej o 3 km od Gostynia w Wielkopolsce. Ród Bojanowskich był szeroko rozgałęziony po ziemi wielkopolskiej. W XVI wieku niektóre gałęzie przeszły na protestantyzm, ale przodkowie Edmunda pozostali katolikami i patriotami. Ojciec jego, Walenty, brał udział w powstaniu listopadowym, za co został pozbawiony majątku. Matka – Teresa z domu Umińska, a po pierwszym mężu Wilkońska, była siostrą generała Nepomucena Umińskiego, bohatera wojen napoleońskich, a potem powstania listopadowego. Matka była bardzo religijna i tę religijność wraz z nabożeństwem do Matki Bożej zaszczepiła w duszy syna.

W 1818 r., kiedy Edmund miał 4 lata, zachorował bardzo ciężko, niektórzy biografowie twierdzą, że już wtedy zachorował na gruźlicę. Lekarze nie potrafili mu pomóc. Wszystko wskazywało na to że dziecka nie uda się uratować. Kiedy chłopiec zaczął umierać, ojciec, nie mogąc poradzić sobie z cierpieniem, uciekł z domu i przesiedział całą noc na grobli między stawami. Matka zostawiła umierające dziecko i poszła pomodlić się przed słynącym z łask obrazem Matki Boskiej Boleściwej. Modlitwa jej została widać wysłuchana, bo kiedy wróciła, zastała dziecko całkiem zdrowe. W podziękowaniu za ten cud ofiarowała do kościoła na Świętej Górze Gostyńskiej srebrne Oko Opatrzności, które przechowuje się tam do dziś.

Około 1826 r. rodzina przeprowadziła się do Płaczkowa, oddalonego o 7 km od miasta Dubina. W Grabonogu pozostał przyrodni brat Edmunda, Teofil Wilkoński.

Ponieważ Edmund był delikatnego zdrowia, początkowo nie chodził do szkoły, lecz był uczony w domu. Duży wpływ na niego miał w tym okresie życia wikariusz z Płaczkowa, ks. Jan Siwicki. Był on gorliwym patriotą, a jeszcze bardziej gorliwym kapłanem i katolikiem. Umocnił w duszy chłopca to co zaszczepiła od początku matka.

Edmund od początku nauki miał zdolności do przedmiotów humanistycznych. Czytywał wiele różnych książek, sprowadzanych z Poznania, Krakowa, Wrocławia albo pożyczanych od kolegów. Najbardziej interesował się dziejami ojczystymi i życiorysami różnych wielkich postaci naszego narodu. Zbierał informacje o życiu Kościuszki, Kołłątaja, Krasickiego. Nosił się nawet z myślą wydania książkowego życiorysów sławnych polskich postaci. Już w wieku 16 lat spróbował działalności literackiej.

Poza poważnymi zainteresowaniami naukowymi, znajdował czas na pomaganie innym. Dała o tym piękne świadectwo jego ciotka: „Edmundzie, tobie jednemu cały mój majątek w ręce złożyć pragnę, bo widzę, iż ty jeden z familii umiesz go po cichu dziwnym sposobem na miłosierne sprawy obracać dobrze”.

Edmund właśnie skończył 16 lat, kiedy nadszedł rok 1830 i powstanie listopadowe, w którym wziął udział między innymi jego ojciec. Sam nie mógł pójść ze względu na słabe zdrowie.

W 1832 r. wyjechał do Wrocławia na uniwersytet. Ponieważ nie uczęszczał do szkoły średniej i nie złożył egzaminu dojrzałości, musiał się najpierw dokształcić. W tym celu pobierał prywatne lekcje. Jednocześnie korzystał jako hospitant (osoba uczestnicząca w zajęciach szkolnych w celu poznania i ulepszania stosowanych środków i metod nauczania, zwłaszcza osoba przygotowująca się do zawodu nauczycielskiego) z wykładów uniwersyteckich.

W 1834 r. zmarła matka Edmunda. Pochowana została w podziemiach kościoła świętogórskiego. W tym okresie Edmund nie czuł się dobrze, męczył go bardzo kaszel.

Na studia wstąpił 15 stycznia 1835 roku. Przedmiotami, które wybrał, były: historia nowożytna XVIII i XIX wieku, historia Niemiec, historia literatury nowożytnej oraz teoria światła i ciepła.

We Wrocławiu poznał córkę profesora fizyki, Marię Pohl, która mu się bardzo spodobała, a która miała wiele zalet, ale była protestantką. Kiedy po kilku latach dowiedział się, że przeszła na katolicyzm, a potem postanowiła nabyć od rządu klasztor w Trzebnicy, który kiedyś ufundowała św. Jadwiga Śląska, i przywrócić tam siostry, zrozumiał, skąd miał ku niej taki pociąg. Potem Maria zdecydowała się wstąpić do klasztoru karmelitanek w Innsbrucku.

W okresie studiów we Wrocławiu Edmund odniósł pierwszy sukces literacki. Przygotował i wydał drukiem przekład Pieśni serbskich, które poprzedził obszernym wstępem zawierającym dzieje Serbii. Było też sześć wierszy będących parafrazą lub dość wiernym przekładem angielskiego poety Tomasza Moore’a. W tym okresie był pod opieką profesora Jana Purkyne, Czecha, który opiekował się studentami polskimi i zwracał ich uwagę na wspólność słowiańską, co wywarło wpływ na twórczość młodego studenta.

W 1835 r. Edmund wydał pierwsze polskie tłumaczenie Manfreda lorda Byrona. Okazał się poetą, który doskonale tłumaczy obce dzieła, ma bardzo subtelne wyczucie rytmu i kadencji muzycznych swojego języka, jego wiersze są melodyjne i śpiewne. Lubił zresztą bardzo śpiewać w towarzystwie studentów, szczególnie kiedy okazało się, że studentom niemieckim bardzo podobają się polskie piosenki – aż koledzy musieli go upominać, żeby nie nadwerężał płuc.

Po zakończeniu dwóch semestrów na uniwersytecie wrocławskim Edmund musiał wrócić w rodzinne strony w celu uregulowania spraw majątkowych. Sprawy przeciągały się i dlatego dopiero w marcu 1836 r. powrócił do Wrocławia. Niestety, na zaliczenie semestru było już zbyt późno, za dużo wykładów opuścił. Na dodatek 23 marca 1836 r. umarł jego ojciec.

Z powodu niezaliczenia roku dalsze studia postanowił odbyć w Berlinie. 18 maja 1836 r. zapisał się na wydział filozoficzny uniwersytetu berlińskiego. Uczestniczył w wykładach z psychologii, estetyki, historii sztuki, metafizyki, logiki, poezji Goethego i Schillera, historii dawnej i nowej muzyki.

Z tego okresu życia Edmunda zachowała się jego charakterystyka, napisana przez Marcelego Motty, znanego pamiętnikarza poznańskiego:

„Przytomna mi jeszcze jego postać dość wysoka i chuda, jego twarz pociągła i blada z czarnym wąsikiem i czarną bródką, jego oczy z zamysłem i smutkiem spoza okularów spoglądające; zawsze nadzwyczaj starannie ubrany, przy tym skromny i małomówny, przyciągał do siebie przyjacielskim uśmiechem i pewną, że tak powiem, delikatnością w obejściu, ale robił już w młodym wieku wrażenie człowieka skłonnego do piersiowej choroby, o czym sam zresztą wiedział.”.

W czasie studiów berlińskich Edmund nadal tworzył, w większości były to drobne utwory, które posyłał do czasopism. Okres ten zakończył się jednak szybko, ponieważ choroba płuc tak się nasiliła, że lekarze nie dawali żadnej nadziei dłuższego życia. Zalecili natychmiastowy wyjazd do wód. Edmund poddał się ich zaleceniom, przerwał studia i przeszedł dwie kuracje w Rejnerc (Dusznikach) i w kąpielach morskich. 17 marca 1838 r. formalnie opuścił uniwersytet berliński i zamieszkał u swojego przyrodniego brata Teofila Wilkońskiego w Grabonogu.

Edmund Bojanowski miał jednak w sobie wielki zapał do pracy dla dobra Ojczyzny. Nie potrafił więc zrezygnować z czynnego życia. Postanowił skupić się na trzech kierunkach: pracy oświatowej wśród ludu wiejskiego, pracy wychowawczej i pracy charytatywnej. Włączył się też w nurt życia kulturalnego i społecznego ziemi gostyńskiej. Czynny był w Towarzystwie Pomocy Naukowej, w Towarzystwie Rolniczo-Przemysłowym oraz utworzonym przez nie Towarzystwie ku Wspieraniu Urzędników Gospodarczych, w Towarzystwie Pożyczkowym oraz w Towarzystwie Jedwabniczym. W 1863 r. został prezesem nowo założonej w Gostyniu Konferencji św. Wincentego à Paulo, z opieki której korzystało ponad 30 ubogich rodzin. Został członkiem Wydziału Literackiego Kasyna Gostyńskiego. Na spotkaniach tego klubu pod pozorem życia towarzyskiego prowadzono dyskusje nad sposobem życia i przetrwania ludu polskiego, postawiono sobie za zadanie przekazywanie ludowi zdobyczy kultury, szerzenia oświaty przez zorganizowanie czytelni oraz roztoczenie opieki nad literaturą elementarną. Działalność rozszerzono też na Śląsk, żeby wzmocnić polskość i uchronić tradycje narodowe tego regionu.

Bojanowski utrzymywał kontakty z Józefem Lompą, nauczycielem, pisarzem i działaczem ludowym z Górnego Śląska, który przysyłał mu klechdy i przysłowia ludu śląskiego oraz pieśni z melodiami. Edmund przygotował je do druku w 1844 r., dodając jeszcze kilkadziesiąt pieśni zebranych przez pastora Roberta Fiedlera z Międzyborza. Nie udało się jednak opublikować dzieła, jedynie niektóre z tych pieśni i gawęd ludowych ze Śląska udało się zamieścić w czasopiśmie Przyjaciel Ludu. Pragnął też wydać mapę Śląska. W tym celu zbierał wiadomości o polskich nazwach miejscowości, które pragnął umieścić przy niemieckich.

Podobne kontakty utrzymywał też z Krzysztofem Mongrowiuszem, popularyzatorem języka polskiego i obrońcą polskości na Warmii i Mazurach.

Zbierał oczywiście wszelkie przejawy polskości w swoim otoczeniu, czyli na ziemi wielkopolskiej: podania, piosenki, przysłowia, zwyczaje. Część z nich udostępniał w czasopismach, wszystko zamierzał w przyszłości opublikować.

Tu może warto trochę wspomnieć o życiu wewnętrznym Edmunda i jego zaangażowaniu w życie ludu wiejskiego, z naciskiem na polskość, patriotyzm i religijność. Rzucić to może nieco światła na powstanie pomysłu zorganizowania ochronek i utworzenia w tym celu stowarzyszenia zakonnego.

Bł. Edmund Bojanowski otrzymał w rodzinnym domu staranne wychowanie religijne. Nic to mogło jednak nie znaczyć, gdyby ziarno nie padło na dobrą glebę. Pamiętamy, że już w okresie studiów jego spojrzenie na życie i otoczenie było jakby przefiltrowane przez głęboką wiarę. Teraz, kiedy z konieczności odsunął się nieco od życia publicznego, życia w wielkim mieście, jego życie wewnętrzne rozwijało się i pogłębiało. Wiadomości o nim czerpiemy z Dziennika, który Edmund prowadził w latach 1853–1871, a więc w czasie, kiedy jego praca nad ochronkami była już bardzo zaangażowana.

Dziennika możemy się dowiedzieć, jak ważne dla niego były Msza św. i Eucharystia. Pamiętać należy, że w tym czasie nie było zwyczaju częstego przyjmowania Komunii św. – uważano, że raz na dwa tygodnie, a nawet raz na miesiąc jest całkiem wystarczające dla rozwoju duchowego wiernych. Stąd też zrozumiałe jest jego późniejsze naleganie, żeby siostry przyjmowały Komunię św. raz w tygodniu.

Wiemy też – i nie tylko z Dziennika – jak gorliwie brał udział w życiu wspólnoty religijnej – brał udział we wszystkich nabożeństwach: majowych, pasyjnych, ku czci Serca Jezusowego, w niedzielnych i świątecznych nieszporach. Sam tak o tym pisze: „Przy dzisiejszym dniu poświęconym czci Serca Pana Jezusowego byłem na wszystkich Mszach od pierwszej do ostatniej i przyjąłem Komunię świętą”. A czasem nie mógł dotrzeć na Mszę i wtedy cierpiał: „Śnieg (…) tak padał, żem do kościoła pójść nie mógł. Zwykłe więc nabożeństwo codzienne odprawiłem w domu”; „Słota – mglisto – błoto niezmierne. Ani podobna było przebrnąć pieszo do kościoła. (…) Wstałem przed 6 i na próżno. Było mi tak przykre to opuszczenie kościoła, że byłbym niezdolny do żadnego zatrudnienia”.

Już po śmierci Edmunda – że wybiegniemy nieco w przyszłość – jego przyjaciel, ks. Brzeziński tak o nim świadczył: „Miał Edmund Bojanowski zawsze wielką miłość do Najświętszego Sakramentu, wiele często godzin trawił przed Nim na modlitwie w kościele świętogórskim księży filipinów, a kilka razy na tydzień przystępował do Komunii świętej. Osobliwsze także miał nabożeństwo do Męki Pańskiej, której Szkaplerz na ciele nosił, a dla dostąpienia zupełnego odpustu z noszeniem jego połączonego, przystępował co piątek do spowiedzi i Komunii świętej”.

Szczególną czcią darzył Matkę Bożą, co uwidoczniło się dobitnie w nazwie nadanej utworzonemu przez siebie zgromadzeniu: Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej. Do świąt ku czci Matki Bożej przygotowywał się starannie poprzez nowenny.

Trochę mniej z Dziennika, a więcej ze wspomnień znajomych i przyjaciół wiemy, jak bardzo Edmund lubił się modlić. Ks. Brzeziński tak wspomina: „Jaśniała przed oczami naszymi dusza (jego) promieniem gorącej modlitwy; mnie samego nią budował, gdym go widział na Górze naszej świętej modlącym się, albo na wspólnym noclegu późno w wieczór w niej zatopionego”.

Każdego roku odprawiał trzydniowe rekolekcje zamknięte pod kierunkiem jezuitów w Śremie. Pisał wtedy o tym w Dzienniku: „Dzień cały zeszedł mi błogo na modłach, milczeniu i rozmyślaniu (…) z coraz większym oderwaniem się od zewnętrznego świata a głębszym wewnątrz skupieniem”.

To wewnętrzne skupienie znajdowało także wyraz w kontaktach Edmunda ze światem zewnętrznym. Chociaż z powodu pracy społecznej musiał utrzymywać wiele kontaktów towarzyskich, unikał spotkań, na których miało miejsce „obfite krążenie kieliszków”. „Jakże to często takie nieszczęsne wizyty czas marnują – pisał – a najczęściej dnie święte czczością i nudami zapełniają”. „Nie znam dla siebie nic przykrzejszego, jak tak jałowe i bezowocne zabijanie czasu”.

Wielką radość natomiast znajdował w obcowaniu z ludem wiejskim. Uważał, że „lud rolniczy w najbliższym jest stosunku do Boga, jego świat jest Bożym światem. On pracuje i sieje, a Bóg wzrost daje. Życie rolnicze ludu jest związkiem jego z Bogiem. Stąd religijność ludu, stąd pokora i prostota” Prostotę zaś określał jako „najściślejsze, najswobodniejsze, najczystsze objawienie tego, co w człowieku jest dobre, piękne, wzniosłe, święte, jednym słowem Boskie. (…) Prostota brana jest jako stan prawdy w swej nagości jak może być największej, w swej niewinności dziecięcej. Dzieci są niewinne, a przeto szczere, otwarte czyli charakterem ich jest prostota, wyjawianie się zupełne na zewnątrz tym, czym są wewnątrz, u nich nie ma więcej formy niż treści, ale zupełna równowaga obojga, nie ma pozoru. (…) Czym dziecko, tym jest i lud prosty (…) idzie do celu najbliższą, prostą drogą, bezpośrednio. Prostota i pokora są (…) bez sterczący wyniosłości otwartą niziną, na jakiej Duch Święty rad się zwykł rozlewać. Bo z »prostymi a pokornymi rozmowa jego« (Prz 3, 32). Prostota jest owym klejnotem czystej wody, ową szczerością dziecięcą otwartą i przejrzystą, sercem na dłoni, tym czym jest, a nie tym, czym nie jest. Istotą piękna jest zgodność treści z formą, zgodność ducha z jego zewnętrznym objawem”

Żył w zasadzie tak prosto i pokornie, jak podziwiał to w ludzie wiejskim. Nie wywyższał się, żył blisko Boga – modlitwą i Eucharystią, stronił od wielkiego świata i życia towarzyskiego. Kochał ludzi i pragnął im pomagać w każdej sytuacji, kiedy pomocy potrzebowali. Cechujące go wrażliwość i delikatność pozwalały mu dostrzegać cudze potrzeby i oddawać się do dyspozycji potrzebującym. Przyjaciel Edmunda, ks. Stanisław Gieburowski, zaświadczył po jego śmierci: „Całe życie jego to jeden wątek miłości bliźniego, to ciągła pamięć o tym, który cierpi, a zapomnienie o sobie, to ustawiczne miłosierdzie”. Drugi przyjaciel, ks. Brzeziński, wspomina: „Dobre uczynki, które w cichości czynił, zjednały mu w całej okolicy imię drugiego świętego Wincentego à Paulo, dla miłosierdzia nad ubogimi i dla obficie czynionej jałmużny”A pamiętajmy, że ten ogrom miłosierdzia, pomocy potrzebującym, zainteresowania życiem ludu wiejskiego, pracy nad zbieraniem tradycji polskości, a potem pracy nad utworzeniem ochronek i założeniem stowarzyszenia zakonnego wykonał człowiek cierpiący na gruźlicę, któremu zły stan zdrowia nie pozwolił dokończyć studiów. Jak wielka musiała być wiara i miłość tego człowieka!

Nie można nie wspomnieć o pochylaniu się Edmunda nad ubogimi, chociaż sam nie był bogaty. Bolał nad tym, że miał mało środków, że nie mógł biednym udzielić większej pomocy. Ale dla zdobycia środków dla ubogich usiłował wydawać różne pisma, sprzedawać pamiątki po przodkach, apelować do innych, bogatszych, ograniczać własne potrzeby. Organizował rozdawnictwo zup, służył swoją podręczną apteczką, starał się o lekarza, lekarstwa, udawał się wszędzie tam, gdzie uważał, że może być potrzebny: do chorych, do wypadku na drodze, do pożaru. A tam, gdzie nie mógł pomóc materialnie, zawsze ofiarował uśmiech, serdeczne słowo, dobrą radę, pociechę. Wypożyczał też chętnie, ku zbudowaniu ducha, książki religijne ze swojej biblioteczki wieśniakom z pobliskich wiosek, szerzył wśród nich nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, zachęcał do odprawiania nabożeństw majowych przy kapliczkach przydrożnych, rozpowszechniał nabożeństwo do św. Jana Nepomucena. Troszczył się o zbawienie wszystkich dusz, stąd bardzo dbał o ułatwianie chorym pojednania się z Panem Bogiem przed śmiercią.

Odnajdował Boga w przyrodzie; kochał ptaki, zwierzęta, kwiaty. Uważał, że w przyrodzie wszędzie odnaleźć można ślady Boga, Jego piękno i dobroć.

To wszystko było podstawą, na której bł. Edmund zbudował swoje życie i działalność.

W Kasynie Gostyńskim przedyskutowano problem wtórnego analfabetyzmu, w wyniku czego przystąpiono do zakładania czytelni ludowych, z których można by było wypożyczać książki do domu. W ciągu pół roku otworzono piętnaście takich czytelni, nadzorowanych przez nauczycieli. Księgozbiory zawierały dzieła gospodarcze, religijne i historyczne. Edmund pragnął założyć taką czytelnię przy każdej szkole, napotykało to jednak na wielkie trudności, zwłaszcza ze strony władz.

Innym projektem Kasyna było stworzenie ochronek wiejskich. W styczniu 1844 r. Edmund otworzył pierwszą ochronkę w Poznaniu na Śródce. W tym samym roku powstała ochronka w Gostyniu, a potem w Śremie i w Psarach.

10 lutego 1846 r. Kasyno Gostyńskie rozwiązano wskutek nakazu pruskich władz.

Dla Edmunda nie był to jednak koniec świata, a jedynie bodziec do nowego działania. Budynek po Kasynie postanowił przekształcić na dom dla ubogich chorych, który nazwał Instytutem. Prowadzenie go powierzył Siostrom Miłosierdzia świętego Wincentego à Paulo. Pierwsze siostry przybyły do Gostynia 21 sierpnia 1849 r. A była wówczas wielka potrzeba, bo Wielkopolskę nawiedziła epidemia cholery. Edmund dwoił się i troił, żeby zapewnić opiekę chorym. Musiał najpierw wystarać się o łóżka i pościel, wszelkie niezbędne umeblowanie, pożywienie, drewno na opał. Dobrze byłoby też zapewnić jakieś fundusze na przyszłość. Edmund najpierw udał się z gorącą modlitwą do Najświętszej Pani w cudownym obrazie na Górze Świętej pod Gostyniem, a potem zaczął prosić w okolicy o pomoc. Uzyskał wiele donacji na rzecz Instytutu, między innymi dom zabawy oddano siostrom na mieszkanie.

W czasie epidemii Edmund z niezwykłym poświęceniem wspomagał chorych. Chociaż nie mieszkał w Gostyniu, a w odległym o pół mili Grabonogu, dniem i nocą jednak chorych odwiedzał, wspomagał materialnie, opiekował się chorymi, pocieszał ich, starał się o sprowadzenie kapłana do cierpiących, modli się za nich i z nimi. Trwało to tak długo, aż wreszcie cholera wygasła.

Na czele Instytutu stanął pięcioosobowy zarząd, w skład którego weszli: Stanisław Chłapowski, Edmund Bojanowski, ks. Atanazy Szułczyński, Teofil Wilkoński i Mikołaj Węsierski. Statut jako zadania Instytutu zakreślił opiekę na chorymi, sierotami i dziećmi ochronkowymi. W związku z tym 1 lipca 1850 r. połączono Instytut z ochronką gostyńską. Sieroty miały otrzymywać naukę elementarną i naukę religii, mieszkanie, żywność i odzież. Chłopcy mieli pozostawać w Instytucie do 16 roku życia, a dziewczęta do 20 roku życia. Dziewczęta można było po ukończeniu przez nie 14 roku przyjmować na naukę gospodarstwa domowego, pielęgnacji chorych oraz wychowania dzieci ochronkowych. Niestety, program był zbyt bogaty, przede wszystkim z powodu trudności lokalowych. Z tego powodu zrezygnowano z przyjmowania do zakładu chłopców.

Przez cały czas swojego istnienia Instytut musiał walczyć z trudnościami materialnymi, jednak dzięki staraniom i zapobiegliwości Edmunda Bojanowskiego w listopadzie 1851 r. dom pokasynowy udało się zakupić na własność.

Edmund czuł jednak, że dla sierot dach nad głową i codzienne pożywienie to nie wszystko. Pomyślał o tym, żeby sierotom zapewnić wychowanie i przygotować je do życia. Z tą myślą uzyskał dzierżawę kawałka roli i łąki, zbudował tam dwa domy gospodarcze, założył sad, ogród warzywny i kwiatowy. Pracując na tym kawałku ziemi dzieci miały nabywać zamiłowania do pracy i porządku oraz oswajać się ze swoim sierocym położeniem. Oczywiście nie zapominał również o duchowych potrzebach podopiecznych. Dlatego prowadzenie zakładu powierzył siostrom zakonnym, w Instytucie urządził kaplicę i dbał o to by codziennie odprawiana była w niej Msza św., troszczył się, by uroczyście obchodzono święta kościelne oraz zachowywano związane z nimi zwyczaje narodowe. Urządzał pielgrzymki do wiejskich kościołów, organizował dla sierot trzydniowe rekolekcje, polecał, by przy posiłkach czytano dzieciom wybrane przez niego książki religijne. Specjalnie dla dzieci ułożył Litanię do Świętych Dziatek. W celu zachęty do pracy nad sobą i nauki miłości bliźniego zalecał, by dzieci w okresie Wielkiego Postu oddawały po łyżce strawy dla ubogich. Polecał, aby dokładnie zmiatano wszystkie okruszki i zachowywano je na zimę dla ptaszków.

Bojanowski opracował szczegółową metodę wychowawczą dla sióstr. Program dzienny, tygodniowy i roczny miał zaprawiać „do spraw całego życia ludzkiego”. Codziennie miała być modlitwa, zabawa i nauka: Starego i Nowego Testamentu, pacierza, rysunków, rachunków, czytania i pisania oraz piosenek i wierszyków. Układał dla dzieci krótkie wierszyki, które miały wspomagać naukę. Na przykład:

„Przed wieczorem przeproś wszystkich,

W czemeś rozgniewała,

Bo jak wszystkich nie przeprosisz,

Snu nie będziesz miała.”

Albo:

„Wszelka dobra dusza

Jest jako ta świeca.

Sama się wyniszcza,

A drugim przyświeca.”

Albo:

„Masz u źródła czystą wodę?

Pomnij go nie kłócić.

Masz u matki swej ochłodę?

Pomnij jej nie smucić.”

Nauka miała być też połączona z pracą w sadzie i ogródku. Przy sianiu zboża na przykład dzieci śpiewały piosenkę ułożoną przez Edmunda:

„Daj nam, Boże, mocny Boże,

Z tego siewu takie zboże,

Żeby przez rok nam wystało

I żeby nam coś zostało

I dla gościa, i żebraka,

Dla złodzieja i dla ptaka.”

W swojej pracy Edmund napotykał często różne przeszkody i trudności. Jedną z takich ciężkich prób była klęska powodzi, która latem 1854 r. kilkakrotnie nawiedziła Gostyń i wyrządziła w Instytucie ogromne szkody. Doznawał też licznych przykrości spowodowanych różnicą zdań w zarządzaniu Instytutem. Było wiele konfliktów między Edmundem i siostrami, którym nie podobało się, że tak dokładnie zajmował się wszystkimi szczegółami życia zakładu. Skończyło się to tak, że 26 lutego 1857 roku Stanisław Chłapowski, jako przewodniczący zarządu Instytutu przepisał dom na siostry miłosierdzia.

Żyjąc na wsi, Edmund dobrze widział w jakiej nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej, żyje lud wiejski. Bolał serdecznie nad tym i szukał dróg poprawy życia ludu. W związku z tym zainteresował się ideą ochronek wiejskich, rzuconą w 1842 r. przez Augusta Cieszkowskiego. Z tym że potrzebę zaopiekowania się dziećmi wiejskimi, dziećmi pracujących matek rozumiał szerzej. Nie tylko chciał im zapewnić opiekę podczas pracy matki, zdrowe odżywianie i wychowanie. Do tego jeszcze pragnął, żeby ochronki były strażnicami rodzimej tradycji, rodzimej prostoty i krajowych obyczajów. Chciał też połączyć ochronki z kształceniem dziewcząt z ludu, by idee te przenosić dalej. Uznał, że najlepiej w tych zamysłach pomogłyby mu pracownice pochodzące także z ludu, kochające tradycję i obyczaje.

Sposobność do zrealizowania planu pojawiła się sama. Wiosną 1849 r. zgłosiła się do Edmunda Franciszka Przewoźna, wieśniaczka z Podrzecza, małej wioski leżącej dwa kilometry na południowy zachód od Gostynia, i zaproponowała urządzenie ochronki w jej domu. Niebawem dobudowano do domu Przewoźnej dwie izby, które razem z ogródkiem zostały przeznaczone na użytek ochronki. Przez kilka miesięcy Franciszka z pomocą jeszcze jednej kobiety opiekowały się dziećmi, ucząc je pacierza, katechizmu i bawiąc się z nimi. Potem znalazły się jeszcze trzy chętne do tej pracy dziewczyny i dopiero wtedy – 3 maja 1850 r. dokonano uroczystego otwarcia ochronki w Podrzeczu.

Dla Edmunda był to początek dzieła, o którym marzył. Pragnął powołać do życia Bractwo Ochroniarek, składające się z dobrowolnie się zgłaszających kobiet wiejskich, które zajmowałyby się wychowaniem dzieci w ochronkach. Miałaby to być instytucja wychowawcza i kościelna, po której spodziewał się odrodzenia społecznego.

Początkowo jednak była to instytucja całkiem świecka. Ochroniarki wprawdzie związane były życiem wspólnym i podporządkowane były Bojanowskiemu we wszystkim, nie były jednak związane względami natury religijnej. Wszystkie pracownice musiały odpowiadać trzem warunkom: 1) młody wiek (14–30 lat); 2) stan wolny; 3) pochodzenie wiejskie.

Kandydatki były najczęściej córkami wiejskich wyrobników; niektóre nie umiały nawet pisać i czytać. Najpierw więc Edmund uczył je wszystkiego: od czytania i pisania, poprzez katechizm, aż po naukę religii. W pewnym sensie był więc dla nich kierownikiem duchowym.

W pomyśle Augusta Cieszkowskiego utrzymanie ochronek miało zależeć od ludzkiej dobroczynności. I tu jednak Edmund Bojanowski wprowadził swoje zasady. Uznał, że poleganie na dobroczynności jest zbyt zawodne i może nie zdać egzaminu, dlatego podstawą utrzymania ochronek uczynił pracę zarobkową. Każda z trzech ochroniarek pracowała z dziećmi co trzeci dzień, pozostałe dwa dni przeznaczała na pracę na własne utrzymanie. Ta, która pracowała przy dzieciach, w przerwie obiadowej przygotowywała obiad dla swoich koleżanek. Dziewczęta najczęściej pracowały w polu lub w ogrodzie, jednak Bojanowski dążył do tego, żeby przenieść ciężar zarobkowania na szycie.

Ochroniarki zobowiązane były do składania Bojanowskiemu dokładnych sprawozdań ze swojej pracy; sprawozdania te składała „starsza”, pełniąca rolę przełożonej: przedstawiała trudności w pracy, w stosunkach z ludźmi czy między opiekunkami i zasięgała rady w rozwiązywaniu trudności, dawała do wglądu książkę rachunkową. Otrzymywały od niego upomnienia za uchybienia, czasem pokutę. Od początku Edmund wprowadzał dziewczęta w praktyki zakonne, jak odmawianie stałych modlitw, rachunek sumienia, czytanie duchowne, z czasem medytacja. Wdrażał je do skupienia i milczenia, pożyczał religijne książki i rozmawiał z nimi po ich przeczytaniu, rozstrzygał wątpliwości, służył radami.

Ochronka w Podrzeczu zyskała sobie znaczny rozgłos. Do Edmunda zgłaszały się następne kandydatki na ochroniarki, zaczęły też napływać zgłoszenia o założenie podobnych ochronek w innych miejscowościach. Jako druga została założona w 1954 roku ochronka w Kopaszewie, w dobrach Jana Koźmiana, w maju 1855 r. ochronka w Turkwi, majątku generała Dezyderego Chłapowskiego, potem powstawały następne. W miarę rozszerzania się dzieła Edmund rozumiał, że sprawa powinna przybrać jakiś formalny kształt. Uznał, że najpewniejsza będzie droga tradycji kościelnej. Pod wpływem oddanego przyjaciela, ks. Brzezińskiego, zrezygnował z pomysłu utworzenia Bractwa Ochroniarek i zmierzał do utworzenia zgromadzenia zakonnego. Dokonywał tego stopniowo. W lipcu 1854 r. skierował ochroniarki na rekolekcje, polecając im na zakończenie włożyć jednakowe błękitne suknie, a na głowie upiąć białą sztywną chustkę, co miało podkreślać naśladownictwo Niepokalanej. Wspólnie z Janem Koźmianem naszkicował projekt reguły „Służebnic Najświętszej Panny” (chociaż Edmund pragnął je nazwać „Służebniczkami Bogarodzicy”). Potem przekazał go ks. Hieronimowi Kajsiewiczowi i ks. Piotrowi Semenence, by ułożyli na jego podstawie regułę. 26 maja 1855 r. Edmund otrzymał od księży regułę napisaną w języku polskim i łacińskim. Silny nacisk położony był w niej na częste przyjmowanie Komunii św. przez siostry, co wówczas stanowiło nowość.

Teraz Edmund podjął starania o zatwierdzenie reguły przez władze kościelne. Poprosił o to arcybiskupa poznańskiego Leona Przyłuckiego, który zwrócił się o opinię do ks. Klajnera, komendarza w Dubinie. W swojej opinii ksiądz Klajner zgłosił wiele zastrzeżeń i ostatecznie doradził, żeby dzieło najpierw rozwijało się kilka lat bez zatwierdzenia władzy kościelnej, a dopiero kiedy okaże się trwałe, Kościół je zatwierdzi.

Edmund podporządkował się zaleceniom, dokładając jednocześnie wszelkich starań, by dzieło swoje doprowadzić do jak największego rozkwitu. Kandydatek zgłaszało się coraz więcej, wzrastało też zapotrzebowanie na ochroniarki, jednak brak funduszy i osobnego nowicjatu nie pozwalał na przyjmowanie większej liczby dziewcząt.

Spadało na niego wiele przykrości, często ze strony duchownych, którzy uważali, że wszelkie formy apostolstwa są zastrzeżone jedynie dla nich. Siostry Miłosierdzia, u których miał miejsce nowicjat nowego zgromadzenia, skarżyły się na związane z tym niedogodności. Duchowni odradzali dziewczętom zgłaszanie się do zgromadzenia, przewidując rychły upadek dzieła; w wyniku tego kilka dziewcząt opuściło zgromadzenie. Niektórzy księża wprost do Edmunda wylewali swoje pretensje do jego dzieła. Radzono mu też, żeby kierownictwo duchowe zgromadzenia powierzyć raczej jakiemuś księdzu.

Dzieło jednak trwało. Starania Edmunda o powstanie samoistnego nowicjatu (nie w istniejącym już zakonie) zostały uwieńczone powodzeniem. Na ten cel wydzierżawił niezamieszkane probostwo w Jaszkowie koło Śremu, nieduży domek o czterech izbach, stojący obok kościółka. Uroczyste otwarcie nowicjatu Zgromadzenia Służebniczek Maryi nastąpiło 26 sierpnia 1856 r. Na otwarciu zebrały się 23 ochroniarki. Opiekę duchową nad siostrami mieli sprawować ojcowie jezuici ze Śremu. 18 sierpnia 1858 r. zgromadzenie zostało oficjalnie przyjęte pod opiekę Kościoła. Papież Pius IX swojego błogosławieństwa udzielił 11 kwietnia 1859 r.

W latach 1858–1871 w Wielkim Księstwie Poznańskim powstały 22 ochronki prowadzone przez służebniczki Maryi. Ciągle były trudności z nadążeniem za zapotrzebowaniem z powodu braku potrzebnych funduszy: najpierw nie można było przyjąć do nowicjatu wszystkich zgłaszających się, a potem z tego powodu brakło pracownic do nowych ochronek. Jednak znalazło się trochę donatorów, dzięki którym wybudowano w Jaszkowie obszerniejszy dom w 1862 r. Mimo to zgromadzenie ciągle borykało się z trudnościami materialnymi. Jak pisze Edmund w sprawozdaniu do arcybiskupa Przyłuskiego, często brakło nawet chleba i całymi tygodniami trzeba się było obywać tylko kartoflami.

W 1865 r. pierwsza przełożona, siostra Matylda Jasińska straciwszy powołanie zamierzała rozbić zgromadzenie, między innymi podcinając jego podstawy materialne, powstrzymując siostry od ponawiania ślubów, polecając im szukać pracy, żeby mogły opuścić zgromadzenia. Edmund mimo słabego zdrowia usiłował ratować zgromadzenie. Jeździł po ochronkach, żeby siostrom nieść uspokojenie i otuchę, pisał do nich uspokajające listy. Dzięki jego pracy po odejściu Matyldy Jasińskiej ani jedna siostra nie opuściła zgromadzenia.

Kiedy arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim został Mieczysław Halka Ledóchowski, Edmund złożył mu wizytę i poprosił o udzielenie zgromadzeniu sankcji kościelnej. Arcybiskup po ostatecznym uporządkowaniu reguły 27 grudnia 1866 r. wydał dekret pochwalny dla Zgromadzenia Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej oraz zatwierdził statuty i konstytucje. Na końcu konstytucji umieszczono „Artykuł osobny do czasu”, który brzmiał: „Fundator Zgromadzenia dopóki żyje, zostaje jego Opiekunem, czuwa, aby duch pierwotny utrzymał się i we wszystkim, co dobra duchowego i doczesnego w tej społeczności dotyczy, znosi się z komisarzem duchowym przez Arcybiskupa Gnieźnieńskiego i Poznańskiego naznaczonym”.

Ponieważ dzieło rozwijało się tak pięknie w Wielkopolsce, idea zyskała swoich zwolenników także w innych częściach rozebranej Polski. W 1861 r. służebniczki rozpoczęły działalność w Galicji – zaprzyjaźniony z Edmundem ks. Teofil Baczyński SJ w porozumieniu z hrabią Alfredem Potockim doprowadził do otwarcia w Podzwierzyńcu koło Łańcuta nowicjatu, który rok później został przeniesiony do Starej Wsi koło Brzozowa. W tym samym roku na terenie Galicji otwarto nowe placówki w Łańcucie (szpital), Biłce Szlacheckiej, Podhorcach i Żużelu, a w następnym roku księżna Jadwiga Sapieżyna ufundowała placówkę zgromadzenia w Krasiczynie. Jednak w 1865 r. władze austriackie zakazały działalności zgromadzenia na terenie Galicji. Jednym z powodów była zależność służebniczek od zgromadzenia zagranicznego (jakim było Wielkie Księstwo Poznańskie dla Galicji). Ks. Baczyński doradzał Edmundowi zgodzić się na postawiony warunek oddzielania zgromadzenia galicyjskiego od poznańskiego i zmianę jego statutu tak, żeby ustała zależność, jednak Edmund nie mógł się z tym pogodzić i nie przestawał bronić jego jedności. W końcu zgromadzenie galicyjskie postanowiło uniezależnić się od władz w Wielkopolsce.

W 1866 r. uzyskano tymczasową decyzję, że skoro związek zgromadzenia z zagranicą został zerwany, to na razie może pozostać w Galicji, ale stała zgoda wydanie zostanie, jeśli nastąpi zmiana w statutach. Ostatecznie ks. Baczyński przerobił regułę zgromadzenia i 27 lutego 1875 r., już po śmierci Edmunda Bojanowskiego zostało w Galicji zatwierdzone Zgromadzenie Służebniczek Starowiejskich.

Za życia Edmunda były też otwierane pojedyncze ochronki pod opieką służebniczek w Królestwie Polskim, jednak w wyniku powstania styczniowego zostały zamknięte.

Na terenie Śląska w 1866 r. został otwarty pierwszy śląski dom w Porębie koło Góry Świętej Anny. W chwili śmierci Edmunda na Śląsku istniały 4 domy służebniczek Maryi.

Pod koniec jego życia były też próby przeszczepienia zgromadzenia służebniczek do Anglii i Kanady, jednak to się nie udało.

Pragnieniem Edmunda było jeszcze uzyskać zatwierdzenie papieskie dla zgromadzenia. W tym celu wszczął kroki za pośrednictwem ks. Jana Koźmiana, jednak bezskutecznie, na co zapewne miały wpływ okoliczności związane z Soborem Watykańskim I.

Niestety, nie miał już czasu. 17–23 czerwca 1871 r. ostatni raz przebywał w zgromadzeniu w Jaszkowie. Zmarł niewiele później – 7 sierpnia tego roku. W chwili jego śmierci zgromadzenie liczyło w Wielkim Księstwie Poznańskim 22 domy i 98 sióstr.

Pod koniec życia spotkało go przykre doświadczenie – brat przyrodni Edmunda, Teofil Wilkoński zmuszony był sprzedać rodzinny majątek. Dokonało się to 7 października 1868 r. 19 grudnia tego roku Edmund Bojanowski opuścił Grabonóg na zawsze.

Wielu przyjaciół zapraszało go do siebie, pragnąc zapewnić mu godziwe warunki życia. Edmund wybrał pobyt w Poznaniu u ks. Koźmiana. Wtedy dojrzało w nim pragnienie zostania kapłanem. W pragnieniu tym wspierali go przyjaciele, wiedząc, że kapłaństwo podniosłoby jego autorytet i oszczędziło wielu niepowodzeń w środowisku duchownych, którzy świecki stan Edmunda uważali za przeszkodę w rozwoju jego dzieła. Za specjalnym pozwoleniem arcybiskupa Ledóchowskiego 30 marca 1869 r. wstąpił do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Zaczął się tam uczyć łaciny oraz rubryk mszalnych i brewiarzowych. Po czterech miesiącach pobytu w seminarium otrzymał sutannę.

Jednak choroba płuc postępowała. Pisał w Dzienniku, że czuł się słaby, męczył go kaszel i febra, odczuwał ból piersi niekiedy tak silny, że nie mógł spokojnie leżeć. Dokuczał mu też reumatyzm, bóle boku i głowy. Do tego dołączyły się kurcze żołądka, wzmagał się kaszel i męczyły go duszności. To wszystko przeszkadzało w regularnym odbywaniu lekcji. W następnym roku profesorowie, zaniepokojeni stanem zdrowia kleryka, uznali za konieczne jak najszybsze wysłanie go na wakacje.

Po dwumiesięcznym wypoczynku Edmund wrócił do seminarium, odprawił rekolekcje, uczestniczył w nabożeństwach i nauce, ale choroba postępowała. 28 kwietnia 1870 r. lekarz zakładowy oświadczył, że p. Bojanowski ma z powodu słabego zdrowia na dłuższy czas wyjechać.

2 maja Edmund opuścił seminarium i pojechał do Górki Duchownej, gdzie proboszczem był jego przyjaciel, ks. Gieburowski, żeby doznać pociechy u stóp Matki Bożej Pocieszenia. Nadal uczył się łaciny i sakramentologii.

W maju i czerwcu jeszcze łudził się, że niedługo wróci do seminarium, ale w sierpniu zrozumiał ostatecznie, że to nierealne. Przyjaciele interweniowali u arcybiskupa, żeby mimo wszystko udzielił Edmundowi święceń kapłańskich, ale arcybiskup odpowiedział: „Mam mocne przekonanie, że Bóg tego świętego człowieka chce w stanie świeckim uświęcić” Pozwolił mu jednak zwrócić się po święcenia kapłańskie do Rzymu, gdzie poprosił o pomoc w tej sprawie ks. Kajsiewicza. Okazało się jednak, że konieczne jest zdanie egzaminu z łaciny, co przy słabej znajomości tego języka przez Edmunda sprawiło, że cała sprawa upadła.

W Górce Duchownej stan zdrowia Edmunda stale pogarszał się. Ostatni wpis w Dzienniku nosi datę 23 lipca 1871 r. Czując zbliżającą się śmierć, uzupełnił testament z 1869 roku i przygotowywał się do odejścia. 29 lipca przyjął sakrament chorych. Wydał też dyspozycje co do pogrzebu: pragnął spocząć w Jaszkowie, w grobach rodzinnych, pogrzeb miał być jak najskromniejszy, a w gazetach ma nie być doniesień. Chciał być złożony w trumnie metalowej, ale jak najtańszej. Na ciało siostry mają zrobić szatę białą i długą z szerokimi rękawami, a na nogi skarpetki i nic więcej. Ostatnie dni życia bł. Edmunda Bojanowskiego były ustawiczną modlitwą. Na kilka godzin przed śmiercią spytano go, czy pragnie Pana Jezusa. Odpowiedział na to „W tej chwili był Pan Jezus u mnie”. Potem uśmiechnął się radośnie i powiedział: „Siostry, ja już jutro nie pójdę do Komunii św., ja już dziś pójdę do Jezusa”. Zmarł wpół do dziesiątej wieczorem w sobotę 7 sierpnia 1871 r.

9 sierpnia wieczorem nastąpiło wyprowadzenie zwłok do kościoła w Górce Duchownej. Właściwy pogrzeb odbył się 11 sierpnia w Jaszkowie.

Po śmierci Edmunda Bojanowskiego przekonanie o jego świętości ciągle rosło. Jednak zawikłane losy utworzonego przez niego zgromadzenia zakonnego (ostatecznie podzieliło się ono na cztery gałęzie:

Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – dom generalny w Żabikowie koło Poznania (gałąź wielkopolska/pleszewska);

Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej – dom generalny w Starej Wsi (gałąź starowiejska);

Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Maryi od Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – dom generalny we Wrocławiu (gałąź śląska);

Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanego Poczęcia – dom generalny w Dębicy w woj. tarnowskim (gałąź dębicka);

powstały też na wzór zgromadzenia założonego przez Edmunda Bojanowskiego dwa inne domy:

Zgromadzenie Ubogich Służebnic Matki Boga (The Poor Servants of the Mother of God) założone przez m. Taylor i

Unickie Zgromadzenie Sióstr Służebnic Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej założone przez bazylianina o. Jeremiasza Łomnickiego),

co nie sprzyjało staraniom sióstr o beatyfikację założyciela. Ostatecznie prośbę o wszczęcie procesu informacyjnego do beatyfikacji i kanonizacji Edmunda Bojanowskiego przedłożono prymasowi Augustowi Hlondowi dopiero w 1939 r. Wybuch wojny znów sprawę opóźnił na kilka lat. Ruszyła dopiero pod koniec 1945 r. Szczątki kandydata na ołtarze siostry w 1927 r. przełożyły do małej trumienki, a w roku 1930, po sprzedaży domu jaszkowskiego, przewiozły je do Żabikowa pod Poznaniem. W lipcu 1947 r. za zezwoleniem arcybiskupa poznańskiego Walentego Dymka włożyły relikwie w nowy materiał. Formalną prośbę o rozpoczęcie procesu informacyjnego siostry wniosły 8 stycznia 1948 r. 30 maja 1960 r. odbyła się ekshumacja szczątków Edmunda Bojanowskiego celem przeprowadzenia urzędowego ich rozpoznania i zabezpieczenia. 24 października tego roku zamknięto akta procesowe, a w grudniu przekazano je do Rzymu. Ostatecznie do beatyfikacji przez Jana Pawła II doszło 13 czerwca 1999 r. w Warszawie.

Imię Edmund pochodzi od germańskich słów Ed – „majątek” i  – „opieka”.

...wróć