Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies



Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


23 wrześniaśw. Ojciec Pio (Pio z Pietrelciny)

Św. Ojciec Pio urodził się 25 maja 1887 r. w Pietrelcinie koło Benewentu w regionie Kampania we Włoszech jako drugie dziecko rolników Grazia Forgione i Marii Józefy Di Nunzio (Peppy). Miał starszego brata Michele, i trzy młodsze siostry, Felicitę, Pellegrinę i Grazię. Najmłodsza siostra, Grazia, wstąpiła później do zakonu brygidek. Został ochrzczony już następnego dnia w miejscowym kościele parafialnym pw. św. Anny. Na chrzcie otrzymał imię Franciszek.

W dzieciństwie był taki sam jak inne dzieci. Może jedynie bardziej spokojny. Dom rodzinny był dobrym domem: ojciec pracowity, o prawym charakterze, serdeczny i gościnny, lubiący żartować. Matka odznaczała się wielką godnością i pobożnością. Pilnowała, żeby żadnego dnia w życiu rodziny nie zabrakło Boga. Każdy dzień zaczynał się i kończył modlitwą i każdego dnia rodzina chodziła na Mszę św. Wieczorem wspólnie odmawiano różaniec, trzy razy w tygodniu nie jedzono mięsa na cześć Najświętszej Maryi Panny z góry Karmel. Rodzice i dziadkowie Franciszka nie umieli czytać, ale wszyscy dobrze znali Pismo św. i przekazywali dzieciom jego treść.

W domu nie przelewało się, ale, jak potem wspominał O. Pio, „choć trudno było znaleźć dziesięć lirów, to jednak niczego nie brakowało”.

Mały Franciszek był dzieckiem bardzo spokojnym. Jednak od zawsze miał skłonność do samotności i unikania towarzystwa innych dzieci. Matka zachęcała go do zabaw z innymi dziećmi, ale Franciszek tłumaczył, że nie chce słuchać przekleństw, od których nie stroniły inny dzieci.

I chociaż pierwsze lata jego życia nie różniły się niczym od życia innych dzieci, to już w wieku 5 lat uległo to zmianie. Wtedy to Franciszek podjął postanowienie, żeby swoje życie poświęcić Bogu; złożył obietnicę „oddania się na zawsze Panu”. Być może miało to związek z objawieniem mu się Matki Bożej. Już wtedy jednak głębia jego życia wewnętrznego musiała być wielka, skoro – jak wiemy ze źródeł – musiał odpierać ataki szatana. Po tym pierwszym objawieniu Matki Bożej, często potem widywał ją znowu, widywał także Jezusa i swojego Anioła Stróża. Rozmawiał z nimi i twierdził, że każdy może z nimi rozmawiać.

Od tego mniej więcej wieku zaczął zadawać sobie różne pokuty. Na przykład sypiał na gołej kamiennej podłodze z kamieniem pod głową zamiast poduszki. Mając 9 czy 10 lat zaczął biczować się żelaznym łańcuchem. Pogodnie znosił przykrości wyrządzane mu przez kolegów.

Jego obowiązkiem było pasienie dwóch owiec. Z tego powodu nie mógł chodzić do szkoły. Cieszył go jednak ten czas spędzany w samotności, kiedy nikt nie przeszkadzał mu modlić się i odmawiać różańca. A kiedy był z kolegami, żartował z nimi. Kiedy tylko mógł, wyrabiał z glinki różne figurki, szczególnie ulubione były figurki św. Michała, pasterzy do szopki, Dzieciątka Jezus. Gotową figurkę uważnie oglądał, ale często był niezadowolony. „To nie to co chciałem” – mówił.

Wolny czas lubił spędzać w ogrodzie pod drzewem. I tam często był atakowany przez szatana. Dzięki pomocy Bożej zawsze jednak zwyciężał.

W 1894 roku zaczął uczęszczać do szkoły. Został ministrantem w parafialnym kościele, tym samym, w którym był ochrzczony.

Miał 12 lat, kiedy przyjął I Komunię św. w 1899 r. 27 września tego samego roku został bierzmowany.

Pewnego dnia, kiedy Franciszek skończył już trzy klasy, do rodzinnej jego wsi Pietrelciny przychodził kwestować brat Kamil z zakonu Kapucynów. Był dla wszystkich bardzo życzliwy i robił na wszystkich wielkie wrażenie swoją dobrocią. Franciszek, który już był bardzo zaawansowany w rozwoju życia duchowego, był pod wielkim jego wrażeniem. I być może właśnie dlatego i właśnie wtedy postanowił wstąpić do tego zakonu. Zwierzył się ze swojego postanowienia rodzicom, a oni pojechali do miasta Morcone, oddalonego 21 km od Pietrelciny, do klasztoru Kapucynów, zapytać, czy ich syn może być przyjęty do tego zgromadzenia. Uzyskali odpowiedź, że tak, ale musi on jeszcze trochę się pokształcić.

Wtedy ojciec Franciszka wyjechał do Stanów Zjednoczonych, żeby zarobić na jego naukę. Dzięki temu Franciszek mógł uczyć się prywatnie i zdobyć potrzebne wykształcenie.

Wtedy, w 1902 r., napisał do ojca prowincjała Kapucynów do Benewentu. Otrzymał jednak odpowiedź odmowną z uzasadnieniem, że w zakonie nie ma miejsc i żeby spróbował za pół roku.

Rodzina i znajomi doradzali mu, żeby poszedł do innego zakonu, ale on pozostał nieugięty. Taką drogę życiową wybrał i tylko do tego zakonu pójdzie.

Wreszcie otrzymał zgodę prowincjała. W zakonie znalazło się dla niego miejsce. 6 stycznia 1903 r., w wieku niespełna 16 lat, rozpoczął nowicjat w Zakonie Braci Mniejszych Kapucynów w Morcone. Żegnając się z matką, kiedy wyjeżdżał do klasztoru, usłyszał: „Synu mój, zdaje mi się, że to rozstanie wydziera serce z mego wnętrza… Ale nie patrz w tej chwili na ból twej matki: święty Franciszek cię wezwał, a więc idź!”. Nad wejściem do klasztoru widniał napis: „O penitenza, o interno” – „Albo pokuta, albo piekło”. Miał ze sobą dwa dokumenty: jeden od syndyka Pietrelciny o właściwej postawie moralnej i politycznej i drugi z Kurii Arcybiskupiej w Benewencie, wyrażający zgodę na wstąpienie do nowicjatu Kapucynów.

Objawienie otrzymane 1 stycznia 1903 r., a więc zaledwie 5 dni wcześniej uprzedziło go, że ta wybrana przez niego droga życiowa będzie pasmem duchowej walki z szatanem i złem. Został jednak zapewniony, że zwycięży, jeżeli będzie stawał ochoczo i wielkodusznie do walki. Mimo zapowiedzi trudności Franciszek odważnie ruszył naprzeciw wybranemu przez siebie przeznaczeniu. Postanowił, że w przyszłym życiu nie będzie do nikogo żywić urazy, a wszystkim swoim wrogom, nawet największym oszczercom, będzie chętnie przebaczać. Lata później tak mówił do swojego kierownika duchowego: „Nawet przez głowę nie przeszła mi myśl o zemście. Modliłem się zawsze za moich oszczerców. Pewnego razu prosiłem Pana: jeśli dla ich nawrócenia trzeba znieść jakieś cierpienie, to je przyjmę, aby tylko byli zbawieni”.

22 stycznia tego samego roku, po odprawieniu rekolekcji, Franciszek złożył śluby zakonne, otrzymał habit franciszkański i przyjął zakonne imię Pio (fra Pio – brat Pio), na cześć papieża z XVI w św. Piusa V, patrona Pietrelciny.

Mistrzem nowicjatu był o Tomasz (1872–1932). Pio od początku bardzo poważnie podszedł do wszystkich reguł i wymogów życia zakonnego. Modlitwie i rozmyślaniu poświęcał tak dużo czasu, że prosił nawet przełożonych, żeby zwolnili go ze wspólnych rekreacji. Wyróżniał się spośród kolegów pobożnością i zamiłowaniem do modlitwy. Podczas modlitwy był bardzo skupiony. Na przykład koledzy z nowicjatu zauważyli, że podczas rozważania Męki Pańskiej z oczu płynęły mu łzy. Był też żywy, chętnie zabierał głos w dyskusjach i potrafił bronić swego zdania. Przełożeni uważali go za wzorowego nowicjusza. A życie zakonne w klasztorze Kapucynów nie było lekkie. Przede wszystkim trzeba było pilnie przestrzegać porządku dnia, milczenia, nie zapominać o systematycznej modlitwie, przychodzić na nocną jutrznię. Było jeszcze wiele innych ograniczeń, które sprawiały, że tylko łaska powołania i wielkie zaangażowanie nowicjuszy pozwalały sprostać tym wymaganiom.

Jednym z jego umartwień było bardzo skromne odżywianie się. Z tego powodu schudł tak, że kiedy ojciec odwiedził go, zapragnął zabrać go z powrotem do domu. Pio stwierdził, że wszystko jest w porządku, jednak gwardian zakazał nowicjuszom uprawia praktyk pokutnych bez wyraźnego polecenia.

Brat Pio odznaczał się też wielką pokorą. Był w klasztorze zwyczaj, że nowicjusze spowiadali się u swojego magistra. I brat Pio czynił to często. Zdarzało się jednak, że mając wielką potrzebę wyspowiadania się, a nie śmiąc budzić swego magistra, klęczał pod jego drzwiami, czekając, aż magister wyjdzie ze swojej celi.

Odznaczał się też wielkim zamiłowaniem do modlitwy. Co i rusz spóźniał się na wspólne zajęcia, a kiedy go szukano, zastawano go w celi na klęczkach, trwającego na modlitwie.

W późniejszych latach, kiedy już został kapłanem, a konkretnie w latach w latach 1910–1922, Pio przyjął za spowiednika i opiekuna duchowego, a także powiernika w zakresie życia duchowego o Benedykta Nardellego. Z o Benedyktem z San Marco in Lamis (1872–1942), wieloletnim gwardianem i prowincjałem, wyśmienitym kierownikiem duchowym, pierwszy raz spotkał się w początkach swojego nowicjatu, w kwietniu 1903 r. Potem, do roku 1963, jego kierownikiem duchowym został o Augustyn z San Marco in Lamis, profesor wymowy, gwardian i prowincjał.

Po roku nowicjatu, 22 stycznia 1904 r., Pio złożył pierwsze śluby zakonne.

Już trzy dni później, 25 stycznia, udał się do zakonnego seminarium w San Elia a Pianisi w Campobasso.

W tym też okresie, kiedy spotkał się z generałem zakonu Kapucynów o Bernardem z Andermatt, przedstawił mu prośbę o pozwolenie udania się na misje. Prośba ta nie została przyjęta, a kiedy po latach O. Pio wspominał o tym, stwierdzał: „Bóg zachował dla mnie trudniejsze zadania”.

Po blisko dwóch latach studiów, pod koniec października 1905 r. brat Pius rozpoczął studia filozoficzne w San Marco La Catola. Pół roku później wrócił do San Elia a Pianisi, aby zakończyć studia.

W tym samym roku, w styczniu w życiu brata Pio zaszło być może pierwsze, doświadczenie bilokacji. Dochodziła godzina 23, Pio modlił się w chórze zakonnym. Z tego okresu warto odnotować jedno zdarzenie bilokacji. Było to w styczniu 1905 r. Brat Pius wraz z br. Anastazym modlił się w chórze zakonnym. Zbliżała się godzina 23.00. „W jednym momencie – opowiada brat Pius – znalazłem się w jakimś mieszkaniu, gdzie umierał ojciec rodziny. Matka rodziła. Ukazała mi się wówczas Matka Boża i powiedziała: »Otocz szczególną opieką to nowo narodzone dziecię, bo to wielki skarb«. »Jakże to możliwe – zapytałem – skoro jestem klerykiem i zupełnie nie znam tej rodziny? Gdzie i kiedy ją spotkam?«. »Nie bój się – odpowiedziała Matka Boża – przyjdzie czas, że to dziecię już jako dorosłą dziewczynę spotkasz u św. Piotra i ją wyspowiadasz«”. Po latach dziecko to zostało jego córką duchową.

Pod koniec października 1907 r., mając zakończone studia filozoficzne, został przeniesiony do Serracapriola koło Foggii na studia teologiczne. Tam poznał swojego drugiego długoletniego kierownika duchowego, o Augustyna z San Marco in Lamis, który był jednym z profesorów.

Pod koniec listopada 1908 r. połączono dom studiów w Serracapriola koło Foggii z drugim domem w Vico del Gargano i połączony dom ulokowano w Montefusco (Avellino). Tam też Pio kontynuował studia.

27 stycznia 1907 r. minęły trzy lata od pierwszej profesji zakonnej brata Pio. Tego dnia złożył on Bogu śluby wieczyste.

Blisko 2 lata później, 19 grudnia 1908 r., otrzymał niższe święcenia, a dwa dni później, 21 grudnia, w katedrze w Benewencie otrzymał subdiakonat.

18 lipca 1909 r. w kościele w Morcone Pio otrzymał święcenia diakonatu; święcenia kapłańskie otrzymał 10 sierpnia 1910 r. w katedrze w Benewencie z rąk arcybiskupa Paolo Schinosi. Od tego dnia nie był już fra Pio, lecz Padre Pio – Ojcem Pio.14 sierpnia odprawił swoją Mszę prymicyjną w kościele parafialnym Matki Bożej Anielskiej w Pietrelcinie. Kazanie prymicyjne wygłosił o Augustyn. Tego dnia Ojciec Pio napisał: „O Jezu, tchnienie mego życia! Dzisiaj, drżąc cały, unoszę Cię do góry trzymając w moich rękach, w misterium miłości. Niech z Tobą będę dla świata Drogą, Prawdą i Życiem! Niech stanę się świętym kapłanem, żertwą doskonałą!”.

Potem pozostał w rodzinnej miejscowości, ponieważ stan jego zdrowia nie tylko nie poprawił się, ale wręcz pogorszył.

Bo właśnie podczas pobytu Pio w nowicjacie i na studiach okazało się, że jest on bardzo chorowity. I to od dziecka. Już w wieku sześciu lat zapadł na poważne zapalenie żołądka, które na długi czas unieruchomiło go w łóżku. Gdy miał 10 lat, przeszedł dur brzuszny. Mając lat 17 zaczął nagle cierpieć na brak apetytu, bezsenność, wyczerpanie, omdlenia i straszne migreny. Często wymiotował i nie mógł jeść; jego żołądek znosił tylko mleko.

W późniejszym życiu na skutek choroby z dzieciństwa cierpiał na astmę. Miał duże kamienie nerkowe, powodujące silne bóle. Chorował na przewlekłe zapalenie żołądka. Miał nawracające stany zapalne oczu, nosa, ucha i gardła, które w końcu przeszły w przewlekły nieżyt nosa i zapalenie ucha środkowego.

Tymczasem jednak, nie znając przyczyny choroby, po konsultacji z lekarzami, ustalono, że odbędzie on kurację w klasztorze położonym w górach w nadziei, że górskie powietrze dobrze mu zrobi. Niestety, okazało się, że choroba zaostrzyła się i szukając pomocy dla Pio, wysłano go do rodzinnego domu, pod opiekę rodziny. W pobycie tam towarzyszył mu o Augustyn, który prowadził z nim zajęcia i przygotowywał go do egzaminów. Pobyt w domu został przerwany jedynie na kilka miesięcy, kiedy Pio udał się do Gesualdo, gdzie uczył się teologii moralnej. Potem wrócił do rodzinnego domu.

Wtedy po raz pierwszy wokół Pio zaczęły dziać się niewytłumaczalne zjawiska. Z jego pokoju dochodziły dziwne odgłosy, czasem były to krzyki i ryki. W czasie modlitwy pozostawał zaś jakby nieobecny, w jakimś dziwnym odrętwieniu.

Z powodu choroby 7 grudnia 1910 r. O. Pio został znowu odesłany do domu. Z małymi przerwami pozostał tam do 17 października 1916 r.

Po pewnym czasie, ponieważ przyczyna choroby nadal nie była znana i zaczęto nawet podejrzewać symulację, władze zakonne i kościelne zaczęły niepokoić się, czy aby na pewno O. Pio może być kapłanem; czy może lepiej byłoby, żeby powrócił do świata. O. Pio dowiedziawszy się o tym, przeraził się. Modlił się: „O seraficki ojcze mój! Oto chcą mnie wydalić z zakonu!…! Czy nie jestem już twoim synem? Czy to nie ty mi powiedziałeś, gdy po raz pierwszy mi się objawiłeś, że będę należał do ciebie? Ojcze mój, na miłość, proszę cię raczej o śmierć, niżbym miał opuścić zakon i kapłaństwo. Święty Franciszku, czy nie zapewniłeś mnie, że będę nosił habit dotąd, dopóki to spodoba się Panu? O Jezu, czy to nie Ty mnie powołałeś? I teraz chcą mnie usunąć, wydalić? O Jezu, spraw, bym był posłuszny moim przełożonym! O święty Franciszku, czy wtedy, gdy mnie powołałeś, powiedziałeś mi, że mam pójść na wygnanie? Ach, ojcze mój, czy. to jest wolą Bożą? Jaki będzie jej znak? Niech się jednak dzieje co chce!”.

W tym czasie w jego życiu zaczęło się dziać też coś, czego nie rozumiał. Długo nikomu o tym nie wspominał.

Podczas pobytu w domu O. Pio pomagał proboszczowi sprawować sakramenty, oprócz spowiedzi, ponieważ prowincjał nie zgodził się na to z uwagi na stan jego zdrowia. Jednak w późniejszym okresie pobytu w domu, za zgodą przełożonych, podjął się kierownictwa duchowego pewnej osoby za pośrednictwem korespondencji.

Podczas jego pobytu w Pietrelcinie starszy brat Michele postawił szopę w miejscowości Piana Romana, pod rozłożystym wiązem, by Pio mógł spokojnie modlić się i rozmyślać, nie będąc niepokojonym przez ludzi, a jednocześnie korzystając z zalet przebywania na świeżym powietrzu. Pierwsze stygmaty otrzymał właśnie w tej szopie. Było to 7 września 1910 r. po południu. Odmawiał właśnie modlitwy. Kiedy zobaczył Jezusa i Maryję, a na dłoniach ukazały mu się krwawe rany. Kiedy wrócił do domu, zwierzył się swojemu proboszczowi, o Pannullo: „Wujku Tore, błagam, prośmy Chrystusa, by uwolnił mnie od tych znaków. Pragnę cierpieć, umrzeć z cierpienia, ale żeby to było w ukryciu”. I modlili się razem prosząc o ukrycie tych ran. Pan Jezus wysłuchał modlitw, ponieważ krwawe znaki zniknęły, cierpienia jednak pozostały, tak jak o to prosił Pio.

Rok później, 8 września 1911 r. powiedział swojemu spowiednikowi, o Benedyktowi, że dotąd nic nie mówił, ponieważ powstrzymywał go przed tym ogromny wstyd: „Przytrafiło mi się coś, czego nie potrafię ani wyjaśnić, ani zrozumieć. Na wewnętrznej stronie dłoni pojawiła się czerwień. Temu zjawisku towarzyszył mocny i przenikliwy ból. Jego centrum było właśnie w owym zaczerwienionym miejscu. Ten ból był mocniejszy w lewej ręce. On jeszcze dotąd trwa. Także i pod mymi stopami odczułem ból”. Te pierwsze, niewidoczne jeszcze stygmaty, otrzymał 7 września 1910 r. Po roku, właśnie we wrześniu 2011, zjawisko powtórzyło się z większym nasileniem. Tak to opisał swojemu spowiednikowi: „W środku obu dłoni pojawiły się czerwone plamy, o wielkości centa. Towarzyszył temu silny i przenikliwy ból, dotkliwszy w lewej ręce. Ból odczuwam także i pod stopami”.

Pod koniec października 1911 r. O. Pio udał się do klasztoru w Venafro. Tam jednak znów rozchorował się poważnie. Stan jego był tak zły, że nie mógł odprawiać codziennej Mszy św. Lekarze w Neapolu, dokąd zawiózł go gwardian, nie potrafili rozpoznać choroby. A O. Pio poza cierpieniami fizycznymi doznawał także wielu cierpień duchowych, łącznie z udrękami szatańskimi i napaściami, przeplatane z przeżywaniem ekstaz i radości. „Któż mi uwierzy, że także w godzinach odpoczynku doznaję udręki…? Szatan chce mnie zdobyć za wszelką cenę”. – pisał do swego kierownika duchowego. – „Powiedz mi, ojcze, czy jest w moim sercu coś, choćby najmniejszego, co nie podoba się woli Bożej? Chcę to wszystko z serca usunąć, co Bogu się nie podoba, choćby nie wiadomo, ile to mnie kosztowało. Na skutek cierpienia i napaści szatana, ogarnia mnie uczucie zniechęcenia i melancholii. Jestem zmęczony tą walką duchową. Na szczęście po jakimś czasie to uczucie mija i nie czuję żadnego zmęczenia, gdy klęczę przed Jezusem (…) Szatan nie daje mi spokoju nawet przy ołtarzu. Czy jednak mogę się lękać będąc razem z Jezusem? Czuję straszliwy ból głowy, ucisk i duszność w piersiach, że nie mogę oddychać. Gdy znajduję się na krawędzi rozpaczy, wówczas przychodzi Niepokalana Dziewica, która niesie mi pociechę i ukojenie. Sam nie wiem, jak Jej podziękować. A potem wszystko znowu zaczyna się od początku”.

W marcu 1912 r. dołączyły nowe objawy do tych, które poprzednio wyznawał swojemu kierownikowi duchowemu: „Od czwartkowego wieczora aż do soboty, a także we wtorek przeżyłem okropne boleści. Serce, dłonie, stopy jakby przeszyte szpadą – tak straszliwego doznaję bólu”. A 23 sierpnia z kolei: „Odprawiałem w kościele dziękczynienie po Mszy św., kiedy poczułem nagle, jakby ktoś przeszył me serce ognistą, płonącą strzałą. Zdawało mi się, że umieram”.

21 marca 1912 r. Ojciec Pio zapisał: „Od czwartku wieczorem aż do soboty, a także i we wtorki przeżywam bolesny dramat. Czuję, że me serce, ręce i nogi przeszywa jakaś szpada. Czuję jednak ból i nic więcej”.

22 sierpnia tego samego roku poinformował swojego kierownika duchowego: „Odprawiałem w kościele dziękczynienie po Mszy św., kiedy poczułem nagle, jakby ktoś przeszył me serce ognistą, płonącą strzałą. Zdawało mi się, że umieram”.

10 października 1915 r. w odpowiedzi na stanowcze zapytanie swojego spowiednika, O. Pio odpowiedział, że otrzymał stygmaty, które „były widzialne na jednej z rąk”, prosił jednak Pana, aby zechciał je ukryć i żeby pozostawił samo tylko uczucie bólu, który pozostał „bardzo przenikliwy i ostry”. Przyznał też, że prawie każdego tygodnia, i to już od kilku lat, przeżywa „cierniem ukoronowanie” i „biczowanie”.

Ojciec Augustyn da San Marco szczegółowo wypytywał O. Pio o jego stygmaty. Ojciec Pio odpowiedział mu, miewał dar wizji już w nowicjacie, od 1903 r., natomiast co do stygmatów, to błagał Boga, by nie dawał mu widocznych ran, a jedynie zostawił ból, jeśli chce tak go doświadczyć, ponieważ uważał widoczne stygmaty za niewyobrażalne upokorzenie. Po tej prośbie widoczne rany zniknęły, ale Pio nadal odczuwał w ich miejscu ból, bardziej odczuwalne w określonych dniach i okolicznościach. Do tego dołączyły cierpienia powodowane odczuwaniem przez niego korony cierniowej i biczowania. Wszystkie te cierpienia dotykały go przynajmniej raz na tydzień.

W 1915 r. O. Pio został powołany do wojska. 6 listopada 1915 r. stawił się w urzędzie wojskowym w Benewencie, gdzie przydzielono go do 10 Kompanii Sanitarnej stacjonującej w Neapolu. Stawił się tam 6 grudnia, jednak kilkanaście dni później zwolniono go z powodu złego stanu zdrowia. Wtedy po raz pierwszy zauważono u niego gorączki przekraczające 42°C. Kiedy lekarze wojskowi próbowali mu zmierzyć temperaturę, rtęć w termometrach biegła jak szalona w górę i wszystkie pękały. Lekarze zalecili mu rok urlopu zdrowotnego.

Wrócił do Pietrelciny, gdzie zdrowie jego poprawiło się na tyle, że 17 lutego 1916 r. powrócił do zakonu: razem z o Augustynem przybył do klasztoru w Foggii, gdzie spędził około 7 miesięcy. Podczas tych siedmiu miesięcy przeżywał wielkie udręki duchowe i napaści szatana. To wtedy współbracia zakonni stali się mimowolnymi świadkami tych tortur, kiedy słyszeli z pokoju O. Pio hałasy i rumory, a kiedy sprawdzali, co się dzieje, zastawali O. Pio nieledwie martwego od tych tortur i zmęczenia po walce.

Pewnego dnia sam prowincjał poprosił O. Pio, żeby przestał straszyć zakonników, szczególnie młodych, tym, co się dzieje w jego pokoju. „Cóż poradzę, ojcze, skoro to nie ode mnie zależy. Ten potwór rzuca się na mnie i chce mnie pozbawić życia. Nie zależy to ode mnie. Jeśli jednak ojciec prowincjał nakaże, to niech się dzieje co chce, będę chciał się podporządkować” – odpowiedział posłuszny O. Pio.

Wtedy także dręczyły go wysokie temperatury. Pewien sprytny lekarz wpadł na pomysł, jak zmierzyć młodemu zakonnikowi temperaturę mimo pękających termometrów. Po prostu posłużył się termometrem kąpielowym, który ma większą skalę, i ze zdumieniem zaobserwował wynik 48°C.

Zakonnik w swoim otoczeniu stawał się coraz bardziej znany z powodu cudów, które działy się w jego obecności. Dlatego 28 lipca 1916 r. został przeniesiony do San Giovanni Rotondo, gdzie pozostał już do końca życia (za wyjątkiem, oczywiście, służby wojskowej). Wówczas San Giovanni Rotondo było bardzo małym i mało komu znanym maleńkim miasteczkiem, nieomal odciętym od świata. Warunki życia prymitywne, z powodu braku prądu, bieżącej wody i sanitariatów. Wielodzietne rodziny często mieszkały w jednym pomieszczeniu ze zwierzętami gospodarskimi. Klasztor był bardzo mały: razem z nim przebywało tam tylko siedmiu zakonników. Powierzono mu obowiązki spowiednika parafian i kierownika duchowego młodzieńców, którzy kandydowali do zakonu. Jako kierownik duchowy był zupełnie oddany swoim wychowankom. Starał się być zawsze razem z nimi; był pogodny i wszystkich bawił swoimi żartami i wesołością. Już wtedy okazywał, że poznaje dusze i sumienia swoich wychowanków w sposób nadprzyrodzony.

Pewnego dnia był przez cały dzień smutny i przygnębiony. Wychowankowie, którzy nie byli przyzwyczajeni widzieć go takim, pytali, co się stało. Z początku nic nie mówił, ale w końcu powiedział im, że jeden z nich przyjął świętokradczo komunię św. i stąd jego smutek i przygnębienie. I faktycznie, jeden z chłopców przyznał się, że on to zrobił.

Poza tym – mimo iż gwardian był temu przeciwny, gdyż uważał, że słabe zdrowie O. Pio mu na to nie pozwoli – podjął się kierownictwa duchowego ludzi, którzy korzystali z jego posługi kapłańskiej. Później, kiedy zobaczył, że nie niesie to z sobą negatywnych skutków, gwardian zezwolił Ojcu Pio na tę posługę i mogli z niej korzystać wszyscy. Tę część swojej posługi kapłańskiej O. Pio spełniał z wielką przyjemnością, kierując się troską o zbawienie dusz. Ludzi, dla których był kierownikiem duchowym, nazywał swoimi synami i córkami duchowymi. W kierownictwie duchowym brał pod uwagę przede wszystkim właściwości duszy i jej życiowe powołanie. W rozpoznaniu duszy penitenta pomagały mu nadprzyrodzone dary, między innymi dar czytania w ludzkich sercach. Starał się każdej duszy przekazać zasady życia chrześcijańskiego na takim poziomie, na jakim były dla niej właściwe, podkreślał konieczność zdobywania cnót, które powinny być wspierane modlitwą i ofiarą. Wspierał ich także własną modlitwą i ofiarą: „…Dowiesz się o tym, co uczyniłem dla ciebie, w dniu sądu…” – mawiał.

Wskazywał na pięć zasad wzrostu duchowego: cotygodniowa spowiedź, codzienne przyjmowanie Komunii św. i lectio divina (czytanie duchowe, czyli czytanie Biblii), dwa razy dziennie medytacja i rachunek sumienia: rano jako przygotowanie do zmierzenia się z trudami dnia, a wieczorem jako spojrzenie w świetle łaski na przeżyty dzień. Nauczał, by we wszystkim rozpoznawać Boga i ponad wszystko pragnąć pełnić wolę Bożą.

Zapoczątkował też tworzenie się grup modlitwy, dla których wygłaszał konferencje w czwartki i w niedziele. Uczył ich uczestników podstaw życia chrześcijańskiego i wpajał przekonanie, że należy świadomie dążyć do doskonałości. Mówił o potrzebie posiadania świętego kierownika duchowego, częstym przystępowaniu do sakramentów, codziennych rozmyślaniach i czytaniach duchowych. Proponował, by rozmyślania odbywać na klęcząco, by w ten sposób naśladować Chrystusa modlącego się w Ogrodzie Oliwnym. Pouczał, że nie jest istotne wzruszenie, które się przy tym akcie przeżywa bądź nie, ale tylko świadomie podjęty wysiłek i faktyczne rozważanie. Podkreślał też, że w Piśmie św. są wszystkie nauki i przykłady potrzebne do pobożnego życia i do rozwijania w sobie cnót. Mawiał: „Jeśli chcemy kogoś przekonać, i podać mu odpowiedni argument dla życia wewnętrznego, powinniśmy wykorzystać i bardziej doceniać święte przykłady z Biblii, a nie z życia świeckiego. One bowiem mają większą wartość i skuteczność”. Konferencje zwykł kończyć słowami: „Oto macie gotowy materiał. Zaczynajcie i budujcie”.

I jeszcze jedna rada O. Pio: kiedy penitenci skarżyli się, że zbyt przychodzi im doskonalenie duszy, odpowiadał: „Jedni jadą do raju pociągiem, inni furmanką, a jeszcze są i tacy, którzy idą zwyczajnie, na piechotę. I wiedz o tym, że właśnie ci ostatni mają najwięcej zasług i w sposób szczególny czczą Boga i zasłużą na chwałę w raju”.

O. Pio zalecał dostosowywanie umartwień do swoich możliwości. Modlitwę do Anioła Stróża: „On jest blisko nas zawsze od naszych narodzin aż do śmierci. Jest on przy nas i rano, gdy wstajemy, i wspomaga nas w pracy w ciągu dnia i czuwa nad nami w nocy. Słowem jest on zawsze przy nas”. Ponadto zalecał w maju nowennę do Matki Bożej z Pompei, w czerwcu koronkę do Najświętszego Serca Pana Jezusa, modlitwy do św. Anny, do Matki Bożej Wniebowziętej, 40-dniową modlitwę przed uroczystością św. Michała Archanioła (rozpoczynał w wigilię Wniebowzięcia NMP, 14 VIII), modlitwy do Aniołów Stróżów. Październik znowu poświęcał Matce Bożej Różańcowej, listopad modlitwie za zmarłych, grudzień Matce Bożej Niepokalanej i tajemnicy Bożego Narodzenia. Od dnia św. Katarzyny (25 XI) do Objawienia Pańskiego (6 I) codziennie odmawiał 40 Zdrowaś Maryjo.

18 grudnia 1916 r. wcielono go ponownie do jednostki w Neapolu. Jednak znowu zwolniono z powodu złego stanu zdrowia na sześć miesięcy. 30 czerwca 1917 r. znowu powołano go. O. Pio stawił się do jednostki wojskowej dopiero w sierpniu. Tym razem uznano, że nadaje się do służby wewnętrznej. Służył tam tylko trzy miesiące i został zwolniony. Martwił się bardzo tym wszystkim, co przynosi wojna. Ubolewał nad działaniami wojennymi, których ofiarą był papież Pius X, „dusza naprawdę święta i szlachetna”. Po zwolnieniu z wojska spędził jeszcze kilka dni w Pietrelcinie, z rodziną, a potem wrócił do klasztoru.

5 marca 1918 r. O. Pio znowu wcielono do wojska, ale 18 marca zwolniono z powodu złego stanu zdrowia. Orzeczono gruźlicę (różnie podają źródła). „Wysyłamy go do domu, by mógł umrzeć w spokoju” – uzasadnili swą decyzję.

Pod koniec wojny, w lipcu 1918 r., papież Benedykt XV, który bardzo przeżywał wojnę – nazywał ją samobójstwem Europy – zaapelował do wszystkich, żeby modlili się o rychłe jej zakończenie. O. Pio zaraz po tym, jak się dowiedział o prośbie papieża, 27 lipca, złożył samego siebie w ofierze w intencji zakończenia wojny.

Odpowiedź uzyskał rychło – w dniach 5–7 sierpnia. 5 sierpnia był właśnie w konfesjonale i spowiadał chłopców, kiedy nagle stało się coś, o czym tak pisał swojemu kierownikowi duchowemu: „Słuchałem spowiedzi, kiedy nagle zdrętwiałem z przerażenia: przed oczami mego umysłu stanął Niebiański Gość. Trzymał w ręku coś na kształt narzędzia podobnego do długiej, żelaznej klingi, zakończonej dobrze wyostrzonym szpicem, który zdawał się ziać ogniem. I tym rozpalonym narzędziem rzucił z całych sił w mą duszę. Z wielkim trudem wydobyłem z siebie jęk. Zdawało mi się, że umrę. Chłopca, którego spowiadałem, poprosiłem, żeby odszedł, gdyż czułem się bardzo źle i nie miałem siły dalej spowiadać. Ta męka trwała nieprzerwanie aż do 7 sierpnia rano. Nie potrafię opisać moich cierpień. Miałem uczucie, jakby mi rozdzierano wnętrzności. Od owego dnia zacząłem nosić w sobie śmiertelną ranę. W samej głębi duszy czuję stale otwartą ranę, źródło mych ustawicznych katuszy”. Rana, o której pisał, była tym razem raną fizyczną. Ból był tak wielki, że O. Pio nie mógł sobie z tym doświadczeniem poradzić. Skarżył się spowiednikowi: „Rana jest tak bolesna, że wystarczyłaby tysiąckroć na zadanie mi śmierci. Boże, dlaczego nie umieram? A jednak jesteś okrutny – głuchy na krzyk cierpiącego, nie dajesz mu ukojenia. Wybacz mi, Ojcze, chyba tracę zmysły. Nie wiem, co mówię. Nadmiar cierpień doprowadza mnie, wbrew mej woli, do złości”.

Cierpienie trwało bez zmian do 20 września. Jeden z braci zakonnych tak pisze o O. Pio w tamtym okresie: „W tym czasie jego wygląd znacznie się postarzał. Wyglądał tak jakby był martwy. Ciągle płakał i wzdychał, mówiąc, że Bóg go opuścił”.

20 września, po siedmiu tygodniach męki, nastąpiła zmiana. O. Pio klęczał w chórze i odprawiał dziękczynienie przed Ukrzyżowanym. Znów oddaję mu głos: „Siedziałem na chórze po odprawieniu Mszy św., kiedy owładnęła mną jakaś dziwna ociężałość, podobna do słodkiego snu. Wszystkie moje wewnętrzne i zewnętrzne zmysły, a także cała dusza pogrążyły się w nieopisanym ukojeniu. Trwałem w tym stanie, gdy zobaczyłem nagle obok siebie tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem już 5 sierpnia, z tą tylko różnicą, że ta miała ręce, stopy i bok broczące krwią. Jej widok przeraził mnie. Doznałem uczuć, których nigdy nie zdołam opisać. Czułem, że umieram, i umarłbym, gdyby Pan nie podtrzymał kołaczącego się w piersiach serca.

Kiedy tajemnicza postać zniknęła, spostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok są przebite i ociekają krwią. Proszę sobie wyobrazić mękę, jakiej wówczas doznałem i doznaję nieustannie każdego dnia, Rana serca krwawi obficie, zwłaszcza od piątkowego wieczora do soboty. Obawiam się, że umrę z upływu krwi, jeśli Pan nie wysłucha mych jęków i nie odejmie mi tych ran. Niech zostawi mi ból i mękę, lecz niechaj odejmie mi te znaki zewnętrzne, które sprawiają mi nieopisane zawstydzenie i upokorzenie”.

Stygmaty, które O. Pio otrzymał tego dnia, nosił przez 50 lat, aż do dnia swojej śmierci.

Współbracia O. PioTymi znakami męki Chrystusa O. Pio czuł się bardzo zawstydzony i upokorzony. Musiał opowiedzieć wszystko gwardianowi, a ten zawiadomił prowincjała, który przyjechał do San Giovanni Rotondo. Wysłuchał sprawozdania, obejrzał rany i też nie wiedział, co zrobić. Wysłał wiadomość do generała zakonu z informacją i zapytaniem, co robić, stwierdzając między innymi: „Nie są to plamy ani też odciśnięte ślady, lecz autentyczne rany na wylot. W boku zaś widnieje istne rozdarcie, z którego nieustannie wypływa krew bądź krwawa ciecz”. Na razie przełożeni uznali, że trzeba O. Pio i jego rany poddać badaniu lekarskiemu., którzy mieszkali z nim w tym czasie w San Giovanni Rotondo, opowiadali, że po tym zdarzeniu O. Pio z trudem dowlókł się do swojej celi nr 5, zostawiając za sobą krwawe ślady na posadzce. Nie mogło to zostać niezauważone, w związku z czym gwardian zażądał wyjaśnień.

Rany zadawały mu nieustający w dzień i w nocy silny ból. Mówił: „Kiedy pozwalam sobie na trochę snu, ich ból wzmaga się nie do wytrzymania”. Mówił też o sobie, że „dźwiga krzyż za wszystkich”. W swoim ciele, podczas codziennej Mszy św. – według jego własnych słów – przeżywał wszystkie etapy Męki i agonii Zbawiciela. W czasie sprawowania Eucharystii cierpiał „od początku do końca w sposób narastający. Najbardziej od konsekracji do Komunii”.

A wieść o stygmatyzowanym zakonniku zaczęła rozprzestrzeniać się, zataczając coraz szersze kręgi. Do San Giovanni Rotondo zaczęło przybywać coraz więcej ludzi ciekawych cudu. Zaczęli też zjeżdżać się dziennikarze. Jedni z przybyłych doznawali cudów, inni oskarżali O. Pio i zakonników o oszustwo. Jednak osoby żyjące w jego bezpośrednim otoczeniu, twierdzili, że oprócz stygmatów otrzymał wiele innych darów duchowych, m.in.: dar uzdrawiania chorych, dar bilokacji, dar lewitacji, dar proroctwa, dar czynienia cudów, dar czytania w ludzkich sercach, dar nawracania, dar przepowiadania, dar mówienia w nieznanych mu językach, od tego czasu O. Pio mógł obywać się bez pokarmów i bez snu, a także z ran stygmatów zaczął się wydobywać zapach perfum lub kwiatów. Wiele osób twierdziło też, że porozumiewał się z Aniołami Stróżami ludzi, dzięki czemu doznawali wielu łask i uzdrowień.

Wiosną 1919 r. odwiedził O. Pio pierwszy lekarz, profesor Luigi Romanelli, prymariusz szpitala w Barletta, który na życzenie prowincjała, 15 i 16 maja zbadał rany zakonnika. 26 lipca przybył profesor patologii z Uniwersytetu w Rzymie, Amico Bignami, który na zbadanie stygmatów poświęcił cały tydzień. Obaj lekarze nie uznali wprawdzie O. Pio za oszusta: o jego osobowości wypowiadali się bardzo pozytywnie, niemniej jednak uważali, że rany te były wspomagane, być może nieświadomie, przez samego O. Pio, może to autosugestia, a może inny sposób. Wysuwano nawet sugestie, że może wspomagać ten proces inna osoba. Prof. Romanelli przesłał do Świętego Oficjum relację, w której między innymi napisał, że z ran wypływa krew w takiej ilości, iż w normalnym przypadku groziłoby to całkowitym wykrwawieniem. Rany nóg i rąk są tak głębokie, że można przez nie patrzeć na wylot. „Wykluczyć należy – pisze – iż etiologia ran ojca Pio jest pochodzenia naturalnego (…) z punktu widzenia naukowego nie da się wyjaśnić ich powstania (…) ani w ogóle zaklasyfikować, ze względu na ich charakter i przebieg kliniczny, jako zwykłych ran chirurgicznych. Mają one zupełnie inne pochodzenie i przyczynę. Ojciec Pio jest żywym cudem”.

W październiku, na polecenie generała, dr Giorgio Festa, któremu towarzyszył dr Romanelli, przeprowadzono nowe badania. Po tych badaniach dr Romanelli napisał nowe sprawozdanie, w którym punkt po punkcie zbijał tezy Bignamiego.

Dr Fiesta swoje obserwacje zawarł w dość grubej księdze zatytułowanej „Tajemnice wiedzy i światła wiary”. On również podał w wątpliwość tezy prof. Bingamiego: „Obrażenia powstałe w jakikolwiek – nieważne, w jaki – sposób powinny były zgodnie z naturą rzeczy bądź z wolna zabliźniać się, bądź przejść w stadium martwicze spowodowane działaniem zarazków, czego przecież trudno było uniknąć”. W swojej relacji dla władz kościelnych pisał, że „rany ojca Pio oraz krwotoki, które z nich pochodzą, mają swe źródło, którego nasza wiedza nie może wyjaśnić (…) Krew, która wypływa z przeciętych żył w żywym organizmie nie posiada przyjemnego zapachu. Natomiast krew, która wypływa z ran O. Pio posiada subtelny i delikatny zapach. Zjawisko to zaprzecza wszelkim prawom naturalnym i naukowym, wykracza poza możliwości logicznego wytłumaczenia, a my uczciwie nie możemy zrobić nic innego jak tylko potwierdzić fakty”.

Dr Festa mierzył też systematycznie temperaturę O. Pio. Stwierdził, że w pewnych okresach temperatura wynosiła tylko 36,2–36,5°C, w innych zaś dochodziła do 48–48,5°C. „Kiedy miał tak wysoką gorączkę” – pisał – „na jego twarzy malowało się cierpienie, był też trochę niespokojny, lecz nie wpadał w stan delirium ani nie okazywał objawów towarzyszących zazwyczaj znacznym zaburzeniom temperatury ciała. Po dwóch lub trzech dniach wszystko wracało do normy i Ojciec Pio znów schodził do konfesjonału, by pełnić swą służbę”.

A co do stygmatów, nawet eksperyment, który na Ojcu Pio kazał przeprowadzić prof. Bingami, nie dowiódł własnej jego tezy. Stwierdził on mianowicie, że jeżeli przez tydzień rany O. Pio nie będą smarowane jodyną, to w tym czasie na pewno zagoją się. Eksperyment przeprowadzono bardzo skrupulatnie, jednak po ośmiu dniach rany nie tylko nie zagoiły się, ale krwawiły jeszcze obficiej.

Następnym lekarzem, który badał O. Pio, był o Agostino Gemelli, który w jednej osobie łączył autorytet duchownego z autorytetem lekarza. Jego specjalnością była psychologia. Przybył do San Giovanni Rotondo 18 kwietnia 1920 r.

Jakiś czas wcześniej Agostino Gemelli napisał do prowincjała, ojca Pietro, że pragnie spotkać się z O. Pio. Prowincjał odpowiedział mu, że jeśli pragnie zbadać O. Pio, to powinien w Rzymie u przełożonych zakonu postarać się o pozwolenie. Jednak dr Gemelli odpowiedział, że wybiera się do San Giovanni Rotondo z przyczyn prywatnych i duchowych i nie ma zamiaru badać O. Pio. Razem z nim przyjechała Armida Borelli, osoba dość popularna w kręgach katolickich, założycielka Sekcji Młodzieży Żeńskiej przy Akcji Katolickiej i współpracowniczka o Gemellego przy tworzeniu Uniwersytetu Katolickiego w Mediolanie.

Następnego dnia pani Barelli zaczęła prosić spowiednika O. Pio, żeby pozwolił drowi Gemellemu obejrzeć rany zakonnika. Jednak spowiednik odparł, że prowincjał zabronił zmuszania O. Pio do takich badań, a poza tym nie mają pozwolenia z Rzymu.

Skoro się to nie udało, dr Gemelli poprosił o spotkanie z O. Pio. Ich rozmowa w zakrystii trwała kilka minut i nie była połączona z badaniem ani stygmatów, ani O. Pio.

Mimo to dr Gemelli wypowiedział się negatywnie o stygmatach. Mimo że nigdzie nie ma śladu po jakimkolwiek sprawozdaniu z badania, które nie odbyło się, Gemelli wszystkim powtarzał: „Zadanie zbadania tej sprawy zleciły mi władze kościelne, których nie ma potrzeby tu wymieniać. To im doręczyłem moje sprawozdanie”. Pozwolił sobie nawet na twierdzenie, że przy badaniu tym był obecny prowincjał. Twierdził, że O. Pio jest „ignorantem i samookaleczającym się psychopatą, który wykorzystuje ludzką łatwowierność”.

Jednak do dnia dzisiejszego nie odnalazł się żaden dokument z tego rzekomego badania.

Jednak przez kilka następnych lat właśnie ta opinia zadecydowała o sposobie traktowania O. Pio przez przełożonych i Stolicę Apostolską.

Z San Giovanni Rotondo wyjeżdżało coraz więcej ludzi, którzy doznali tam szczególnej łaski – a to uzdrowienia, a to nawrócenia. Do klasztoru nadchodziło coraz więcej listów z podziękowaniami. A jednocześnie O. Pio coraz więcej czasu spędzał w konfesjonale. Dochodziło do tego, że nie wychodził z niego po 16 godzin dziennie. Jeden z ówczesnych prowincjałów napisał: „Powroty do Boga, nawrócenia są dla mnie wymownym dowodem, że Ojciec Pio jest naprawdę wybranym narzędziem Bożym i że przez niego tyle dusz dostępuje łaski i pomnaża się Boża chwała”. Wielkim uznaniem i szacunkiem darzył go papież Benedykt XV (1914–1922). Kiedy jego specjalni wysłannicy w tej sprawie mówili mu, że należy jednak zachować ostrożność, odpowiedział: „Owszem, ale nie można aż tak dalece być niedowiarkiem”.

Przy tym wszystkim O. Pio zachował całkowitą prostotę i nie zmienił ani na jotę swoich zwyczajów ani zachowania. Jednak ludzie, którzy zaczęli uważać go za świętego, zaczęli też polować na relikwie. Polowali na zużyte bandaże, próbowali zdobyć fragment jego szaty. Te zachowania między innymi przyczyniły się wielce do późniejszych kłopotów Ojca Pio.

Diabeł nie śpi nigdy. Im więcej ludzi poprawiało jakość życia duchowego dzięki Ojcu Pio, im więcej dusz wyrywał on ze szponów złego, im bardziej rosła sława jego świętości, tym bardziej rosła złość księcia piekieł. Znalazł ludzi, którzy nieświadomie stali się jego narzędziami. Działania swoje diabelskie prowadził wielotorowo.

Najpierw, w 1921 r. rozeszła się wśród ludzi pogłoska, że O. Pio ma opuścić San Giovanni Rotondo. Kiedy do klasztoru przybyli prowincjał o Pietro i spowiednik Ojca Pio o Benedykt, ludzie złożyli na ich ręce protest. Wokół klasztoru zaczęło narastać zamieszanie. Sytuacja narastała i zrobiło się w pewnym momencie nawet dosyć groźnie. Dopiero pisemne oświadczenie, że O. Pio nigdzie nie wyjedzie, uspokoiło nieco sytuację. 23 lipca znowu rozeszła się „pewna” wiadomość, że O. Pio jednak wyjedzie. Zaraz też prasa nadała niepotrzebny rozgłos tej sprawie. To wszystko zaniepokoiło władze kościelne i sprawiło, że nad sytuacją O. Pio pochyliła się Kongregacja Świętego Oficjum, odpowiedzialna za czystość wiary i obyczajów. 2 czerwca 1922 r. rozpatrzono „problem Ojca Pio”, w wyniku czego uznano za właściwe nałożyć na niego pewne ograniczenia, żeby uniknąć nadmiernego rozgłosu wobec jego osoby. Polecono mu odprawiać Mszę św. o różnych godzinach, zamiast – jak dotychczas – o stałej porze, odprawiać ją wcześnie rano prywatnie, zakazano udzielać ludowi błogosławieństwa, aby w żadnym wypadku i nikomu nie pokazywał stygmatów, nie zgadzał się na ich całowanie ani nie mówił o nich z nikim. Nakazano mu także, aby poprosił wszystkich, żeby z ostawili go w spokoju i ograniczyli się do myślenia o osobistym uświęceniu. Nakazano zmienić kierownika duchowego, a z dotychczasowym zerwać wszelkie kontakty, nawet korespondencyjne. Zakazano odpisywać na jakiekolwiek listy, zarówno osobiście, jak też przez pomocników. Zakazano mu uczyć nastoletnich chłopców w szkole przyległej do klasztoru tak jak dotychczas. Na koniec ustalono, że O. Pio zostanie przeniesiony do innego klasztoru, najlepiej w północnych Włoszech.

O ile wszystkie zalecenia poza ostatnim zostały przyjęte z pokorą i zarówno O. Pio, jak i jego współbracia zastosowali się do nich bezzwłocznie i bez zastrzeżeń, o tyle z przeniesieniem był kłopot, ponieważ miejscowa ludność ostro się temu sprzeciwiła. Prowincjał zapewniał generała, że zrealizuje to postanowienie, ale potrzebuje na to nieco więcej czasu, ponieważ musi uspokoić ludzi.

Jednocześnie przeciwnicy O. Pio oskarżali go już nie tylko o fałszywe stygmaty, ale rozszerzyli listę zarzutów o chorobę umysłową, o niemoralne postępowanie z kobietami, o niewłaściwe wykorzystywanie pieniędzy, o to że woń wydzielana przez krew płynącą ze stygmatów powstawała za sprawą wody kolońskiej.

Kongregacja Świętego Oficjum nadal badała sprawę i 31 maja 1923 r. wydała dekret, w którym napisano: „Po przeanalizowaniu wybranych faktów z życia Ojca Pio i jemu przypisywanych, nie stwierdza się charakteru ich nadprzyrodzoności. Wzywa się wiernych, aby dostosowali się w sposobie postępowania względem Ojca Pio do wyjaśnienia niniejszego dokumentu”. 17 czerwca gwardian otrzymał zarządzenia: „O. Pio nie może odprawiać Mszy św. publicznie o ustalonej godzinie, ale niech to czyni w wewnętrznej kaplicy klasztoru, samotnie (prywatnie). Nie pozwala się nikomu uczestniczyć w jego Mszy św. O. Pio nie może odpisywać na listy zarówno sam, jak i przez inne osoby”.

Kiedy miejscowa ludność dowiedziała się o postanowieniach przedstawionych w dekrecie, wzburzenie doszło do takiego poziomu, że tłum wdarł się do klasztoru, żądając, żeby O. Pio odprawiał Msze św. jak dotychczas. Ponieważ nie udało się w żaden sposób uspokoić tłumu, gwardian postanowił na razie nie wdrażać postanowień Świętego Oficjum.

8 sierpnia 1923 r. O. Pio otrzymał nakaz przeniesienia się do Ankony, gdzie prowincjał uznał, że najlepiej byłoby go umieścić w klasztorze w Cingoli. Gotów był wyjechać natychmiast, nawet o północy. Pisał: „Sądzę, że nie ma potrzeby powtarzać tego, że – dzięki Bogu – jestem gotów okazać posłuszeństwo i podporządkować się każdemu rozporządzeniu, które otrzymam od swych przełożonych. Ich głos jest dla mnie głosem samego Boga i chcę być wierny aż do samej śmierci. Z pomocą Bożą będę posłuszny i podporządkuję się każdemu poleceniu, choćby nie wiem jak ciężkiemu”. Nie byli jednak gotowi mieszkańcy San Giovanni Rotondo. Obserwowali klasztor dzień i noc, żeby zapobiec przeniesieniu świętego. Do miasta przybywało coraz więcej ludzi i wszyscy pilnie obserwowali klasztor i zakonników.

24 lutego 1924 r. Kongregacja powtórzyła dekret, upominając wiernych i podkreślając, że w zjawiskach zachodzących w związku z osobą O. Pio nie ma nic z nadprzyrodzoności. Zakazano wszystkim utrzymywania jakiegokolwiek kontaktu z O. Pio.

Wszystkie te wydarzenia spowodowały wizytacje apostolskie klasztoru. 20 kwietnia 1924 r. z polecenia prokuratora generalnego zakonu do San Giovanni Rotondo przybył o Celestyn z Desio, aby przeprowadzić wizytację i sondaż we wspólnocie zakonnej. Do dotychczasowych problemów doszło jeszcze podejrzenie braci o to że specjalnie robią Ojcu Pio reklamę. Przeprowadzone badanie pozwoliło oddalić te podejrzenia. Zarówno zakonnicy starali się unikać rozgłosu, jak i O. Pio zachowywał się spokojnie i zwyczajnie. Za wszelką cenę starał się unikać oznak czci okazywanej przez ludzi przybywających, żeby się z nim spotkać.

Jednocześnie cały czas szerzyły się oszczerstwa rzucane na niego prze ludzi mu nieprzychylnych. Nawet posuwano się do przypisywania stygmatów szatanowi. Ale czy diabeł może czynić takie cuda? Nawrócenia?

Bo odkąd otrzymał stygmaty, O. Pio miał już za sobą pomoc w wielu nawróceniach. Jednym z pierwszych głośnych przypadków, było nawrócenie słynnego genueńskiego prawnika, Cesare Festy, zresztą kuzyna tego samego doktora Festy, który badał stygmaty zakonnika. Był on masonem i czynnie zwalczał Kościół. Do San Giovanni Rotondo przywiodła go po trosze ciekawość, a po trosze nadzieja zdemaskowania oszusta. Po dość długiej rozmowie w cztery oczy z O. Pio Cesare Festa był innym człowiekiem. Uklęknął przed O. Pio i poprosił o spowiedź. „Nie, jeszcze za wcześnie. Bóg da ci znak, kiedy przyjdzie na to właściwy moment” – odpowiedział Ojciec Pio. Festa odbył potem pielgrzymkę do Lourdes, na zebraniu loży masońskiej zrezygnował z bycia masonem i stał się w pełni nawróconym katolikiem.

Za jego przykładem poszli inni i liczba nawróceń rosła z miesiąca na miesiąc.

W 1925 r. O. Pio zaczął cierpieć z powodu przepuklin pachwinowych. Poprosił o pomoc i do San Giovani Rotondo przybył dr Giorgio Festa. Okazało się, że konieczny jest zabieg chirurgiczny, który postanowiono przeprowadzić w klasztorze. O. Pio nie zgodził się na narkozę, ponieważ wiedział, że wtedy lekarz nie powstrzymałby się przed zbadaniem jego stygmatów. Przez cały zabieg, który trwał około godziny i trzech kwadransów, nie wydał nawet jęku, jednak kilka razy tracił przytomność i wtedy dr Festa obejrzał jego rany. Stwierdził, że przez kilka lat, które upłynęły od pierwszego badania, rany nie zmieniły ani trochę swojego wyglądu. Od tego czasu już żaden lekarz nie oglądał i nie badał stygmatów O. Pio.

Niedługo potem na szyi zakonnika utworzył się bolesny guz, prawdopodobnie torbiel, który utrudniał świętemu poruszanie głową, nawet podczas snu. Tym razem też O. Pio zezwolił na zabieg pod warunkiem, że nie będzie usypiany. Zabiegł odbył się w klasztorze.

Kilka lat później O. Pio znów zaatakował złośliwy nowotwór, tym razem ucha. Jak wcześniej, także i tym razem O. Pio nie wyraził zgody na narkozę. Po operacji zastosowano także radioterapię, jednak po dwóch zabiegach O. Pio stwierdził, że jest to już niepotrzebne i zrezygnował z dalszych zabiegów.

W kwietniu 1926 r. przybył do San Giovanni Rotondo następny wizytator, monsignore Felice Bevilacqua, z Kongregacji Soboru. W swoim sprawozdaniu opisał codzienne życie O. Pio. Stwierdził, że Ojciec Pio normalnie spełnia swoje obowiązki, dużo czasu poświęcając osobistej modlitwie, jak zwykle bierze udział w ćwiczeniach duchownych wspólnoty zakonnej. Przygotowanie do Mszy św. i dziękczynienie, które czasem trwa godzinę, a nawet dłużej, odprawia w chórze zakonnym, a nie w zakrystii. Potem przez pół godziny medytuje. Mszę św., która trwa od 25 do 35 minut, odprawia z wielką pobożnością. Pozostały czas spędza w konfesjonale albo w swojej celi. Czyta dużo książek o tematyce moralnej i ascetycznej.

Kiedy w 1926 r. wydano dwie książki na temat O. Pio, jednak bez uzyskania zgody władzy kościelnej, a nieco później jeszcze jedną, również bez imprimatur, Kongregacja Świętego Oficjum uznała je za zakazane.

W 1928 r. przybył do San Giovanni Rotondo kolejny wizytator z Rzymu, monsignore Bruno, a w ostatnich dniach kwietnia 1929 r. inspektor z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w towarzystwie kwestora z Foggii. Celem tej drugiej wizyty było prawdopodobnie przygotowanie przenosin O. Pio do klasztoru w Cingoli. I znowu ludność zmobilizowała się, żeby nie dopuścić do wyjazdu O. Pio. Obserwowano klasztor i składano protesty do władz.

Mimo że żadna komisja ani żaden wysłannik władz nie stwierdzają nic niewłaściwego w zachowaniu i postępowaniu Ojca Pio, władze nie zmieniają swojego nastawienia i zakazów w stosunku do zakonnika. Nadal wydawane są oświadczenia zaprzeczające jakiejkolwiek nadprzyrodzoności w życiu O. Pio. I nadal ludzie w miasteczku pilnują, żeby nie zabrano im O. Pio, co jakiś czas ulegając wzburzeniu i wywołując z tego powodu awantury. Klasztor był bez przerwy obserwowany, a przybywający i wyjeżdżający dokładnie kontrolowani. Drogi są obstawione, a ludzie bardzo podejrzliwi. I chociaż wierni nie mają żadnego prawa wywierać presji na sprawy kadrowe zakonu, tym razem przełożeni nie wiedzieli, jak z tej sytuacji wybrnąć. Tymczasem czekali, aż sytuacja się uspokoi.

Tymczasem Święte Oficjum nie było zadowolone z niewykonania jego postanowień. 9 czerwca 1931 r. przyszło do klasztoru pismo, wydane 25 maja, stwierdzające, że „O. Pio powinien się podporządkować bezwzględnie surowym zarządzeniom. Dotyczy to jego osoby i innych”. Dodatkowo O. Pio został pozbawiony wszystkich funkcji kapłańskich z wyjątkiem odprawiania Mszy św., ale wyłącznie prywatnie, bez obecności osób trzecich.

O. Pio nie miał problemów z podporządkowaniem się temu; zawsze posłusznie spełniał wszystkie polecenia przełożonych. Nigdy też nie skomentował tego dekretu, za wyjątkiem wypowiedzianych tuż po jego odczytaniu słów: „Niech się dzieje wola Boża!”. Problem miał jednak gwardian, z powodu wiernych, którzy powodowali zamieszki. Sytuacja wokół klasztoru nie uległa żadnej zmianie.

Ojciec Pio tymczasem codziennie odprawiał rano Mszę św. przez ok. 3 godziny, potem przez godzinę odprawiał dziękczynienie, następnie szedł do biblioteki. Dużo czytał i medytował, prawie nieustannie modlił się, spełniał praktyki ascetyczne, ani przez chwilę nie tracąc spokoju.

Z czasem miasteczko trochę uspokoiło się, ale nie zapomniano o O. Pio.

14 marca 1933 r. do San Giovanni Rotondo przybyli o Pasetto i monsignore Bevilacqua. Byli oni wysłannikami samego papieża Piusa XI. Po rozmowie z O. Pio, o Pawetto rozmawiał z gwardianem i wyznał mu, że O. Pio wywarł na nim wrażenia człowieka bez reszty oddanego Bogu.

Nastał Wielki Tydzień 1933 r. W tym roku stygmaty dawały się odczuć Ojcu Pio w sposób wyjątkowy. Widać było, jak bardzo cierpi, chociaż nie mógł powiedzieć ani jednego słowa, a po policzkach płynęły mu łzy. Cały tydzień spędził w łóżku z temperaturą 48 stopni Celsjusza.

23 czerwca 1933 r. do San Giovanni Rotondo przybyli arcybiskup Manfredonii, Andrzej Cesarano, i archiprezbiter z Prencipe, by odwiedzić Ojca Pio. Ludzie bardzo prosili go o wstawiennictwo u papieża, żeby zezwolił O. Pio na wznowienie posługi kapłańskiej, bo bardzo im go brakuje. I niezadługo, dzięki papieżowi Piusowi XI zostały z O. Pio zdjęte zakazy, miał on powiedzieć: „Nie byłem źle nastawiony do Ojca Pio, lecz byłem źle poinformowany”. Już 15 lipca przybył do klasztoru sam prowincjał, o Bernard z Alpicella, żeby powiedzieć, że O. Pio może znowu odprawiać Msze i spowiadać wiernych. Pozwolono mu też nauczać.

Życie Ojca Pio, poza codziennym odprawianiem Mszy św. o godz. 9 i wysłuchiwaniem spowiedzi wiernych, nie zmieniło się wiele. Jeśli czuł się dobrze, brał udział we wszystkich zajęciach wspólnoty, razem z innymi braćmi. Jednak dość często czuł się źle: miał silne bóle głowy, brak apetytu, gorączkę. Jadał bardzo niewiele. Zwykle pierwszy posiłek spożywał w południe, po odprawieniu Mszy św. i jedno– lub dwugodzinnego dziękczynienia po niej. Z reguły nie jadał śniadania, a często rezygnował też z kolacji. Każdego dnia tracił sporo krwi z powodu stygmatów. Ponieważ prawie nie sypiał, wiele czasu spędzał wieczorami w chórze na modlitwie. Budził braci na nocne oficjum i potem jako ostatni wychodził z chóru, aby trochę odpocząć.

Od czasu cofnięcia wszystkich zakazów wobec Ojca Pio systematycznie rosła liczba odwiedzających San Giovanni Rotondo i świętego stygmatyka. Spowiadał on pierwotnie około 10–15 mężczyzn i około 30–50 kobiet, ale liczba ta systematycznie rosła. Otrzymywał też coraz więcej listów, które wszystkie przechodziły przez ręce przełożonych. O. Pio odpowiadał tylko na niektóre z nich. Już wtedy zdarzało się, że listy od O. Pio po otwarciu wydzielały dziwny, bardzo miły zapach, który pragnących pomocy napełniał pokojem i pociechą.

Około połowy sierpnia 1934 r. O. Pio zaczął się gorzej czuć. Dręczył go ból w ramionach i wysoka gorączka. Mimo to nie zmienił swojego trybu życia. Codziennie odprawiał dla pielgrzymów Mszę św., potem spowiadał coraz większe rzesze cisnących się do niego penitentów.

Tu może warto napisać trochę o życiu duchowym Ojca Pio. Oczywiście, pełni jego życia duchowego, ani nawet większości, nie jesteśmy w stanie ani poznać, ani zrozumieć. W pewnym sensie życie jego przebiegało bardziej w rzeczywistości nadprzyrodzonej niż w tej naszej, niepotrafiącej oderwać się od ziemi.

Życie jego było nieustannym pasmem cierpień: i tych fizycznych, związanych z licznymi jego chorobami i ze stygmatami, i tych duchowych. O fizycznych wiemy w zasadzie wszystko. Psychicznych możemy się tylko domyślać, mając na to nieliczne dowody w postaci wyrażanych czasem skarg świętego.

Wspomniałam już o tych wywołanych niewiarą władz zakonnych i kościelnych w prawdziwość stygmatów i innych jego przeżyć. Musiał też znosić wiele zła od nieprzychylnych mu osób. Do klasztoru przychodziły anonimowe listy oskarżające go o liczne przewinienia: prorokowanie, kontakty z kobietami, oszustwa i mistyfikację, zdradę ślubu ubóstwa udawanie świętego itp. Jak wielkie cierpienie sprawiały mu te pomówienia, nie jest w stanie zrozumieć prawdopodobnie nikt, a to dlatego, że nie jesteśmy w stanie wczuć się w głębię życia duchowego Ojca Pio.

A on, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo wyprzedza nas, zwykłych ludzi, w drodze do Boga, wszystkie cierpienia chętnie przyjmował i ofiarowywał Bogu za nas. Wszystkie upokorzenia, niesłuszne oskarżenia i oszczerstwa przyjmował z największą pokorą. Całe jego życie było odzwierciedleniem cierpień Chrystusa, którego skazano niesłusznie na śmierć jako największego złoczyńcę.

Wszystkie swoje cierpienia O. Pio jednoczył z cierpieniami Chrystusa w naszych intencjach, a szczególnie najbardziej zatwardziałych grzeszników. Pisał: „Jak bardzo rozdziera mi serce widok biednych grzeszników (…) ci nieszczęśnicy stracili nawet zdolność zastanowienia się nad tym, jaka kara czeka ich w wieczności. Jezus nie przestaje ich przywoływać do siebie, lecz oni udają, że nic nie słyszą; uciekają od Niego, nie zdają sobie sprawy, że na własną zgubę. Jaki jest sposób, aby ci »nieżyjący« powrócili do życia?”.

I to cierpienie jego było wspólne z cierpieniem Jezusa. Zacytował słowa Jezusa z pewnej wizji: „Z jaką niewdzięcznością ludzie odpowiadają na Moją miłość! Byłbym mniej obrażany przez nich, gdybym mniej kochał. Mój Ojciec nie może więcej ich znosić. Ludzie rozleniwieni, nie zadają sobie żadnego trudu, aby zwyciężyć pokusy, co więcej: znajdują przyjemność w swych grzechach. Moje najbardziej ukochane dusze, gdy poddawane są próbom, naśladują Mnie coraz mniej gorliwie; najsłabsze z nich ulegają strachowi i beznadziejności, a te najgorętsze stopniowo stygną. Zapomniano o moim Sercu, kto przejmuje się Moją miłością? Dla wielu ludzi moje kościoły stały się teatrem rozrywek. Nawet od moich współpracowników, których darzyłem szczególnym umiłowaniem i strzegłem jak źrenicy oka; nawet od tych, którzy powinni podzielać gorycz mojego Serca i pomagać w odkupieniu dusz, doznaję – kto w to uwierzy?! – niewdzięczności i zapomnienia. Spoglądam, mój synu, na wielu z nich (tu Jezus zapłakał), którzy z ohydną hipokryzją zdradzają Mnie przez świętokradzkie komunie, poniewierając łaskami i natchnieniami, których udzielam im nieustannie”.

Te skargi Jezusa O. Pio czuł głęboko w swoim sercu, bo i on kochał grzeszników taką miłością, jaką kochał ich Chrystus. I on postanowił za nich poświęcić swoje życie bez reszty. Przez całe swoje kapłańskie życie, od dnia święceń kapłańskich, w którym to dniu napisał: „O Jezu, tchnienie mego życia! Dzisiaj, drżąc cały, unoszę Cię do góry trzymając w moich rękach, w misterium miłości. Niech z Tobą będę dla świata Drogą, Prawdą i Życiem! Niech stanę się świętym kapłanem, żertwą doskonałą!”, nieustannie, po kilka razy dziennie, ofiarowywał siebie i swoje cierpienia Bogu za zbawienie grzeszników. Tak pisał do swojego kierownika duchowego w 1910 r.: „Od dłuższego czasu czuję w sobie potrzebę poświęcenia się Panu, jako ofiara za biednych grzeszników i za dusze czyśćcowe. To pragnienie wzrastało ciągle w moim sercu, tak iż teraz stało się, mógłbym powiedzieć, silną pasją. Uczyniłem wiele razy tę ofertę Panu, prosząc Go, aby zechciał zesłać na mnie inne kary przygotowane dla grzeszników i dusz czyśćcowych, nawet zwiększając je stokrotnie wobec mnie, oby tylko nawrócił i zbawił grzeszników oraz przyjął szybko do nieba dusze czyśćcowe”. A Pan Jezus, objawiając mu się w 1913 r., prosił: „Synu mój, potrzebuję ofiar, aby zniwelować słuszny i Boski gniew mojego Ojca; odnów poświęcenie się siebie w całości dla Mnie i zrób to bez żadnych zastrzeżeń”.

O. Pio stał się tą ofiarą, a Chrystus tę ofiarę przyjął.

Następnym cierpieniem, które było i fizyczne, i duchowe jednocześnie, a zarazem zupełnie niezrozumiałe dla nas, jako że my tego w życiu nie doświadczamy, były ataki szatańskie. Kapłan najpierw czuł, że jego dusza zagubiona jest jakby w olbrzymim labiryncie bez wyjścia i pogrążona w nieprawdopodobnej pustce, jakby już znalazł się w najgłębszej otchłani piekła. Potem diabeł ukazywał mu się jako opisany w Piśmie św. „anioł światłości”, żeby zepchnąć go z jego świętej drogi. Ojciec Augustyn da San Marco, przewodnik duchowy Ojca Pio, potwierdzał to „Diabeł pojawiał mu się jako młode kobiety, krzyż, młody przyjaciel zakonników, ojciec duchowny, prowincjał zakonu kapucynów, papież Pius X, Anioł Stróż, święty Franciszek z Asyżu i jako Matka Boska”. Ale wg watykańskiego egzorcysty, ks. Gabriele Amortha, Ojciec Pio potrafił odróżniać prawdziwe objawienia Jezusa, Maryi i świętych od iluzji tworzonych przez diabła dzięki temu, że uważnie analizował stan swego umysłu i uczuć, które odczuwał podczas objawień. Co do prawdziwych objawień w jednym ze swych listów napisał, że w czasie procesów o oszustwo był cierpliwy dzięki głębokiej wierze w to że Jezus, Maryja, jego Anioł Stróż, święty Józef i święty Franciszek byli zawsze przy nim i pomagali mu.

Diabeł wielokrotnie niszczył też korespondencję między O. Pio i jego przewodnikami duchowymi.

A do tego wszystkiego – prawdopodobnie już od najmłodszych lat, być może nawet od piątego roku życia – O. Pio dręczony był fizycznymi napaściami szatana. Niejednokrotnie bracia zakonni słyszeli ogromne hałasy dobiegające z jego pokoju, a potem oglądali sińce i rany, będące skutkami pobicia. I znów oddajmy głos samemu O. Pio, który tak pisał do ojca Augustyna: „Minęły dwadzieścia dwa dni odkąd Jezus pozwolił diabłu wyładowywać jego złość na mnie. Mój ojcze, całe moje ciało jest posiniaczone od bicia, które do czasu obecnego otrzymałem od naszych wrogów. Kilka razy zerwali nawet ze mnie koszulę, tak by bić mnie po nagim ciele”.

I wreszcie nie ominęło go także kuszenie, które może najtrudniej znieść, a które było udziałem wielkich świętych: potworne obrazy przeciwne czystości. Pewnego dnia napisał do swego kierownika duchowego: „Ojcze, szatan nie chce dać mi spokoju i stara się pozbawić mą duszę nadziei i ufności, którą pokładam w Bożym miłosierdziu. Stara się ten podły cel osiągnąć przez ciągłe pokusy przeciw świętej czystości i nawet przez spojrzenie na rzeczy skądinąd obojętne wzbudza w mej wyobraźni okropne obrazy… Ja jednak nie dbam o to wszystko. Napełnia mnie bólem, goryczą i bojaźnią tylko to że nie od razu stawiłem pokusie należyty opór, zwłaszcza gdy nastąpił gwałtowny atak nieprzyjaciela. Kiedy jednak wszystko na nowo rozważam, dochodzę do przekonania, że raczej wybrałbym śmierć, niż miałbym się zgodzić na obrazę mego kochanego Jezusa – choćby tylko grzechem lekkim”. Odpowiedzią O. Pio na to wszystko były surowe umartwienia, biczowanie ciała, nieustająca wytrwała modlitwa. Nawet chodził w zimie jedynie w sandałach. Nie było to zdrowe, ale o zdrowie było w tym momencie najmniej dla niego ważne.

Nic dziwnego, że doznając tak wielu cierpień, tak bardzo współczuł wszystkim cierpiącym. Jednak najbardziej współczuł tym, którzy zagubili się na drodze do Boga, odstąpili od Niego, walczyli z Nim… Nieustanie modlił się za wszystkich cierpiących – i fizycznie, i moralnie, duchowo. Błagał Boga, aby uwolnił ich od dręczącego ich zła.

W 1925 r. w San Giovanni Rotondo wybudowano maleńki szpitalik pod wezwaniem św. Franciszka. Jednak w 1938 r. okolicę nawiedziło trzęsienie ziemi, podczas którego szpitalik został mocno uszkodzony. W sercu świętego zaczął dojrzewać pomysł wybudowania nowego szpitala. Razem z dojrzewaniem tej myśli, O. Pio szukał ludzi, którzy pomogliby mu zorganizować to dzieło.

A ludzie, których zgromadził, żeby stworzyć to dzieło, byli nietuzinkowi. Nie największe sławy, najlepsi fachowcy. Każdy człowiek, który przyłożył rękę do dzieła, był jakby specjalnie wskazany Ojcu Pio przez Chrystusa jako ten jedyny, który to właśnie powinien robić. Zgromadził: lekarza emeryta, niespokojnego farmaceutę, weterynarza zajmującego się produkcją piwa, nader popędliwego robotnika i niepoprawnego obieżyświata.

Farmaceuta, Carlo Kiswarday, który pochodził z Zary, znalazł się w San Giovanni Rotondo przypadkowo w 1938 r. Był człowiekiem, który nie potrafi znaleźć swojego miejsca w świecie, swojej drogi. Szukał duchowego wsparcia. Najpierw wyruszył do Niemiec do Teresy Neumann, lecz dotarł tylko do Bressanone, gdzie zmienił zamiar i kierunek. Dojechał do Rzymu, a potem do San Giovanni Rotondo. Kiedy poznałl Ojca Pio, postanowił, że zostaniu tu już na zawsze.

Weterynarz Mario Sanvico mieszkał w Perugii, gdzie zajmował się produkcją piwa. Pewnego dnia usłyszał o Ojcu Pio, więc pojechał do San Giovanni Rotondo, żeby go poznać i został tam już na zawsze. Zamknął fabrykę piwa w Perugii i zbudował sobie domek niedaleko klasztoru OO. Kapucynów, gdzie pozostał jako emeryt.

Lekarz Guglielmo Sanguinetti wiele lat pracował w podflorenckiej miejscowości Borgo San Lorenzo, zanim przeszedł na emeryturę. Od młodości przesiąknięty był atmosferą antyklerykalizmu. Był masonem i ateistą i tak aktywnie walczył z klerem, że zyskał sobie przydomek „zjadacza księży”. Ale miał złote serce, przepełnione współczuciem dla wszystkich chorych i biednych w swojej okolicy, którym nie raz pomagał za darmo, a nawet przynosił leki. To stało się jakby „haczykiem”, za który został pociągnięty do dzieła Miłosierdzia. Kiedy jego żona Emilia usłyszała o Ojcu Pio i zapragnęła do niego pojechać, na początku nie chciał o tym słyszeć, ale w końcu, z miłości do żony, ustąpił. Wyraźnie jednak zaznaczył, że odbywa tę podróż jedynie w charakterze „kierowcy” żony.

Popędliwy niewykwalifikowany robotnik nazywał się Angiolino Lupi, pochodził z Abruzzów i wywodził się z biednej rodziny. Jego wykształcenie to tylko pięć klas szkoły podstawowej. I na dodatek miał okropny charakter. Kiedyś pracował w klasztorze i kiedy pokłócił się o coś z zakonnikami, ośmiu z nich przywiązał do rusztowań.

Nigdy nie nauczył się żadnego fachu, podejmował pracę na każdej posadzie, na której wydawało mu się, że może udawać specjalistę i próbować szczęścia.

Za młodu, w Castelfreddone, fotografował zmarłych. Potem, porzuciwszy rodzinne strony, zawędrował do Chieti, Lanciano, Pescary, Rzymu. Był nawet w Syrii i Egipcie. Pracował między innymi jako stolarz, malarz-dekorator, tokarz, scenograf.

Kiedy O. Pio zabierał się do budowy Domu Ulgi w Cierpieniu, przeglądał różne projekty, które przysłali mu uznani fachowcy. Jeden tylko spodobał mu się i ten właśnie projekt postanowił zrealizować.

Projekt ten podpisany był przez niejakiego inżyniera Candeloro z Pescary. Kiedy jednak wezwano inżyniera dla wdrożenia jego projektu, okazało się, że nie istnieje nikt taki. Projekt został stworzony przez Angiolina Lupiego, który nie był nawet mierniczym.

Bracia z San Giovanni Rotondo chcieli zaskarżyć go do sądu jako oszusta, jednak O. Pio nie pozwolił na to Wiedział, że jest to najodpowiedniejsza osoba do budowy jego dzieła, dlatego wybrał go na swego współpracownika.

Lupi, który był wysokim i silnym chłopem, który zawsze nosił pumpy, sweter i wielkie buciska, stał się wykonawcą swojego projektu i kierownikiem budowy Domu Ulgi w Cierpieniu. Przezwyciężał wszystkie trudności: przyjął do pracy sezonowych robotników rolnych z rejonu Gargano, zamieniając ich w stolarzy, ślusarzy, murarzy, malarzy i dekoratorów. Mimo olbrzymich trudności technicznych i finansowych w krótkim czasie stworzył dzieło, które doskonali architekci nawali „istnym cudem”.

I mimo że pewien inżynier z Foggi postanowił zaskarżyć Lupiego do sądu o nielegalne wykonywanie zawodu, to nic z tego nie wynikło. Jak powiedział Lupiemu O. Pio: „Nie lękaj się, synu. Sędziowie mają przecież trochę zdrowego rozsądku. Ten, kto cię zaskarżył, dostał swój tytuł od ludzi, ty zaś od Boga”.

I jeszcze niepoprawny obieżyświat. Był nim Emanuele Brunatto, który był tak niewygodny, że wiele biografii O. Pio zapomina o nim wspomnieć, albo wspomina bardzo marginalnie. Mimo że pomoc jego, szczególnie w późniejszych czasach, okazała się nieoceniona.

Emanuele Brunatto od najmłodszych lat nie chciał nawet słyszeć o religii i wcześnie uciekł z domu. Korzystał z życia pełnymi garściami. Napisał później w swych wspomnieniach: „Kobiety pociągały mnie bardziej niż praca, zmysłowość czyniła mnie niestałym i niekonsekwentnym. Nie ukończyłem nawet 20 lat, gdy popełniłem największą bodaj z mych niedorzeczności, zawierając związek małżeński, który okazał się klęską. Moja narzeczona, a zarazem kochanka, była starsza ode mnie o jedenaście lat i przeżyła przedtem sporo czasu z innym adoratorem. Jej siostry mogły się poszczycić znacznie bogatszymi doświadczeniami, zaś brat odsiadywał karę w jednym z niemieckich więzień za współudział w wielu przestępstwach…” W czasie pierwszej wojny światowej powołano go do wojska, gdzie z równym zaangażowaniem kombinował i oszukiwał gdzie się dało. Kiedy to się wydało, został skazany na więzienie. Później wałęsał się od miasta do miasta, a wreszcie podjął pracę w Neapolu jako tancerz.

To tam wpadła mu w ręce gazeta „Mattino”, w której przeczytał o O. Pio. Nigdy już o nim nie zapomniał.

Potem znowu miał kłopoty, w wyniku których przez pewien czas żył w nędzy, a kiedy spotkał swą dawną kochankę, która została krawcową, zamieszkał u niej.

Jednak ciągle myślał o Ojcu Pio i wreszcie postanowił go poznać. Pojechał do niego w 1919 r. Przytoczę całe wspomnienie Brunatta o pierwszym spotkaniu z O. Pio, ponieważ jest przykładem, jak święty działał na ludzi i jak ich zdobywał dla Boga.

„…Mnich gwałtownie podniósł głowę i spojrzał na mnie. A właściwie poraził mnie swym ostrym, gniewnym spojrzeniem, jakby zobaczył przed sobą diabła we własnej osobie. Miał zły wyraz twarzy, rysy dość pospolite, okropnie zmierzwioną brodę. I to ma być »święty«? O twarzy rozbójnika? I dlaczego patrzył na mnie z taką nienawiścią?…

Byłem wściekły. Kapucyn zdawał się w ogóle mnie nie zauważać. Ale co się stało ze mną wkrótce po tym spotkaniu? Jaka burza rozpętała się w mojej duszy? Pamiętam jedynie, że wybiegłem z zakrystii jak opętany i ni stąd ni zowąd znalazłem się przy kamiennym ogrodzeniu okalającym zabudowania klasztorne. Trzymając się kurczowo zmurszałych kamieni ogrodzenia, łkałem i lamentowałem niczym poranione dziecko: »O mój Boże, mój Boże!« – powtarzałem bezustannie. Jak długo? Godzinę? Dwie…? Nie wiem.

Kiedy wróciłem do zakrystii, czekał na mnie Ojciec Pio. Był sam. Jego twarz, o nadprzyrodzonej piękności, jaśniała nieopisaną radością, a broda wcale nie była zmierzwiona. Nie wymówiwszy słowa, gestem ręki kazał mi uklęknąć. Wspomnienia z całego mojego życia cisnęły się na me usta z siłą rwącego potoku: ile omyłek, ile niegodziwości popełniłem od lat młodzieńczych do dziś! Powiedziałem: »Chyba nigdy nie skończę mej spowiedzi«. Ojciec Pio odparł na to »Wyspowiadałeś się w czasie wojny i Bóg przebaczył ci. Nie podnoś kamienia, który został już położony!…«.

…Przyszedł moment rozgrzeszenia. Ojciec Pio musiał kilka razy zaczynać od początku, jakby walczył z jakimś niewidzialnym przeciwnikiem, który bronił się zawzięcie przed jego ciosami. Sakramentalne słowa to rwały się na kawałki, to znów łączyły i niczym strzały ze świstem przelatywały ponad moją głową, natomiast z ust Ojca Pio wydobywała się intensywna woń róż i fiołków i falami ogarniała moją twarz…

…Przy wyjściu z klasztoru poprosiłem Ojca Pio, by pobłogosławił jedyny przyzwoity przedmiot, jaki wygrzebałem z kieszeni – parę białych rękawiczek wieczorowych, ostatni element mojego teatralnego ekwipunku. Przez chwilę zawahał się, potem uśmiechnął się do mnie i pobłogosławił je. Od tamtego dnia aż do czasu, kiedy je zgubiłem, emanował z nich, z pewnymi przerwami, ten sam zapach, który czułem w czasie spowiedzi”.

Jednak stało się to później. Na razie Brunatto wrócił do Neapolu i do swojego dawnego życia. W wyniku szantażu zdobył fundusze, dzięki którym otworzył salon ekskluzywnej mody.

Jednak od czasu do czasu otrzymywał znak od O. Pio, którego widywał w snach. Wreszcie postanowił zamieszkać w San Giovanni Rotondo. Sprowadził się tam ze swoją kochanką, którą przedstawił jako siostrę, i zmienił nazwisko na De Felice. Po roku wypędził kochankę.

O. Pio, wiedząc o nim wszystko, przyjął go jednak z miłością.

Odtąd Brunatto stał się synem duchowym O. Pio i jego nieocenionym pomocnikiem i współpracownikiem, takim, któremu powierzał, ważne i delikatne zadania. W późniejszych latach Brunatto stał się obrońcą Ojca Pio, jego „agentem specjalnym” i zarządcą kapitałów przeznaczonych do budowy Domu Ulgi w Cierpieniu. Wcześniej jeszcze, pod koniec lat dwudziestych, kiedy O. Pio był prześladowany, Brunatto stanął do walki w jego obronie. Zdemaskował wielu prześladowców i przyczynił się do tego, że Święte Oficjum zawiesiło ograniczenia nałożone na Ojca Pio.

Trzeba tu wspomnieć, że O. Pio o wielkim swoim dziele, Domu Ulgi w Cierpieniu, zaczął myśleć wiele lat wcześniej, zanim dzieło zaczęło się urzeczywistniać. Już na początku lat trzydziestych ułożył sobie plan zdobycia funduszy na to dzieło, który pomógł urzeczywistnić Emanuele Brunatto. Spróbuję to opisać w wielkim skrócie, bo pokazuje, że O. Pio, działając dla dobra ludzi, potrafił naprawdę wiele.

Otóż w 1929 r. O. Pio pomógł księżnej Bajocchi, która z wdzięczności postanowiła zyski ze sprzedaży patentów na światowy system kolei żelaznych przeznaczyć na realizację dzieła O. Pio. Utworzono spółkę dla spożytkowania patentów, do której powołano również O. Pio. Ponieważ on jednak, ze względu na śluby ubóstwa, nie mógł przyjąć tej funkcji, oddelegował w swoim zastępstwie właśnie Emanuela Brunatta. W celu zwiększenia zysków należało rozreklamować patent również za granicą i to zadanie, za radą O. Pio, powierzono Brunattowi, który wykonywał je bardzo aktywnie i z dużym poświęceniem. Również za radą O. Pio Brunatto przeprowadził się do Paryża i tam założył filię spółki Zarlatti. Potem pojechał do Berlina, gdzie kontaktował się z Maschinenbanem i Kruppem.

Z wielu listów O. Pio do Brunatta wynika, że był on dokładnie instruowany przez świętego na temat kolejnych kroków. O tej współpracy jednak mało kto wiedział, a jednym z poinformowanych był burmistrz San Giovanni Rotondo, Francesco Morcaldi.

Jednak Święte Oficjum zyskało jakieś informacje na ten temat, w wyniku czego wysunięto przeciwko O. Pio nowe surowe oskarżenia oraz zabroniono mu jakichkolwiek kontaktów z wszystkimi, nawet najbliższymi przyjaciółmi. Brunatto musiał radzić sobie dalej sam.

W 1931 r. przeniósł się do Brukseli, żeby i tam sprzedawać akcje. Potrzebował funduszy na swoje działania, ale wspólnicy mu ich nie nadesłali. Więc Brunatto wrócił do swoich zwyczajów, udawał impresario filmowego, teatralnego, scenografa, wszystko, aby zdobyć jakieś fundusze.

W 1932 r. wrócił do Włoch. Mimo scysji ze wspólnikami, działał dalej. W 1935 r. próbował nawet sfinalizować kolosalną transakcję ze Związkiem Radzieckim.

W 1937 r. O. Pio odzyskał możliwość kontaktowania się ze światem. Od razu wysłał list do Brunatta, w którym pisał: „Mój najdroższy w Chrystusie, niech Jezus będzie Ci oparciem i pocieszeniem, niech obdarza Cię obficie swą łaską. Wysłałem do Ciebie naszego wspólnego przyjaciela Ciccilla i przez niego przesyłam Ci mój ojcowski uścisk. Szczęśliwiec, skoro może dostąpić tej przyjemności. Ileż bym dał, żebym i ja mógł uścisnąć Ciebie. Ale niech się dzieje wola Boża. Proszę Cię usilnie, byś nie czynił przeszkód w odstąpieniu drugiego patentu przeznaczonego na sprzedaż w Stanach Zjednoczonych. Nie doprowadzaj, mój drogi synu, do rozpaczy tych biedaków, gdyż nie mogą pozwolić sobie na najmniejsze nawet straty. Zresztą, trzy procenty to propozycja nie do pogardzenia. Nie zwlekaj w sprawie, którą ci przedstawi Ciccillo, nie trać czasu i dobrej okazji. Myślę o Tobie w Chrystusie i ściskam Cię serdecznie”.

Od około 1935 r. działalność Brunatta zaczęła przynosić zyski, co zaskutkowało przelaniem na jego konto pieniędzy.

9 stycznia 1940 r. w mieszkaniu Ojca Pio odbyło się spotkanie, w którym uczestniczyło trzech lekarzy: dr Sanguinetti, dr Kiswarday i dr Sanvico. O. Pio powiedział na tym spotkaniu: „W każdym człowieku chorym jest Chrystus, który cierpi. W każdym ubogim jest Chrystus, który znosi swoje udręczenie. A więc w chorym i ubogim są jakby dwa oblicza Chrystusa”. Na zakończenie spotkania wyjął z kieszeni złotą monetę, którą dostał od kogoś na cele dobroczynne i powiedział: „Składam pierwszą ofiarę na Dom Ulgi w Cierpieniu”. Doktor Sanvico napisał w swoim dzienniczku: „Fundatorem dzieła jest Ojciec Pio z Pietrelciny (nie chce on na razie być wymieniany), sekretarzem dr Mario Sanvico, odpowiedzialnym za część medyczną dr Guglielmo Sanguinetti, kierownikiem organizacyjnym Ida Sitz”.

Drugie spotkanie miało miejsce tego samego dnia o godz. 16.30 w domu Sanvica i Sanguinettiego. Przybyli na nie lekarze i przedstawiciele miasta. Na tym spotkaniu powstał komitet budowy kliniki, która miała być wybudowana według zamierzeń Ojca Pio. Aby uniknąć pomówień i podejrzeń – jakże często obecnych w jego życiu – O. Pio postanowił, że ani on, ani zakonnicy nie będą zbierać na ten cel żadnych ofiar.

Od tego dnia na ręce komitetu zaczęły napływać ofiary na ten cel, a budowa ruszyła. Komitet był na bieżąco informowany o działaniach Brunatta, który jednak popadł w kłopoty. Z przyczyn politycznych wylądował we francuskim więzieniu. Zdążył jednak wysłać Ojcu Pio ogromną sumę 3 milionów franków, dzięki której budowa szpitala mogła ruszyć.

Wielką sumą 325 tys. dolarów wspomogła dzieło Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy (UNRRA), dzięki zaangażowaniu w sprawę brytyjskiej dziennikarki Barbary Ward.

Jednak nie był jeszcze czas na to Trwała wojna. Dopiero po zakończeniu działań wojennych można było rozpocząć budowę. Pracowano bardzo intensywnie, starając się używać – dla oszczędności czasu i pieniędzy – jak najwięcej miejscowych surowców. Budowa okresami zatrudniała nawet 250 robotników. Mimo to uroczystego otwarcia szpitala dokonano dopiero po 10 latach, 5 maja 1956 roku. W inauguracji wzięło udział 15 tys. wiernych, a O. Pio m.in. tak mówił: „…To dzieło stworzyła Boża Opatrzność posługując się ludźmi. Podziwiajcie i sławcie razem ze mną Pana, bo na ziemię upadło ziarno, które promieniując będzie nas ogrzewało miłością. Powstało nowe dzieło, owoc ofiar i wyrzeczeń, które przyczyni się do pomnożenia chwały Bożej i przyniesie ulgę cierpiącym. Starajcie się wnosić swój wkład i wspierajcie cierpiących, aby Miłość Boża, która nie zna ograniczeń, a która jest światłem Boga samego i życiem wiecznym, mogła napełnić serca wasze łaską, której dziedzicami uczynił nas Jezus na drzewie krzyża. (…) Ten dom niech będzie miejscem modlitwy i wiedzy, aby człowiek odnalazł siebie w Chrystusie Ukrzyżowanym, a rodzaj ludzki zgromadził się wokół Jezusa jak trzoda wokół jednego pasterza. (…) Starajmy się wiernie odczytać Boże wezwanie i wypełnić naszą powinność. Ja zaś, nieużyteczny sługa Jezusa Chrystusa, będę wspierał to dzieło nieustanną modlitwą i zawsze polecał chorych i cierpiących miłosierdziu Bożemu. Wy zaś wspierani łaską bądźcie wielkoduszni i wytrwali w tworzeniu dobra, kierując się zawsze czystą intencją…” Nieco wcześniej, 26 lipca 1954 r., otwarto ambulatorium przy szpitalu. Tu O. Pio tak mówił: „Trzeba najpierw podziękować Bogu, że dozwolił zrealizować to dzieło. Trzeba podziękować dobrodziejom, doktorowi Sanguinettiemu, który oddał się całą duszą tej sprawie… Zapamiętajcie na zawsze, że jest to dzieło miłości i dlatego trzeba mu służyć w duchu miłości. Ja tu nic nie zrobiłem; to wyście to uczynili. Ja tylko poświęciłem to dzieło…” – tu głos załamał się Ojcu Pio ze wzruszenia. Ktoś z otoczenia, dla rozładowania napięcia, odpowiedział: „Dobrze, dobrze, wiemy, ojcze, że nic nie uczyniłeś…”.

Marzeniem O. Pio było, żeby wszyscy pracujący w szpitalu: i lekarze, i pielęgniarki, i personel pomocniczy, żyli świadomością, że „w każdym potrzebującym pomocy człowieku jest obecny Chrystus”. Dlatego przy zatrudnianiu pracowników zwracano szczególną uwagę na ich właściwą formację religijną.

7 grudnia 1955 r. przełożony generalny zakonu Kapucynów, o Benigny, przy był do klasztoru i dokonał erekcji III Zakonu św. Franciszka pod wezwaniem Matki Bożej Łaskawej, którego dyrektorowanie i kierownictwo duchowe powierzono Ojcu Pio. Z czasem kongregacja bardzo się rozrosła.

W 1957 r. papież Pius XII zwolnił O. Pio ze ślubu ubóstwa, żeby mógł osobiście nadzorować swój projekt. Jednak przeciwnicy natychmiast to wykorzystali, oskarżając O. Pio o sprzeniewierzenie funduszy.

Szybko okazało się, że Dom Ulgi w Cierpieniu jest za mały w stosunku do potrzeb. Postanowiono go więc rozbudować. 16 lipca 1958 r. O. Pio poświęcił kamień węgielny pod nowe skrzydło szpitala.

14 kwietnia 1966 r. w San Giovanni Rotondo otwarto ośrodek dla dzieci niewidomych od urodzenia do czwartego roku życia. Jego pomysłodawcą i realizatorem był o Michele Placentino, który wcześniej założył już liczne ośrodki dla dzieci niepełnosprawnych. Ośrodek został usadowiony na północny zachód od klasztoru, w budynku nazwanym kiedyś „Centrum rozwoju”. Na budynku umieszczono napis „Aniołowie Ojca Pio”.

Ojciec Pio był człowiekiem ogromnej modlitwy. „Modlę się nieustannie – pisał do swego kierownika duchowego – i bardzo ubolewam nad tym, że czas tak szybko ucieka. Wciąż mi brakuje czasu na modlitwę”. Modlitwa rozpalała w nim miłość do Boga i ludzi i pragnienie doskonałego upodobnienia się do Chrystusa, pragni4enie uczestniczenia w tajemnicy Jego odkupienia. Chciał dać z siebie wszystko, aż do wyniszczenia samego siebie, aby jak najwięcej dusz doprowadzić do Chrystusa.

Modlił się za wszystkich: za tych, którzy prosili go o modlitwę, którzy za jego pośrednictwem poświęcali się Miłosierdziu Bożemu, a nawet za tych, którzy nie polecali się Bożemu Miłosierdziu i tych, których nawet nie znał. „Zdaje mi się, że dźwigam ciężar za wszystkich. Tak bardzo pragnę, by wszystkie dusze dostąpiły usprawiedliwienia i łaski. Zadręcza mnie i wprost torturuje myśl o tych, którzy bezmyślnie pogardzają najwyższym dobrem… Pracowałem i chcę pracować; modliłem się i chcę się modlić; czuwałem i chcę czuwać; płakałem i chcę płakać za mych braci, którzy są na wygnaniu…” Uważał, że jego modlitwa jest raczej godna kary niż nagrody, bo „tak wiele razy zasmucał Jezusa swoimi grzechami”. Dlatego też prosił wszystkich o modlitwę za niego.

Z tych próśb doszło do powstania „grup modlitwy”, czyli pobożnych grup wiernych, którzy trwali na modlitwie razem z O. Pio – ruchu powstałego spontanicznie i dobrowolnie. Grupy raz w miesiącu spotykały się pod kierunkiem kapłana, uczestniczyły we Mszy św. oraz modliły się w intencjach Papieża i Ojca Pio. Pierwsze grupy modlitwy powstały około 1947 r.

Zadania tych grup wyrazić można czterema słowami-hasłami: elevare, sentire, adorare, vivere. Elevare – wznoszenie do Boga modlitw i próśb o miłosierdzie dla świata; sentire – uczestniczyć pobożnie we Mszy św., przeżywając tajemnice miłości Chrystusa do człowieka i dążyć do udziału w nich oraz w niezgłębionych skarbach miłości i cierpienia, które Matka Jezusa ofiarowała za zbawienie rodziny ludzkiej; adorare – wielbienie Boga w Najświętszym Sakramencie; vivere – życie w łasce Bożej, upodobnianie się do Jezusa przez pracę nad sobą we współpracy z łaską Bożą. W zamyśle O. Pio miały to być grupy formacyjne, aby każdy mógł w nich duchowo wzrastać i stawać się przykładem życia chrześcijańskiego, życia głębokiej wiary, pobożności i miłości. Z czasem grupy podjęły też działania charytatywne, zwłaszcza wśród chorych i cierpiących, oraz apostolat w różnych formach.

W 1949 r. został wydany Statut, regulujący działalność grup modlitwy. 31 lipca 1968 r. Stolica Apostolska uznała grupy modlitewne Ojca Pio za zrzeszenie religijne, opiekę nad nimi powierzając gwardianowi klasztoru w San Giovanni Rotondo.

22 stycznia 1953 r. O. Pio obchodził 50-lecie swojego życia zakonnego. Podczas sprawowanej z tej okazji uroczystości odnowił na ręce o prowincjała śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości.

Przez cały czas rosła liczba osób, którym O. Pio pomógł – przede wszystkim w sakramencie spowiedzi, ale też przyjmując ich w swoją duchową opiekę, wypraszając dla nich szczególne łaski, a nawet wypraszając dla nich u Boga cudowne uzdrowienia bądź cudowne nawrócenia. I przez cały czas przeciwnicy O. Pio nie ustawali w działaniach, które miały mu zaszkodzić albo odsunąć od kontaktu z przyjeżdżającymi do niego ludźmi.

Jednak po ostatnim oddaleniu wszystkich oskarżeń O. Pio mógł się czuć względnie bezpieczny, jako że w dotychczasowe oskarżenia władze kościelne już nie wierzyły. Na dodatek papież Pius XII (sprawujący pontyfikat od 1939 r.) darzył O. Pio wielką życzliwością. Jego zdanie o świętym zakonniku to „To święty człowiek! O jakże to dobry człowiek… niech będzie błogosławiony!”. Obdarzył go też z okazji złotego jubileuszu kapłaństwa osobistym błogosławieństwem. Papież zachęcał wiernych do odwiedzania Ojca Pio. Być może z powodu tak bliskich duchowych związków O. Pio poznał w duchu chwilę śmierci papieża Piusa XII, a po jego śmierci Pan pozwolił mu zobaczyć, że papież osiągnął chwałę nieba.

Napływ pielgrzymów pragnących poznać i wyspowiadać się u O. Pio był coraz większy. Bracia zrozumieli, że obecny, maleńki kościółek, nie wytrzyma tak wielkiego napływu wiernych, postanowiono więc wybudować większy kościół. Prace, na razie wykopy fundamentów, zaczęły się 31 stycznia 1955 roku, a 2 lipca uroczyście położono kamień węgielny. I znów przeciwnicy świętego mieli używanie: tym razem twierdzili, że nowy kościół ma być pomnikiem chwały O. Pio. Sam Ojciec Pio zapytany o zdanie odpowiedział: „W istocie rzeczy jestem temu przeciwny. Jeśli jednak rozważy się okoliczności, to nie ma innego wyjścia. Przecież mury starego kościółka mogą kiedyś pęknąć w tłoku…” „Ojcze – pytali ciekawi – a co na to powiedziałby Ojciec święty?” – „Sądzę – odpowiedział im Ojciec Pio – że wykląłby tych, którzy nie chcą nowego kościoła. Winno to być dzieło święte, ku chwale Boga”. W nowym kościele postanowiono wybudować kryptę dla O. Pio pod głównym ołtarzem. Jemu ten pomysł wcale nie podobał się.

W międzyczasie O. Pio otrzymał pozwolenie na odprawianie Mszy św. na placu kościelnym. Pierwszy raz odprawił ją tam w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 6 czerwca 1954 r.

Tymczasem na O. Pio przyszło następne doświadczenie. W maju 1956 r. zachorował na wysiękowe zapalenie opłucnej, co potwierdziło prześwietlenie. Choroba została też potwierdzona przez sławnego klinicystę profesora Cataldo Cassano, który osobiście pobrał płyn surowiczy z ciała Ojca Pio Siły Ojca Pio upadły tak dalece, że nie mógł odprawiać Mszy św. Jedynie łączył się przez głośniki z kapłanem odprawiającym Eucharystię, w ten sposób uczestnicząc w celebracji, no i oczywiście każdego dnia przyjmując Komunię. Chorował przez cztery miesiące, nie mogąc przez ten czas nie tylko uczestniczyć w życiu wspólnoty zakonnej, ale nawet spowiadać wiernych. Pociechą dla niego i dla przybywających wiernych było to że mógł codzienne odmawiać z nimi przez mikrofon w południe i wieczorem „Anioł Pański”.

Prawdopodobnie też już wtedy zaczęły go dręczyć bóle artretyczne, które powoli unieruchamiały mu stawy, doprowadzając w końcu do tego, że mógł się poruszać jedynie na wózku inwalidzkim oraz miał taki trudności w podnoszeniu ręki, żeby pobłogosławić wiernych, że musiał mu w tym pomagać współbrat zakonny.

Powoli zamierała intensywna działalność świętego. Teraz ograniczona została głównie do rozmów jego z przyjaciółmi oraz do przeżywania cierpienia, które w całości ofiarował Ojcu.

W tym okresie zaczęły być coraz szerzej znane różne powiedzenia i przepowiednie Ojca Pio. Do dziś często cytuje się jego spokojne zapewnienie z 1958 roku, że odmawia się dosyć modlitw różańcowych, aby zapobiec wybuchowi trzeciej wojny światowej. Inne jego proroctwo jest dziś być może bliskie spełnienia, że gdy na jednego komunistę będzie przypadała w świecie jedna osoba spełniająca życzenia Matki Bożej Fatimskiej, Rosja się nawróci, a na świecie zapanuje pokój.

Kiedy na tronie Piotrowym Piusa XII zastąpił Jan XXIII, nieco ochłódł stosunek Stolicy Apostolskiej do Ojca Pio. Papież nie wierzył w jego świętość, w roku 1960 miał nawet napisać w sprawie O. Pio o „ogromnym oszustwie”. Nie zmienił tego zdania prawdopodobnie aż do śmierci w 1963 r. Dopiero jego następca, papież Paweł VI, w połowie lat sześćdziesiątych zdecydowanie oddalił wszystkie oskarżenia przeciwko Ojcu Pio.

W lipcu i sierpniu 1960 r., kiedy to O. Pio obchodził 50-lecie kapłaństwa, w San Giovanni Rotondo odbywała się wizytacja wysłannika papieskiego, biskupa Maccariego W jej wyniku zalecono roztropność w postępowaniu wobec Ojca Pio (należy unikać niewłaściwego entuzjazmu, zwłaszcza podczas sprawowania czynności sakramentalnych). Postanowiono też wybudować wokół konfesjonału, w którym O. Pio rozmawiał z penitentami, specjalną obudowę ze względu na wygodę zarówno penitentów, jak i spowiednika.

Mimo że święty bardzo cierpiał z powodu niemożności brania w pełni udziału w życiu zakonnym i kapłańskim, jednak stopniowo pogarszający się stan zdrowia wymuszał na nim przyjęcie udzielanych mu dyspens: od 16 stycznia 1962 r. został zwolniony z brewiarza, a od 21 listopada 1966 r. otrzymał pozwolenie na odprawianie Mszy św. na siedząco. Mimo wszystko na zewnątrz starał się pokazywać wesołą jak zwykle twarz. Na pytanie pewnego dnia jednego z braci:

– Ojcze, jak się czujesz? Jak upływają ci dni?

Odparł:

– Modlę się, studiuję, jeśli mogę, a współbraciom przynoszę trochę wesołości.

– Jak to może być?

– Żartuję jak przedtem, a nawet teraz więcej. Kiedy przychodzi na mnie czas próby, wówczas cierpię bardzo, ale potem Pan daje mi pociechę. I znowu wszystko wraca do pierwotnego stanu.

Prosił też, żeby nawet gdy był bardzo słabiutki, zanoszono go do konfesjonału, żeby ciągle mógł służyć ludziom, którzy do niego przyjeżdżali.

W tym okresie życia, kiedy O. Pio był już bardzo słaby, wstawał bardzo wcześnie: o godzinie drugiej albo jeszcze wcześniej. Potem przygotowywał się do Mszy św., nie mogąc się jej doczekać, a którą odprawiał o godzinie 4 rano. Wtedy też, kiedy był chory, prosił już o godz. 4 o przyniesienie Komunii św. To Eucharystia była tą jedyną siłą, która dawała mu jeszcze siły.

Mimo tak wczesnej pory, na Msze celebrowane przez O. Pio przychodziło dość dużo ludzi, którzy zwykle już godzinę albo i więcej przed czwartą czekali na otwarcie drzwi do kościoła. Niestety, nie zawsze udawało im się doczekać świętego, któremu coraz częściej cierpienia nie pozwalały na odprawienie Eucharystii.

10 lutego 1967 r. po Mszy św. u O. Pio nastąpiło zaostrzenie astmy w postaci bardzo silnego ataku. Ataki powtarzały się tak silne, że stały się prawdziwą torturą, zwłaszcza w nocy. Kiedy współbracia współczuli mu, odpowiadał: „Dziękuję wam za to ale ja to muszę wycierpieć sam. Pan widocznie nie chce dać mi Cyrenejczyka. A ja pragnę tylko wypełnić Jego wolę. Reszta się nie liczy”.

Pod koniec 1967 r. wyliczono, że tylko w tym roku Ojciec Pio wyspowiadał około 10 tys. mężczyzn i około 15 tys. kobiet. Każdego było to 35–40 kobiet i 25–30 mężczyzn. W kościele OO. Kapucynów w San Giovanni Rotondo rozdano około 300 tys. Komunii św.

Stan zdrowia O. Pio i zasób jego sił systematycznie się pogarszały. 29 i 30 marca 1968 r. nie odprawił Mszy św., ponieważ nogi odmówiły mu posłuszeństwa i nie mógł wstać o własnych siłach.

Od 7 lipca 1968 nie miał już sił pełnić posługi w konfesjonale. Od tego czasu O. Pio już wyłącznie modlił się. Przybywający pielgrzymi już się z nim nie spotykali.

12 września O. Pio podyktował gwardianowi list do papieża, w którym wyrażając miłość do papieża, do zakonu kapucynów, faktycznie żegnał się ze wszystkimi i z tym światem. Pisał m.in.: „Niech Pan sprawi, by w świecie zatriumfowała prawda, by Kościół i cała rodzina ludzka cieszyły się pokojem. Modlę się w intencji Waszej Świątobliwości i proszę Boga o zdrowie i siły, by rozproszyły się chmury wiszące nad światem, by we wszystkich sercach zapanowało Królestwo Boże. (…) Upadając do stóp Waszej Świątobliwości proszę o błogosławieństwo dla mnie, dla mych współbraci, dla moich chorych, dla wszystkich szlachetnych inicjatyw podejmowanych w imię Jezusa Chrystusa, które pragniemy wykonać”.

20 września przypadła pięćdziesiąta rocznica otrzymania stygmatów. Tego dnia w pełnej po brzegi świątyni o godzinie piątej odprawił cichą Mszę św. Potem modlił się i spowiadał pielgrzymów, jak zwykle zwykł był czynić. Ale wieczorem ludzie na próżno na placu przed kościołem oczekiwali na błogosławieństwo Ojca Pio. Następnego dnia O. Pio nie odprawił Mszy, ponieważ miał tak silny atak astmy, że musiano wezwać lekarza. Współbracia zaczęli spodziewać się śmierci świętego. Przy jego łóżku czuwali wszyscy.

Ojciec Pio, który z powodu wielkiego cierpienia nie mógł nawet mówić, w pewnym momencie ujął rękę gwardiana, potem po kolei współbraci, po czym dwukrotnie powtórzył: „Wszystko skończone”. Wszyscy myśleli, że w ten sposób żegna się z nimi.

Jednak po dwóch godzinach minął stan krytyczny. Po południu O. Pio wyszedł na werandę i błogosławił wiernych zebranych na placu przed kościołem, błogosławił cały świat i swoje grupy modlitwy.

Następnego dnia, 22 września, O. Pio chciał jak zwykle o godzinie 5 odprawić Mszę św., na której zebrali się przedstawiciele grup modlitwy z całego świata, ale czuł się tak słaby i tak wycieńczony chorobą, że gwardian nie pozwolił mu na to Jednak później, w towarzystwie współbraci, wyszedł odprawić Mszę. Był tak słaby, że mimo podtrzymywania przez współbraci z trudem trzymał się na nogach. Po Mszy, schodząc po schodkach, o mało nie upadł. Wierni patrząc na niego bali się, że upadnie. Po Mszy z największym trudem, znów korzystając z pomocy współbraci i windy, którą zbudowano specjalnie dla niego, zdołał dotrzeć do swojej celi.

Na placu przed kościołem zebrani przedstawiciele grup modlitwy słuchali przygotowanej dla nich, na zjazd, prelekcji, która zaczęła się o godzinie 10.30. Podczas słuchania tej prelekcji zauważyli, że w oknie pojawił się O. Pio, który pozdrowił serdecznie zgromadzonych i udzielił im błogosławieństwa.

O godzinie 18 została odprawiona Msza, w której O. Pio uczestniczył siedząc na bocznej ławce prezbiterium. Potem z najwyższym trudem, podtrzymywany przez współbraci, podniósł się i z ich pomocą udzielił zgromadzonym błogosławieństwa. Potem na krześle został odniesiony do swojego mieszkania.

Święty bardzo jasno zdawał sobie sprawę ze swojego stanu. Kiedy ktoś zapytał go: „Ojcze, jak się czujesz?”, odpowiedział mu: „Bardzo źle, mój drogi. Pozostaje mi tylko grób. Bardziej jestem tam niż tu. Módl się, abym umarł”.

Około godziny drugiej w nocy z 22 na 23 września bracia zaczęli spodziewać się śmierci O. Pio w każdej chwili. Został wyspowiadany i otrzymał namaszczenie chorych, Zaczęto odmawiać modlitwy za konających. Ojciec Pio siedział w fotelu, oddychał powoli i z trudem i trzymając w ręku różaniec modlił się. Nie miał sił, żeby powtarzać Pozdrowienie Anielskie, jednak do końca powtarzał „Gesù?, Maria” (Jezus, Maryja). Około godziny 2:30, powiedział: „Widzę dwie matki&rdquo (chodziło prawdopodobnie i jego matkę i o Maryję). Powoli zanikł oddech Ojca Pio i puls, a potem jego twarz, ściągnięta cierpieniem, rozjaśniła się. Obecny przy tym lekarz stwierdził zgon. Tuż przed śmiercią stygmaty zaczęły goić się. 10 minut po śmierci zdjęto z ciała świętego opatrunki i zrobiono zdjęcia. Skóra jego rąk, nóg i boku była gładka, świeża i nie było na niej śladu po ranach, które nosił przez 50 lat.

Ciało świętego jeszcze tego samego dnia zostało wystawione na widok publiczny, żeby wszyscy przybyli do niego pielgrzymi mogli się z nim pożegnać. Na Mszy pogrzebowej, która odbyła się 26 września o godzinie 15.30, obecnych było prawdopodobnie ponad 100 tys. ludzi. Około godziny 22 ciało Ojca Pio złożono w krypcie pod głównym ołtarzem w kościele Matki Bożej Łaskawej w San Giovanni Rotondo.

Niewiele ponad rok później, 4 listopada 1969 r. Kuria Generalna Zakonu OO. Kapucynów skierowała do administratora apostolskiego diecezji Manfredonia prośbę o wszczęcie procesu informacyjnego dla przeprowadzenia beatyfikacji Ojca Pio. 23 listopada administrator apostolski Manfredonii wydał dekret nihil obstat dla prowadzenia procesu beatyfikacyjnego Ojca Pio.

16 stycznia 1973 r. arcybiskup Manfredonii przekazał zebraną w procesie informacyjnym dokumentację Kongregacji do Spraw Świętych.

29 listopada 1982 r., w doroczną uroczystość Wszystkich Świętych Zakonu Serafickiego, obchodzoną w zakonach franciszkańskich, Kongregacja do Spraw Świętych wydała dekret zezwalający na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Ojca Pio.

W 1990 r. zakończono proces diecezjalny w sprawie beatyfikacji Ojca Pio i od tego czasu zaczął mu przysługiwać tytuł Sługa Boży. Akta procesu przesłane zostały do Rzymu, do Kongregacji do Spraw Świętych.

Podczas przygotowań do procesu beatyfikacyjnego O. Pio zebrano 104 grube tomy dokumentów i zeznań o różnego rodzaju znakach i cudach, które Pan Bóg dokonał za pośrednictwem tego wielkiego świętego. Cudem, który został uznany do beatyfikacji, było uzdrowienie Włoszki Consiglii de Martino, które miało się dokonać za sprawą modlitwy do O. Pio.

Consiglia de Martino z Salerno była kobietą o mocnym zdrowiu i bez problemów zdrowotnych; nigdy w życiu nie chorowała. 1 listopada 1995 r., kiedy wybierała się około godziny 11 na Mszę św., nagle poczuła ból w klatce piersiowej i duszności, a na ramieniu zobaczyła opuchliznę. Od razu w duchu poprosiła O. Pio o pomoc. Okazało się, że nastąpił wyciek limfy z przerwanego kanału piersiowego. Groziła jej śmierć. Kiedy dowiedziała się o tym, zaczęła głośno wzywać pomocy O. Pio, a potem jej mąż i córka skontaktowali się z San Giovanni Rotondo, gdzie poprosili o modlitwę kapucynów do niego. Lekarze powiedzieli jej, że należy koniecznie operacyjnie zszyć przewód i usunąć rozlaną limfę. Ona jednak nie chciała się na to zgodzić i nieustannie prosiła O. Pio o pomoc. Po kilku godzinach, oczekując na operację, kiedy rozmawiała z bratową, poczuła intensywny zapach, jaki zwiastuje najczęściej obecność O. Pio, jednocześnie odczuła jako cudowną obecność to że ktoś rozwiązał jej tasiemkę trzymającą koszulę przy szyi. Potem poczuła, że ktoś przecina jej szyję – mimo że nie odczuła bólu – że otwiera jej gardło, usuwa rozlany płyn i zszywa to co zostało przerwane. Okazało się, że w tym właśnie momencie została uzdrowiona.

2 maja 1999 r. papież Jan Paweł II dokonał beatyfikacji O. Pio.

Ponieważ w toku dalszego badania Kongregacja Nauki Wiary uznała, że O. Pio zasługuje na miano świętego, 16 czerwca 2002 r. ten sam papież ogłosił O. Pio świętym. W uroczystości kanonizacyjnej wzięło udział 300 tys. osób.

Na pewno łatwość i szybkość komunikacji w dzisiejszych czasach częściowo przyczyniła się do tak szybkiego i tak szerokiego rozprzestrzenienia się wiedzy o O. Pio i podziwu dla jego wielkiej świętości. Faktem jest, że stał się jednym z najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego. Równie szeroko szerzy się po świecie idea grup modlitewnych Ojca Pio. Na świecie jest już ponad 3 tys. grup modlitwy, w których zrzeszonych jest ponad 3 mln ludzi i liczby te ciągle rosną.

3 marca 2008 r., blisko 40 lat po śmierci O. Pio, jego ciało ekshumowano z krypty pod ołtarzem. Abp Domenico D’Ambrosio, legat papieski w sanktuarium w San Giovanni Rotondo, oświadczył po oględzinach, że „ciało jest dobrze zachowane”. Jednocześnie stwierdził, że stygmaty nie są widoczne. 24 lipca tego samego roku, po uroczystej Mszy św. w San Giovanni Rotondo dla 15 tys. zgromadzonych wiernych, ciało świętego zostało wystawione na widok publiczny w kryształowej trumnie w krypcie w klasztorze. Święty ubrany jest w swój kapucyński habit i białą stułę z jedwabiu, wyszywaną złotą nicią i kryształami. Na twarzy ma silikonową maskę, która została zamówiona w firmie produkującej m.in. figury dla londyńskiego Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, a która sprawia, że święty wygląda jakby spał. W dłoniach ma duży drewniany krzyż.

Jak dziś widzimy z wielu dostępnych życiorysów świętego, Ojciec Pio był gigantem życia duchowego, największą znaną charyzmatyczną osobistością naszych czasów.

Życie duchowe Ojca Pio jest właściwie nie do opisania i nie do zrozumienia przez zwykłego człowieka. Nie do opisania, bo nikt nie potrafi dociec, co dzieje się w psychice i w sercu drugiego człowieka, bo każdy ma własne życie wewnętrzne, własne relacje z Bogiem i to wszystko jest nie tylko osobiste, ale też w pewnym sensie jest tajemnicą każdego człowieka. A nie do zrozumienia, ponieważ nikt, kto nie wzniósł się na takie wyżyny życia wewnętrznego, jak wznoszą się święci, nie jest w stanie tego pojąć. To tak, jak w litrowy dzbanek nie da się nalać dwóch litrów mleka. Ale i sam Ojciec Pio miał trudności w mówieniu o swoich przeżyciach: nie tylko z powodu wstydu, jaki odczuwał i skrępowania, ale też dlatego, że brakło mu słów do opisania tego wszystkiego, co się z nim działo.

Wiemy co nieco o bolesnych, trudnych przeżyciach O. Pio, ponieważ uzewnętrzniały się one i dawały się zauważyć osobom postronnym, ale cóż możemy powiedzieć o głębi jego modlitwy? O wielkości ofiar, które składał Bogu? O jego wewnętrznej relacji z Panem? Kiedy nawet on sam nie mógł o tym wiele powiedzieć.

Miał na przykład sam do siebie pretensje, że jego modlitwa jest zła, a przecież wypraszał dla ludzi tyle łask. Uważał siebie też za bardzo marnego, małego człowieka i z tego powodu oznaki czci, jakie spotykały go od ludzi, sprawiały mu wielką przykrość i wielkie cierpienie. Powiedział raz do o gwardiana: „Co oni wyprawiają? Przecież ci ludzie zachowują się jak poganie, oddając mi cześć…” (1958 r.). „Wydaje mi się, że swymi gestami rzucają mnie na ziemię jak psa, że rozdzierają me ramiona, wydzierają ciało i szarpią na kawałki… jak tak dalej pójdzie, to oni mnie zabiją!”. Kiedy ludzie mówili mu, że jest dobry, odpowiadał im: „Ja nie jestem dobry. Tylko Jezus jest dobry. Nie jestem pewny, czy ten habit św. Franciszka, który noszę na sobie, nie zostanie ze mnie ściągnięty i czy mnie nie przepędzą precz. Ostatni grzesznik tej ziemi zasługuje na większą cześć…”. Wreszcie kiedyś powiedział do o gwardiana: „Ojcze gwardianie, jestem największym grzesznikiem na ziemi”.

I wreszcie – jak ocenić, na czym polegała świętość tego człowieka?

Może podstawą jego świętości było pełne, bezgraniczne zaufanie Bogu. Wierzył Bogu i ufał mu zawsze, w każdej chwili swojego życia, nawet w tych najtrudniejszych i najbardziej bolesnych. Tak pisał o swojej wierze i zaufaniu Bogu: „Mam takie zaufanie do Jezusa, że choćbym widział otwarte piekło przed sobą, a sam znalazł się na krawędzi przepaści, to bym nie zwątpił, nie traciłbym ufności, nie rozpaczał, ale pokładał w Nim nadzieję. Do tej ufności pobudza mnie jego łagodność. A gdy rozważam wielkie boje, które stoczyłem z szatanem (i odniesione zwycięstwa), jakie przy Bożej pomocy stały się mym udziałem, to nie jestem w stanie nawet ich wyliczyć. I gdyby Jezus, odwieczne Słońce, mnie nie oświecił, nie ujął za rękę, to ileż razy – któż wie? – zachwiałaby się moja wiara, moja nadzieja i pomniejszyła moja miłość, a mój umysł pogrążyłby się w ciemności? Widzę jasno, że to Jego działanie jest owocem Jego nieskończonej miłości. On mi niczego nie odmówił, więcej powiem: On mi dał więcej, niż prosiłem”.

To całkowite zaufanie i ta heroiczna wiara, jaką wyznawał O. Pio, sprawiły, że doświadczył największego szczęścia, jakiego może doświadczyć człowiek za życia, a mianowicie zjednoczenia w miłości z Chrystusem, czyli mistycznych zaślubin z Nim przez wiarę. W jednym ze swoich listów O. Pio podkreślił, że jedynym środkiem do tych mistycznych zaślubin jest wiara. Aby to mogło się dokonać, „dusza winna oddać się kontemplacji, winna się oczyścić ze wszystkich niedoskonałości, i to nie tylko aktualnych, co dokonuje się przez oczyszczenie zmysłów, ale także ze wszystkich zwyczajnych niedoskonałości, jakimi są niektóre uczucia, niewłaściwe przyzwyczajenia, z których dusza nie wyzwoliła się przy oczyszczeniu zmysłów, a które pozostały w niej na podobieństwo korzeni. To oczyszczenie dopełnia się przez oczyszczenie ducha, w czasie którego Bóg najwyższym światłem przenika całą duszę, ogarnia ją wewnętrznie, zupełnie ją odnawia. To najwyższe światło, które Bóg wprowadza do owych dusz, dotyka ich w sposób bolesny i napełnia uczuciem osamotnienia duchowego do tego stopnia, że doznaje niesłychanych wprost udręk i daje odczucie śmierci. Aktualnie dusze te nie są w stanie pojąć działania tego Bożego najwyższego światła. To zaś dzieje się dla dwóch powodów: najpierw to światło jest tak wzniosłe i subtelne, że wprost przekracza możliwość pojęcia duszy i dlatego jest ono dla tychże dusz raczej ciemnością i udręką niż światłem. A drugi powód to ten, że dusze te są wprost nikczemnością i nieczystością. Dlatego (to najwyższe światło) jest po prostu dla nich ciemnością, powodującą udrękę i ból; zamiast pociechy zadaje wielkie cierpienie w sferze zmysłów, ogromne udręki i straszliwe utrapienia we władzach duchowych. To wszystko zdarza się już na początku, gdy to Boskie światło napotyka na dusze nieprzygotowane do zjednoczenia z Bogiem i dlatego ogarniając je, dokonuje oczyszczenia, a gdy się ono dokona, światło to przenika dusze, wynosząc je do oglądania i zjednoczenia się z Bogiem w sposób doskonały. A więc niech cieszą się w Panu z tej wielkiej godności, do jakiej zostały wyniesione, i niech całkowicie poddają się ufności w Panu, jak to czynił święty Hiob, który za sprawą Pana znalazł się również: w tak trudnej sytuacji, a jednak miał nadzieję, że po ciemnościach zobaczy światłość”.

I kieruje też do nas przesłanie: „A więc głowa do góry! Krocz zawsze naprzód po drogach Bożej miłości, uznając to za pewnik, że im bardziej twoja wola będzie zjednoczona z wolą Bożą i do tego zjednoczenia będzie dążyć, to tym bardziej będzie wzrastała twoja doskonałość. Miejmy zawsze to przed oczyma, że ziemia jest miejscem wałki, a dopiero w niebie otrzymujemy nagrodę. Pamiętajmy, że jesteśmy na ziemi wygnania, a prawdziwą ojczyzną jest niebo, i że za nim trzeba nieustannie tęsknić. Postępujmy więc z żywą wiarą, mocną nadzieją i gorącą miłością na drodze do nieba, żarliwie pragnąc – bo jesteśmy jeszcze pielgrzymami – byśmy w ów dzień wyznaczony przez Boga, mogli z duszą i ciałem zamieszkać w raju. Kierujmy stale nasze myśli ku niebu, gdzie jest prawdziwa nasza ojczyzna, której ziemia jest tylko nikłym obrazem; zachowujmy pogodę ducha i spokój w każdym radosnym czy smutnym wydarzeniu”.

A tych smutnych, albo raczej bolesnych wydarzeń w jego życiu było mnóstwo. Nie dość, żeby od dzieciństwa chorowity i przeszedł wiele chorób, które tylko za sprawą interwencji niebieskiej nie zabiły go, i że nieustannym cierpieniem jego życia były stygmaty, które nie tylko krwawiły, ale też były niesłychanie bolesne, to jeszcze przez całe życie toczył ciężką walkę z szatanem, walkę naznaczoną bólem, cierpieniem i koniecznością stałego pilnowania, aby nie dać się oszukać. Wielkim duchowym cierpieniem były też wszystkie upokorzenia, oszczerstwa, niesłuszne oskarżenia o oszustwa i mistyfikację, zdradę ślubu czystości, które znosił pokornie, posłusznie i cierpliwie do końca życia. W największy możliwy sposób upodobnił się w tym do Chrystusa, którego skazano na śmierć jako największego złoczyńcę, choć był samym Dobrem i przyszedł na ten świat dla naszego zbawienia.

Życie O. Pio było życiem bardzo normalnym, ale też bardzo skromnym i pełnym wyrzeczeń. W życiu codziennym był bardzo bezpośredni, pełen życzliwości, dobroci i humoru, w czasie rekreacji bywał wesoły i dowcipny. Kochał prawdziwą, wielką miłością każdego człowieka. Niejednokrotnie w modlitwie ofiarowywał za ludzi – nawet za swoich wrogów – największe nawet cierpienia, aby tylko oni mogli dojść do Boga. Posłuszeństwo jego było natychmiastowe i całkowite, skłonność do służenia ludziom – absolutna, modlił się właściwie stale, z przerwami jedynie na wypełnianie obowiązków i na rozmowy. Jadł bardzo mało, jedynie tyle, by nie umrzeć z głodu, ale otoczeniu często zdawało się, że odżywia się zbyt skromnie. Sypiał – według jego słów – 7 godzin w roku, a w każdym razie wyjątkowo krótko. Był niezwykle pokorny wobec Boga i wobec ludzi, którzy z woli Bożej nim kierowali (przełożeni, spowiednicy). Jednak wobec innych potrafił być twardy i nieugięty, a szczególnie wtedy, kiedy widział, że będzie to z pożytkiem dla ich dusz. Nigdy też nie zachowywał się wrogo w stosunku do ludzi, którzy byli jego wrogami i starali się mu szkodzić.

Ojciec Paolo Rossi, postulator beatyfikacji O. Pio, napisał: „Zrozumiemy lepiej wielkość tego człowieka, jeśli uświadomimy sobie, do jakiego punktu doszła wrogość niektórych przedstawicieli Kościoła i jego własnych współbraci”.

No i wreszcie przeżywał nieustanne ataki szatana, zarówno fizyczne, jak i duchowe, które zaczęły się jeszcze w dzieciństwie, a które napawały go wielkim przerażeniem. Niejeden raz współbracia słyszeli hałasy z jego celi, które o tym świadczyły; niejednokrotnie też widzieli na jego ciele fizyczne ślady tych ataków. Do tego dodać należy ataki duchowe, w których szatan objawiał się Ojcu Pio jak Chrystus, Najświętsza Panna, albo w innych postaciach, czym chciał go omamić i przywieść na zgubę. Jedynie wielkiemu zjednoczeniu duchowemu z Chrystusem O. Pio zawdzięczał umiejętność rozpoznawania tych kłamstw.

Tak kiedyś wspomniał o tych szatańskich próbach odciągnięcia go od Boga: „Na początku zjawił się w Venafro w 1911 r. pod postacią czarnego, brzydkiego kota. Drugim razem w postaci nagiej dziewczyny, która perfidnie kusiła do grzechu. Po raz trzeci gdy go zobaczyłem, naplułem mu w twarz. Robił hałas i zamieszanie, gdy był czwarty raz. Po raz piąty zobaczyłem go w postaci kata, który biczował. Po raz szósty przyjął postać Ukrzyżowanego (!). Siódmy raz przyszedł jako młody człowiek, udając przyjaciela braci. Chciał ich tylko odwiedzić. Za ósmym razem przybrał postać ojca duchownego. Po raz dziewiąty wcielił się w o prowincjała. Po raz dziesiąty w postać papieża Piusa X. Innym razem przybrał postać Anioła Stróża, św. Franciszka, Matki Bożej…” Zdarzyło się też, że przyszedł pod postacią spowiednika. Było to w Venafro. Pewnego dnia O. Pio chciał się wyspowiadać, ale jego spowiednik nie miał czasu i obiecał przybyć wieczorem. Jednak szatan przybrał jego postać i zasiadł w konfesjonale. Jednak O. Pio szybko zorientował się, że to pokusa. Zastanowił go stosunkowo szybki powrót spowiednika i sama jego postać: miał ranę na czole. Zapytany skąd ta rana, odpowiedział, że spadł ze schodów. Dar rozeznania duchów pozwolił świętemu rozpoznać zasadzkę szatana. Wobec złych duchów Ojciec Pio czuł zawsze jakiś niesmak.

I nas O. Pio ostrzegał: „Niech cię nie dziwi i nie przeraża szaleńczy atak szatana, który odczuwasz wiele razy. On, jak wiesz, do śmierci będzie prześladował dusze, które nie będą chciały dać mu posłuchu, nie będą chciały mu ulec. Jego nienawiść staje się tym większa, im lepiej widzi, że wniwecz obracają się nadzieje na zdobycie tych dusz dla siebie. A ty dalej postępuj właściwą drogą; umacniaj się modlitwą, pokorą, niczym nie ograniczoną ufnością do Bożej pomocy. Oddaj się całkowicie Bogu Ojcu jako Jego umiłowane dziecko. Rzuć się w Jego pełne miłości ramiona i nie lękaj się boju, jaki szatan stacza z tobą. On nie może nic uczynić duszy, która całą swą ufność w Bogu pokłada. On ciebie jedynie atakuje, ale w granicach, w jakich mu na to pozwolono z góry; Bóg nie dozwoli nigdy, aby pokusa dręczyła cię ponad twe siły”.

Przy innej okazji pisał: „Nie trzeba się niczego lękać, bo Pan nie opuści nas i nie dozwoli, by nad nami panował szatan. Bóg jest wierny i nie dopuści do tego, by pokusa była mocniejsza od naszych sił. On jedynie pozwolił naszemu nieprzyjacielowi, by dręczył nas, ale tak, by to służyło jego ojcowskim planom, dla uświęcenia naszej duszy i by to przyniosło większą chwałę Jego Majestatowi. Dlatego bądź dzielny i zachowuj pokój ducha, gdyż Pan jest we wnętrzu twego serca. On będzie wraz z tobą i dla ciebie walczył. Do kogo więc będzie należało zwycięstwo? Kto może być od Niego mocniejszy? (…) Czy zwycięstwo nie będzie należało do takiej duszy, która stara się jedynie Bogu podobać, z ufnością zwraca się do Niego i oczekuje spełnienia się Jego zamierzeń? Mówisz o swej słabości wobec tak potężnego nieprzyjaciela twojej duszy; tak, ale nabierz ducha u najsłodszego naszego Pana, gdyż musisz wiedzieć, im większa nędza i słabość duszy, to tym bardziej winna ona zawierzyć mocy (Pana), nie ufać sobie i być dumna ze swojej słabości. O gdyby tak wszystkie dusze doświadczyły owej świętej słabości, to byśmy nie oglądali tylu ich upadków i to w każdej chwili! Nie zdarzyło się bowiem, by jakaś dusza, która doświadcza swojej słabości i która zwraca się do Boga o pomoc, mogła upaść. Tylko wówczas dusza doznaje sromotnej klęski, gdy zbytnio ufa w swoje siły i myśli, że sama może się oprzeć i stawić czoła pokusom. Biedaczka, myślała, że już dotyka nieba, tu w jednym momencie została strącona aż do bram piekła! A więc pokładaj ufność (w Panu) i nabierz odwagi! Nie przerażaj się przedłużającym się atakiem szatana. Słabość, którą odczuwasz, nie stanie się przyczyną twego upadku, gdy pamiętając o niej, będziesz czuwał i modlił się. Będziesz wtedy silny mocą, którą da ci Bóg. Natomiast niechybnie upadniesz, gdy zbytnio będziesz ufał sobie. Wtedy bardzo szybko doświadczysz swojej nędzy i słabości. Powtarzam ci to jeszcze raz i będę stale powtarzał: nie lękaj się, ale coraz bardziej pokładaj ufność w Bożym miłosierdziu, upokarzaj się przed naszym dobrym Bogiem i dziękuj Mu za wszystkie łaski, których ci raczył udzielić i aż do tej chwili udziela. Wymaga On od nas wdzięczności, choć my nie będziemy mogli nigdy w sposób należyty wywdzięczyć się za te tak liczne łaski, którymi nas ubogaca. Staraj się zawsze zachowywać to co ci powiedziałem; stawiając czoła wyzwaniu, zwyciężysz wszystkie zakusy i złość piekła, z Bożą pomocą dostąpisz zbawienia. Staraj się zawsze modlić i przyjmuj cierpienie zgodnie z Bożym zamiarem i wolą. Niech doda ci otuchy myśl o nagrodzie, która czeka na ciebie, a która nie jest znowu aż tak daleka”.

Wiedząc i rozumiejąc to wszystko, zawsze stawiał szatanowi mężny odpór. Tak pisał do swego kierownika duchowego: „Ojcze, idąc za twą radą, śmieję się i kpię z tych wszystkich pokus. Boję się jednak tylko o to czy od razu i stanowczo im się sprzeciwiłem”. Z drugiej strony Ojciec Pio miał świadomość, że przecież wolałby raczej śmierć ponieść, niż obrazić Boga choćby lekkim grzechem. Niepokój jednak pozostawał. Drżał cały na myśl o możliwości obrazy Boga. „Czuję, że znajduję się w szponach szatana, który chce mnie wyrwać z objęć Jezusa. Mój Boże, jakże to straszliwa walka! Są takie chwile, że niewiele brakuje, bym stracił głowę. Gwałt sobie muszę zadać, aby do tego nie dopuścić. Ileż łez wylałem, ileż westchnień skierowałem ku niebu z błaganiem o wyzwolenie. I jak na razie bez rezultatu. Mimo to nie ustanę i będę błagał Jezusa”.

A takie oto środki zaplanował sobie w celu odpierania wszystkich ataków: „Ćwiczenia szczególne w ciągu dnia: nie mniej niż cztery godziny medytacji o życiu naszego Pana – o Jego narodzeniu, męce i śmierci. Nowenny: do Matki Bożej z Pompei, do św. Józefa, do św. Michała Archanioła, do św. Antoniego, do św. Ojca Franciszka, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do św. Ryty, do św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Codziennie nie mniej niż 5 różańców w całości”.

I mimo świadomości tych wszystkich środków, które pozwalają nie ulec w tej odwiecznej walce, przez całe życie nie miał do siebie zaufania: „Jestem przekonany, że nie uczyniłem ani jednego kroku (w życiu duchowym) bez skorzystania z rady drugich” – pisał. Zaklinał na wszystko swoich kierowników duchowych, żeby dawali mu najtrudniejsze zadania, by nie oszczędzali go ani na jotę, aby tylko pomogli mu w tej walce zwyciężyć. Dla wytrwania gotów był na każde, nawet największe cierpienie.

Tymczasem, mimo tak wielkich trudności i cierpień fizycznych i wewnętrznych, ludziom pokazywał zawsze pogodną twarz. Jeśli czasem ktoś zauważył, jak wielkie jest jego cierpienie, to tylko wtedy, kiedy O. Pio nie spodziewał się, że ktoś go widzi. Wtedy czasem pozwalał uzewnętrznić się na chwilę swojemu bólowi, na przykład czasem widziano, z jakim trudem chodzi z powodu bólu stygmatów na stopach. Lubił też żartować, opowiadać wesołe anegdoty, rzucać krótkie powiedzonka, zachęty i pełne życzliwości słowa. Dzięki temu wytwarzał wokół siebie atmosferę radości i pogody.

Trzeba dodać, O. Pio prawie nigdy nie przyjmował środków przeciwbólowych, które mogłyby mu ulżyć nieco w jego cierpieniach.

No i trzeba powiedzieć, że całe swoje życie O. Pio ofiarował ludziom. Nie tylko modlił się za wszystkich cierpiących, a przede wszystkim potrzebujących nawrócenia, ofiarował za nich swoje cierpienia, ale też z zamiłowaniem oddawał się posłudze ludziom: spowiedzi, sprawowaniu Eucharystii, sprawowaniu nad nimi ojcostwa duchowego. Wydatnie pomagał mu w tym dar czytania w ludzkich sercach. Nawet swojego daru bilokacji używał w służbie ludziom. Nie tylko życie swoje poświęcił ludziom. Słyszano niejednokrotnie, jak mówił: „Po mojej śmierci będę mógł czynić więcej dobra. Moja prawdziwa misja zacznie się dopiero po mojej śmierci”.

Całemu życiu Ojca Pio towarzyszyły cudowne zdarzenia, które dla wielu były dowodem jego wielkiej świętości. Wokół Ojca Pio, a także z jego ran unosił się cudowny zapach, który wielu ludzi wyczuwało nawet z odległości tysięcy kilometrów. Przez jego pośrednictwo Jezus dokonywał cudownych, spektakularnych uzdrowień. Święty miał charyzmat kontaktu z duszami czyśćcowymi, wielokrotnie miał objawienia Jezusa, Matki Bożej, świętych i aniołów. A trzeba wiedzieć, że spotkania z ludźmi z zaświatów, z błogosławionymi, świętymi, duszami czyśćcowymi są bardzo rzadkimi zjawiskami w życiu ludzi jeszcze żyjących na ziemi. Miały one miejsce dość często w życiu Ojca Pio.

Dzięki jego modlitwie nawróciło się wielu najbardziej zatwardziałych, walczących z Bogiem ateistów, komunistów i masonów. Kapłańska posługa Ojca Pio była nieustanną, zażartą walką z nieczystymi duchami o dusze grzeszników. Był zakonnikiem, który dzięki modlitwie zakochał się w Bogu. Często powtarzał: „Pragnę umrzeć kochając Boga; albo śmierć, albo miłość. Bo życie bez tej miłości jest gorsze od śmierci”. Modlitwa jego miała taką głębić, że nawet – jak twierdzi jeden z współbraci – zdarzało mu się lewitować w ekstazie.

Nie chcę tu opowiadać o wszystkich cudach, jakie zdarzyły się w życiu O. Pio, ponieważ musiałabym napisać książkę, a książek o życiu O. Pio jest wiele. Ale warto wspomnieć może o kilku chociaż.

W 1922 lub w 1923 r. kiedy po odmówieniu różańca i po medytacji zakonnicy poszli na kolację, O. Pio został w kościele, żeby dalej się modlić. W pewnym momencie usłyszał jakiś hałas. Pomyślał, że spadła świeca przy ołtarz Matki Bożej, ale kiedy wyjrzał przez kratę, zobaczył klęczącego na stopniu przed ołtarzem brata zakonnego. „Kim jesteś?” – zapytał. „Jestem nowicjuszem, klerykiem X, który cierpi w czyśćcu za brak uszanowania dla miejsca świętego, gdy był nowicjuszem” O. Pio zapytał: „Jak więc naprawić i wynagrodzić za zło popełnione?”. Kleryk poprosił o modlitwę, którą O. Pio mu obiecał. Drżał, kiedy wracał do siebie, co zauważył jeden z jego współbraci. Nie powiedział od razu, co się stało, ale wrócił do sprawy po kilku dniach. Opowiedział współbraciom całe zdarzenie, po czym zastanowił się: nowicjat w San Giovanni Rotondo został zniesiony w 1866 r., a więc ponad pół wieku już przebywa w czyśćcu nowicjusz za brak uszanowania dla Najświętszego Sakramentu. „…to cóż z nami będzie, którzy każdego dnia Boga obrażamy?” – zapytał.

Fakt, że O. Pio często znał grzechy penitentów, zanim przystąpili do spowiedzi, znany jest ogólnie. Często tylko dzięki temu dochodziło do prawdziwego, pełnego nawrócenia pielgrzyma. Na przykład 24 stycznia 1918 r. Ojciec Pio powiedział o Benedyktowi, że pewien młody człowiek był w grzechu ciężkim i absolutnie nie chciał się spowiadać. „Jezus dał mi to poznać, że on już od dawna jest w grzechu ciężkim, że dopuścił się grzechu przeciw czystości i co gorsza, nie mógł przezwyciężyć wstydu i się wyspowiadać. Już od jakiegoś czasu miałem ochotę mu to powiedzieć, ale nie śmiałem. Obawiałem się, by tego nieszczęśnika nie zniesławiać. Kiedy jednak zauważyłem, że on staje się coraz bardziej zatwardziały, doszedłem do wniosku, że muszę mu to powiedzieć. Powiedziałem mu otwarcie, aby wyznał swój grzech…”.

Jedną z mało znanych spraw w życiu O. Pio był dar języków. Chociaż nie uczył się nigdy języków, znał francuski, grecki, niemiecki. Co więcej: nawet pisał w języku francuskim. I może nie tylko te języki. Wielu pielgrzymów po odbyciu spowiedzi u O. Pio było zdziwionych, że zakonnik rozmawiał z nimi w ich ojczystym języku.

A oto jedna z ciekawszych historii z życia O. Pio, związana z jego zdolnością bilokacji.

Działo się to pod koniec 1919 r. Kiedy O. Pio po zakończeniu Mszy św. rozbierał się w zakrystii, wśród ludzi, którzy przyszli tam ucałować jego ręce, stał jakiś człowiek, który uparcie się w niego wpatrywał. Po chwili powiedział do siebie: „To on! Naprawdę się nie mylę, że to on”. Był bardzo przejęty i wzruszony. Kiedy część ludzi opuściła już zakrystię, człowiek ów padł z płaczem na kolana przed O. Pio: „Ojcze, dzięki ci, to ty mnie uratowałeś od śmierci. Dzięki ci!”. O. Pio położył rękę na jego głowie i odpowiedział: „Nie mnie, synu, dziękuj, ale Panu i Niepokalanej Maryi, Dziewicy Łaskawej”. Wziął go za rękę i podniósł z klęczek.

Ludzie obecni podczas tego wydarzenia byli bardzo ciekawi, o co chodziło. Wówczas ten człowiek opowiedział, co się wydarzyło: „Byłem kapitanem piechoty na Sycylii. Pewnego dnia w czasie bitwy, gdy było największe nasilenie ognia, zjawił się przede mną jakiś człowiek, ubrany w bardzo biedne szaty. Nie był to z pewnością nasz kapelan. Ów nieznany mi człowiek rzekł do mnie: Panie kapitanie, usuń się z tego miejsca i szybko zajmij przy mnie miejsce. Ledwie się usunąłem, a na to miejsce, gdzie poprzednio stałem, spadł granat. Gdybym stał na dawnym miejscu, granat by mnie niechybnie rozszarpał na strzępy. Dlatego chcę podziękować Ojcu Pio za ocalenie, bo to był on…”.

Jednak najdziwniejszym chyba cudem, jaki zdarzył się za sprawą O. Pio, jest sprawa uzdrowienia Gemmy di Giorgi.

Gemma urodziła się w 1939 r., w dzień Bożego Narodzenia, całkowicie niewidoma, ponieważ oczy jej były pozbawione źrenic. Z medycznego punktu widzenia ślepota była nieodwracalna.

Kiedy Gemma miała siedem lat, rodzinę odwiedziła jedna z krewnych, zakonnica. Poradziła ona, żeby udać się po pomoc do San Giovanni Rotondo, do Ojca Pio. Babcia Gemmy zgodziła się na to ale na razie umówiła się z krewną, że napisze do niego list. Sama zaś modliła się do O. Pio. Zakonnica wróciwszy do swojego klasztoru napisała do O. Pio, ale nie otrzymała odpowiedzi.

Jednak niedługo potem przyśnił się jej O. Pio pytając: „Gdzie jest ta Gemma, przez którą tyloma modlitwami mieszacie mi w głowie?”. Wtedy owa zakonnica – ciągle we śnie – przedstawiła Gemmę Ojcu Pio, a on zbliżył dłonie do jej oczu i zniknął.

Następnego zaś dnia dotarł list od świętego, w którym obiecał modlić się za dziewczynkę. Zaraz też zakonnica napisała do rodziny list, zachęcając ją, żeby zawieźć Gemmę do San Giovanni Rotondo.

W owych czasach podróżowanie było uciążliwe i długotrwałe. Gemma już podczas jazdy pociągiem miała wrażenie, że coś zaczyna widzieć i nawet wspomniała o tym babci, która jednak jej nie uwierzyła, ponieważ oczy dziewczynki jak zawsze nie miały źrenic.

Kiedy dotarły do celu, obie poszły wyspowiadać się u Ojca Pio. Gemma zapomniała – jak jej nakazała babcia – poprosić zakonnika o uzdrowienie. Jednak święty dotknął jej oczu zranioną częścią dłoni i zrobił znak krzyża. Babcia pamiętała o prośbie, ale zakonnik powiedział jej, że nie powinna się zamartwiać, bo przecież dziewczynka widzi. Potem, podczas Komunii św., która była pierwszą dla Gemmy, O. Pio jeszcze raz dotknął jej oczu i zrobił nad nimi krzyż.

Już podczas powrotnej podróży Gemma widziała cienie, które z wolna stawały się coraz wyraźniejsze. Podczas tej powrotnej podróży babcia dziewczynki nagle zaniemogła i musiała przez kilka dni pozostać w szpitalu. Tam poprosiła szpitalnego okulistę, żeby zbadał wzrok Gemmy. Zarówno on, jak i badający ją cztery miesiące później prof. Caramazza z Perugii stwierdzili, że z ludzkiego punktu widzenia niewytłumaczalne jest, żeby cokolwiek widziała. Tymczasem wzrok Gemmy nieustannie polepszał się, dzięki czemu z czasem mogła pójść do szkoły i żyć jak wszyscy inni ludzie.

Równie niesamowite było uzdrowienie Giuseppe Canaponiego z Arezzo. 21 maja 1945 r. został on, jadąc do pracy na motorze, potrącony przez samochód. Doznał pęknięcia podstawy czaszki, pęknięcia lewego łuku brwiowego, uszkodzenia bębenka usznego, złamania kilku żeber i złamania lewej nogi aż w pięciu miejscach. Długo nie było pewne, czy przeżyje, jednak powoli niebezpieczeństwo minęło. Jednak jako pamiątka po wypadku pozostała mu uszkodzona noga, której lekarze nie poskładali dobrze. Przez kilka lat jeździł od szpitala do szpitala i trafiał pod opiekę doskonałych ortopedów. Mimo to uszkodzona noga pozostała prawie o dwa i pół centymetra krótsza i sztywna. Lekarze nazwali to »włóknistym zesztywnieniem lewego stawu kolanowego« i nie potrafili tego wyleczyć, a na dodatek rany po licznych zabiegach nie chciały się goić. Mimo wielomiesięcznych zabiegów, próby uelastycznienia stawu nie udały się, dlatego lekarze z kliniki ortopedycznej w Sienie postanowili spróbować »prowokowanego zgięcia stawu kolanowego na aparacie Zuppingera, z zastosowaniem narkozy«, która z jednej strony być środkiem znieczulającym, a z drugiej rozluźnić mięśnie. Jednak blokujące kolano mięśnie i więzadła okazały się tak mocno trzymać kolano, że zabieg nie powiódł się, a na dodatek z powodu zbyt silnego działania aparatu doszło do pęknięcia kości udowej, co znowu pogorszyło stan nogi.

Po trzech latach leczenia Giuseppe został wypisany do domu z orzeczeniem, że pozostanie kaleką do końca życia. Był załamany i rozwścieczony, a całą złość – jak często robią to ludzie chorzy – wyładowywał na żonie. Wściekłość powiększały jeszcze trudności w samodzielnym poruszaniu się. Giuseppe bowiem poruszał się wprawdzie o kulach, jednak faktycznie udawało mu się wlec za sobą chorą i pokrytą krwawiącymi i sprawiającymi ogromny ból ranami nogę jedynie przez kilka metrów. Wtedy upadał na ziemię i z wściekłością, ale i bezbrzeżną rozpaczą krzyczał i ubliżał wszystkim ludziom oraz bluźnił przeciw Bogu. Bluźnierstwa wykorzystywał też, żeby dokuczyć żonie, która była głęboko wierząca i która bardzo z tego powodu cierpiała.

Pewnego dnia do ich parafii przybył zakonnik, który próbował dodać jej otuchy oraz zaproponował, żeby zawiozła męża do Ojca Pio, kapucyna, który czyni cuda. Jednak Giuseppe na tę propozycję wybuchnął ironicznym śmiechem, wykrzykując przekleństwa i obelgi również pod adresem Ojca Pio.

W końcu Giuseppe wpadł w taką rozpacz, że było mu już wszystko jedno. Zgodził się pojechać do San Giovanni Rotondo. Podróż odbył na noszach i wspomina ją jako prawdziwą torturę. Pomijając wszystkie trudy podróży pociągiem i potem autobusem, od ostatniego przystanku musiał przejść na piechotę jeszcze dwa kilometry. W kościele prawie od razu spostrzegł O. Pio siedzącego w konfesjonale. Zakonnik przez popatrzył na Giovanniego, a on uczuł, że wzrok ten wprawił jego ciało w takie drżenie, jakby był pod działaniem silnego wstrząsu elektrycznego.

Kiedy po obiedzie podszedł do konfesjonału, O. Pio sam opowiedział mu jego życie, a potem udzielił rozgrzeszenia, do którego Giovanni uklęknął. Potem podszedł do żony i razem wychodzili z kościoła i dopiero wtedy zauważyli, że Giovanni normalnie chodzi i nie czuje żadnego bólu. Później, w hotelu, stwierdził też, że wszystkie krwawiące, bolesne rany zagoiły się.

Kiedy następnego dnia rano poszedł podziękować Ojcu Pio, on uśmiechnął się, a potem, podnosząc wzrok ku niebu, powiedział: „To nie ja uczyniłem cud. Ja tylko modliłem się za ciebie. Uleczył cię Bóg”.

Odtąd Giovanni nigdy już nie cierpiał z powodu tej nogi. Kiedy jednak zgłosił się na badanie do lekarzy, którzy byli zszokowani widząc go poruszającego się normalnie. Jeszcze większy szok wywołały wyniki badań, ponieważ z medycznego punktu widzenia w nodze Giuseppe nic się nie zmieniło i nie powinien on normalnie chodzić – włókniste zesztywnienie lewego stawu kolanowego nie ustąpiło.

Różnych cudownych uzdrowień, które dokonywały się w San Giovanni Rotondo, było tak wiele, że nikt chyba nie potrafi ich policzyć. O. Pio był bardzo czuły na cierpienie ludzkie. Aby wymodlić dla nich zdrowie, brał ich cierpienia na siebie i ofiarowywał je Bogu. Tak pisał o cierpieniu: „Jezus dał mi zrozumieć, że najlepszą próbą i potwierdzeniem miłości jest cierpienie…. Nie wiem, co się zdarzy w przyszłości, wiem tylko jedno, i to z całą pewnością: Pan nie umniejszy niczego ze swoich obietnic”. I jeszcze: „Nie lękaj się – powtarza mi wiele razy Jezus – ześlę na ciebie cierpienie, ale dam ci też siły. Pragnę, by twoja dusza przez codzienne, duchowe męczeństwo została oczyszczona i poddana próbie. Nie lękaj się tego, że ja dopuszczam, by szatan cię dręczył, byś odczuwał niesmak życia w świecie, byś doznawał udręk nawet od osób ci najdroższych. Nic nie zdoła pokonać tych, którzy jęczą pod brzemieniem krzyża, który ja przygotowałem, a czynią to wszystko dla mojej miłości, bo ja ich wspieram”. I znowu: „Ileż to razy – powiedział mi wcześniej Jezus – byłbyś mnie opuścił, mój synu, gdybym cię nie ukrzyżował?”; „Pod krzyżem człowiek uczy się miłości, a ja go daję nie wszystkim, ale tylko tym, którzy są mi bardzo drodzy”.

Mniej może znanym – co dziwne – jest fakt wskrzeszenia dziecka. Otóż pewnego dnia w kolejce do spowiedzi u O. Pio ustawiła się kobieta z walizką w ręce. Kiedy przyszła na nią kolej, wybuchnęła płaczem i otworzyła walizkę. Oczom wszystkich obecnych ukazały się owinięte w szmaty zwłoki sześciomiesięcznego mniej więcej dziecka. Płacząc opowiedziała, że wybrała się z ciężko chorym dzieckiem do San Giovanni Rotondo, ale podczas podróży dziecko zmarło. Kobieta pełna wiary w możliwości O. Pio. schowała dziecko do walizki i jechała dalej. O. Pio bardzo się wzruszył tą historią. Wziął dziecko na ręce i zaczął się modlić, podczas kiedy matka krzyczała z wielkiej rozpaczy. Po chwili zakonnik powiedział do niej: „No, i czegóż tak wrzeszczysz? Czyż nie widzisz, że twój syn śpi?”. Kiedy kobieta spojrzała na dziecko, okazało się, że żyje ono i spokojnie oddycha.

Jest jeszcze jedna sprawa, która porusza umysły wielu ludzi i dla wielu jest całkiem niezrozumiała. Jest nią odsyłanie przez O. Pio penitentów bez rozgrzeszenia. Czasem nawet zdarzało mu się głośno odpędzać ich od konfesjonału. Otóż jeden ze współbraci świętego, który także bardzo nad tym się zastanawiał, tak to skomentował: „Później dopiero doszedłem do przekonania, że Ojciec Pio przez swój energiczny, surowy sposób obejścia się z owymi penitentkami, poruszył i wstrząsnął ich sumieniami, a w ten sposób usposobił je do przyjęcia łaski Bożej. Bez tego spowiedź owych niewiast byłaby aktem czysto formalnym, nie wyzwoliłaby ich z pęt grzechu.”. A inny człowiek, który sam dostąpił odmowy rozgrzeszenia od O. Pio, tak o tym mówił: „Nie byłem praktykującym katolikiem. Do spowiedzi poszedłem ot tak, z ciekawości. Zresztą nie myślałem poważnie traktować spowiedź. Fakt, że nie otrzymałem rozgrzeszenia poważnie mnie zaniepokoił. Przez cały rok dręczyły mnie wątpliwości i niepokój. Po roku, już w innym usposobieniu, udałem się do San Giovanni Rotondo, wyspowiadałem się, otrzymałem rozgrzeszenie i odzyskałem pogodę ducha” – stwierdził ów człowiek. „W ten sposób dał mi Pan upragniony »znak« i zrozumiałem, dlaczego w niektórych wypadkach Ojciec Pio odsyłał penitentów bez rozgrzeszenia. To był zbawienny środek, aby pobudzić do refleksji, do wyzwolenia się z rutyny w praktyce spowiedzi”. Dlatego ci wszyscy, którzy szybko potępiają świętego zakonnika, twierdząc, że nie był dobry z powodu odmawiania penitentom rozgrzeszenia, powinni zastanowić się, zanim wypowiedzą swoje pochopne sądy.

Z Ojcem Pio i w jego otoczeniu wiąże się jeszcze wiele innych niespotykanych zjawisk.

Były to między innymi wysoka, dochodząca do 48,5°C temperatura, która często go nękała, a o której już pisałam. Były to jego częste i często głośne walki z szatanem, którymi był doświadczany przez całe życie. Była to często manifestowana znajomość grzechów jego penitentów: kiedy podchodzili do spowiedzi, nic nie mówili, bo to O. Pio opowiadał im ich grzechy, a czasem całe ich dotychczasowe życie.

Innym, najbardziej znanym, jest cudowny zapach, który rozchodził się od jego ran, a często też od rękawiczek bądź szmatek, którymi te rany przewiązywał. Istnieją też tysiące świadectw ludzi, którzy wyczuwali ten zapach w odległości dziesiątek, setek, a nawet tysięcy kilometrów, a nawet po śmierci O. Pio, w momencie, kiedy święty modlił się za nich, kiedy doświadczali duchowo jego obecności w momencie dokonywania się cudów, ale także wtedy, kiedy to oni się do niego modlili. Często pojawiały się znienacka, trwały krótko lub długo. O. Pio wyjaśnił, że zapach ten jest znakiem, który mówi, że przez jego pośrednictwo Bóg zsyła łaskę, pociesza, ostrzega przed niebezpieczeństwem, pokusą lub grzechem.

Mniej znaną cechą O. Pio była znajomość – bez uprzedniego uczenia się – wielu języków. Olbrzymia większość jego penitentów mówiących innym językiem niż włoski ze zdumieniem odkrywała, że mogli spowiadać się w swoim ojczystym języku i w tym języku rozmawiał z nimi zakonnik. Oprócz tego otrzymywał listy w różnych językach i nigdy nie potrzebował do ich odczytania tłumacza, a także w różnych językach na nie odpowiadał.

Zupełnie może nieznanym faktem w życiu O. Pio było zjawisko rozmnożenia chleba. Podczas wojny chleb był racjonowany, przez co często brakło go. Pewnego dnia zakonnicy zauważyli, że w koszu na pieczywo leżało nie więcej niż pół kilo chleba. Po modlitwie zaczęli jeść zupę, podczas kiedy O. Pio został jeszcze na chwilę w kościele. Kilka minut później zjawił się z wieloma bochenkami świeżego chleba. Na pytanie, skąd się wzięły, odpowiedział, że przyniosła je jakaś pątniczka. Bracia nie pytali dalej, bo wszyscy wiedzieli, że tylko Ojciec Pio mógł spotkać „pewnych” pątników.

Innym razem kościelny zapomniał przygotować komunikanty, których w puszce zostało bardzo niewiele. Kiedy jednak O. Pio po spowiedzi zaczął udzielać Komunii, a wielu było tego dnia komunikujących, nie tylko zabrakło Hostii dla nikogo, ale jeszcze wiele zostało w puszce.

Z wieloma osobami – jak się wydaje – O. Pio kontaktował się w ich śnie. Świadczą o tym wydarzenia, jakie zaszły w ich życiu w związku ze snem o Ojcu Pio, a także fakt, że we śnie rozmowy z nim były zawsze na temat dręczonych ich problemów, chorób. Nie chcę przepisywać licznych książek o Ojcu Pio ani o cudach z nim związanych, dlatego przytoczę jako przykład jeden tylko przypadek.

„W listopadzie 1921 r. – wspomina o Michelangelo Bellini – kiedy byłem jeszcze studentem, napisałem do Ojca Pio list prosząc go o modlitwę w intencji mojego umierającego dziadka, który miał ponad osiemdziesiątkę. Byłem do niego bardzo przywiązany, gdyż zastępował mi ojca. Prosiłem, by mógł dożyć choćby do moich święceń kapłańskich. Po kilku dniach, kiedy odwiedziłem go znowu, był w stanie agonalnym. Pomyślałem, że tej nocy pewnie umrze. Ale nad ranem okazało się, że dziadek nagle wydobrzał. Opowiedział mi potem, jak to we śnie ujrzał jakiegoś zakonnika, który przyniósł mu dziesięć lat życia. Mój dziadek żył jeszcze równe dziesięć lat od tego wydarzenia”.

No i zjawisko bilokacji, czyli – mówiąc językiem potocznym – przebywania jednocześnie w dwóch różnych miejscach. Z tego zjawiska O. Pio korzystał często, żeby nieść pomoc ludziom w potrzebie. Twierdził, że posyła go w różne miejsca Chrystus z duchowym wsparciem, radą i pomocą. Przytoczę kilka przypadków.

Pewnego dnia, kiedy O. Pio rozbierał się w zakrystii po Mszy św., podszedł do niego mężczyzna, który upadł na kolana i płacząc dziękował Ojcu Pio za uratowanie życia. Ciekawym opowiedział, że w czasie wojny jako kapitan piechoty przebywał na froncie, gdzie szalała bitwa. W pewnym momencie zobaczył, że kilkanaście metrów od niego jakiś zakonnik macha do niego ręką i mówi: „Niech pan kapitan jak najprędzej ucieka z miejsca, gdzie pan teraz jest, i stanie obok mnie”. Kapitan zrobił to i w tym momencie granat uderzył dokładnie w to miejsce, w którym stał przed chwilą. Kiedy chciał podziękować zakonnikowi, jego już nie było. Dopiero teraz, kiedy przyjechał do San Giovanni Rotondo, rozpoznał w Ojcu Pio tamtego zakonnika.

Właściwie zupełnie nieznana w Polsce historia węgierskiego prymasa w latach 1945–1975 Józefa Mindszenty’ego. Po przejęciu władzy przez komunistów i rozpętaniu policyjnego terroru na pełną skalę, 26 grudnia 1948 prymas Mindszenty został aresztowany i rok później w procesie pokazowym „skazany” za zdradę stanu na dożywotnie więzienie. W więzieniu traktowany był w sposób skandaliczny, torturowany i uniemożliwiano mu odprawianie Mszy św. Pewnego dnia, kiedy bardzo tęsknił za odprawieniem Mszy św., odwiedził go O. Pio, przynosząc wszystko co potrzebne, a także służył mu do Mszy. Potem zabrał wszystko i oddalił się. Nie trzeba chyba dodawać, że jednocześnie nie opuszczał San Giovanni Rotondo.

Podobne zdarzenie miało miejsce w Czechosłowacji, kiedy władze komunistyczne walczyły z religią i porozwiązywały wszystkie zakony. Pewna wspólnota, która żyła w ukryciu i której siostry nie nosiły habitów, napisała do O. Pio podziękowanie za to że je odwiedził i odprawił u nich Mszę św. Żałowały tylko, że nie zechciał zostać na skromnym posiłku oraz pytały, czy szczęśliwie wrócił do domu i czy nie miał problemów na przejściu granicznym. I – oczywiście – tak jak poprzednio, O. Pio nie ruszał się ze swojego klasztoru.

I wreszcie najdziwniejsza sprawa – związana chyba nie tylko ze zjawiskiem bilokacji. Podczas drugiej wojny światowej, wielu pilotów brytyjskich i amerykańskich sił powietrznych, różnej narodowości (Anglicy, Amerykanie, Polacy, Palestyńczycy) i różnego wyznania (rzymskokatolickiego, prawosławnego, islamskiego, protestanckiego, żydowskiego), było świadkami nadzwyczajnego wydarzenia. Za każdym razem, kiedy podczas lotów zbliżali się w okolice San Giovanni Rotondo, widzieli na niebie postać zakonnika, który zranionymi rękami zawracał ich i powstrzymywał przed zrzucaniem bomb. I chociaż Foggia i niemal wszystkie miejscowości Apulii mocno ucierpiały od bombardowań, na San Giovanni Rotondo nie spadła ani jedna bomba.

Wszystkie te zjawiska i wydarzenia w życiu Ojca Pio pokazują nam przede wszystkim wielkość jego miłości do Boga i do człowieka. Bezustanna modlitwa, poświęcenie swoich cierpień za grzeszników, bezwarunkowe posłuszeństwo swoim przełożonym – to wszystko właśnie czyni go świętym. Reszta – to zjawiska trochę bardziej albo trochę mniej ważne w oczach Bożych, a służyć może zainteresowaniu ludzi Bogiem, religią, powrotem – najczęściej – albo wstąpieniem do życia wiary, do życia z Bogiem.

Jest dziś O. Pio jednym z najpopularniejszych świętych, a fakt, że ponad 40 lat po jego śmierci wciąż są jeszcze setki ludzi, którym pomaga, dokumentując swoją obecność i pomoc niebiańskim zapachem, pokazuje nam, że tam – w niebie – nie zapomniał o tych, których ukochał największą miłością i wciąż modli się za nas, żeby jak najwięcej ludzi odnalazło drogę do Boga.

Na koniec jeszcze chciałam dodać drobną informację, że tzw. Przepowiednie Ojca Pio nie są jego dziełem. Jednym z dowodów na to jest fakt, że pojawiły się dopiero 40 lat po jego śmierci, podczas kiedy inne jego listy były znane „od zawsze”. Drugim dowodem jest fakt, że tej „Przepowiedni” nie znali postulatorowie procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, co byłoby niemożliwe, gdyby wyszła od niego.

Modlitwy:

Litania do św. Ojca Pio (1)

Kyrie elejson. Chryste elejson. Kyrie elejson.

Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.

Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.

Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.

Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

Święty Ojcze Pio, módl się za nami.

Wierny natchnieniom Ducha Świętego,

Rozmiłowany w pokorze i ubóstwie Jezusa Chrystusa,

Gorliwy kapłanie Jezusa Chrystusa,

Wierny naśladowco św. Franciszka z Asyżu,

W ciele swoim noszący znamiona męki Zbawiciela,

Cieszący się nadprzyrodzonymi darami,

Ozdobo zakonu franciszkańskiego,

Niosący światu dobro i pokój,

Wybrane naczynie świętości i łaski,

Niezmordowany w jednaniu grzeszników z Bogiem,

Postrachu duchów piekielnych,

Zdobywający serca prostotą i mocą Słowa Bożego,

Nauczający bardziej przykładem niż słowem,

Wzorze miłości Boga i bliźniego,

Spotykający Chrystusa w każdym człowieku,

Opiekunie cierpiących,

Pociecho nieszczęśliwych,

Znoszący upokorzenia z cierpliwością,

Mężny wśród przeciwności,

Wzorze franciszkańskiego ubóstwa,

Wzorze czystości kapłańskiej,

Mężu doskonałego posłuszeństwa,

Miłośniku życia ukrytego,

Mężu modlitwy, skupienia i kontemplacji,

Nauczycielu modlitwy garnących się do Chrystusa,

Możny nasz orędowniku u Boga,

P: Módl się za nami święty Ojcze Pio.

W: Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że święty Ojciec Pio żył w ubóstwie i pokorze, by w ten sposób upodobnić się do Twojego Syna, Jezusa Chrystusa; spraw, prosimy Cię, abyśmy postępując tą samą drogą, z jego pomocą naśladowali Twojego Syna i zjednoczyli się z Tobą w pełni wesela i miłości.

W: Amen.

Litania do św. Ojca Pio (2)

Kyrie elejson. Chryste elejson. Kyrie elejson.

Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas!

Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami!

Synu Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami!

Duchu Święty Boże, zmiłuj się za nami!

Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami!

Święta Maryjo, módl się za nami!

Święty Ojcze Pio, miłośniku Krzyża Chrystusowego, módl się za nami!

Święty Ojcze Pio, z miłością noszący Rany Jezusa, wydzielające zapach fiołków,

Święty Ojcze Pio, ukochany synu naszej Matki, którą wysławiałeś najbardziej wśród stworzeń na niebie i na ziemi,

Święty Ojcze Pio, mistycznie przeżywający mękę Chrystusa w czasie sprawowania Najświętszej Eucharystii,

Święty Ojcze Pio, niestrudzony więźniu konfesjonału i powierniku grzeszników,

Święty Ojcze Pio, wierny przyjacielu potrzebujących,

Święty Ojcze Pio, niosący pomoc swym duchowym synom i córom,

Święty Ojcze Pio, wzorze życia duchowego,

Święty Ojcze Pio, niosący nadzieję pogrążonym w rozpaczy,

Święty Ojcze Pio, bezgranicznie ufający w Miłosierdzie i Miłość Bożą,

Święty Ojcze Pio, z pokorą i miłością znoszący ból i cierpienie charyzmatów,

Święty Ojcze Pio, pomagający Chrystusowi zbawiać grzeszników,

Święty Ojcze Pio, kapłanie zawierzenia Bogu,

Święty Ojcze Pio, miłośniku ubóstwa,

Święty Ojcze Pio, mężnie zwyciężający zakusy złego,

Święty Ojcze Pio, niestrudzenie Bogu powierzający wszystkich grzeszników świata,

Święty Ojcze Pio, trwający na dziękczynieniu po Mszy Świętej,

Święty Ojcze Pio, skarbnico duchowych owoców.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie!

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie!

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami!

K: Módl się za nami, Święty Ojcze Pio.

W: Abyśmy się stali godnymi uproszonych łask.

Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że Święty Ojciec Pio żył w ubóstwie i pokorze, by w ten sposób upodobnić się do Twojego Syna, Jezusa Chrystusa; spraw, prosimy Cię, abyśmy postępując tą samą drogą, z jego pomocą naśladowali Twojego Syna i zjednoczyli się z Tobą w pełni wesela i miłości.

W: Amen.

Modlitwy do św. ojca Pio:

Boże, który świętego Ojca Pio, kapłana, w przedziwny sposób obdarzyłeś łaską uczestnictwa w męce Twojego Syna Jezusa Chrystusa, udziel nam, za jego wstawiennictwem, wszelkich łask, abyśmy upodobnieni w śmierci do Jezusa, osiągnęli chwałę zmartwychwstania i życie wieczne. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Święty Ojcze Pio, przed złem broń mnie, pod płaszcz Twej opieki pomóż mi chronić się zawsze i wszędzie, w dobrym i uczciwym życiu umacniaj mnie, w ostatniej godzinie mojego życia doczesnego pojednaj mnie w miłości z Bogiem, a także módl się za mną teraz i w godzinę śmierci mojej Amen.

Modlitwa o łaski za przyczyną św. Ojca Pio

O Jezu, pełen łaski i miłosierdzia, Ty dla zbawienia dusz ludzkich podjąłeś mękę i umarłeś na krzyżu, aby wyjednać przebaczenie grzechów; pokornie błagam Cię: za przyczyną św. Ojca Pio, kapłana i stygmatyka, który wielkodusznie Ci służył, poświęcał swe życie i cierpiał dla ratowania grzeszników, udziel mi przebaczenia moich win i łaski…

Dla większej chwały Twojej racz go wsławić chwałą świętości i przyciągnij wszystkich ludzi do swego miłującego Serca. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Chwała Ojcu… - 3 razy.

Modlitwa o wstawiennictwo Ojca Pio

Święty Ojcze Pio, naznaczony świętymi znakami męki naszego Zbawiciela, Ciebie wybrał Bóg, abyś w naszych czasach na nowo ukazał potęgę i cuda Bożej miłości. Bądź w niebie naszym patronem, a gdy wzywamy Twojego potężnego wstawiennictwa u tronu Bożego Miłosierdzia, uproś nam przebaczenie grzechów, łaskę zjednoczenia z Jezusem Chrystusem w Eucharystii i radość trwania w Kościele świętym. Broń nas przed złym duchem, kieruj nasze kroki na drogę pokoju i naucz nas żyć w prawdzie i wolności dzieci Bożych. Amen.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg Św. O. Pio

(Ojciec Pio codziennie odmawiał tę koronkę w intencji ludzi, którzy polecali się jego modlitwom)

1. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone”, wysłuchaj mnie, gdyż pukam, szukam i proszę o łaskę…

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

2. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: o cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam”, wysłuchaj mnie, gdyż proszę Ojca w imię Twoje o łaskę…

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu… Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję. 3 O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”, wysłuchaj mnie, gdyż zachęcony Twoimi słowami proszę o łaskę…

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

O słodkie Serce Jezusa, dla Ciebie tylko jedno jest niemożliwe: nie mieć litości dla strapionych; dlatego okaż litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łaski, o którą Cię prosimy przez bolesne i Niepokalane Serce Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Amen.

Nowenna do Świętego Ojca Pio z Pietrelciny (1)

Dzień 1.

Umiłowany Ojcze Pio, posiadłeś znaki Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa na swoim ciele. Stygmaty te nosiłeś za nas wszystkich, doświadczając zarówno fizycznego jak i duchowego cierpienia przeszywającego Twoją duszę i ciało.

Błagamy Cię, módl się za nami, abyśmy byli w stanie przyjmować i w pokorze znosić małe i duże Krzyże cierpienia tu, na ziemi oraz polecać je Bogu, aby poprzez nie przygotował dla nas miejsce w Życiu Wiecznym.

„Przygotuj się na godne przyjęcie cierpień, jakie Jezus zsyła na Ciebie. Jezus nie pozwoli Ci smucić się i przyjdzie do Ciebie, aby ukoić Twą duszę wieloma łaskami.” Ojciec Pio.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 2.

Błogosławiony Ojcze Pio, razem z Naszym Panem Jezusem Chrystusem będziemy w stanie przeciwstawić się pokusom szatana. Cierpiałeś męki i dręczenie demonów piekielnych, które chciały, abyś porzucił swoją Drogę do Świętości. Błagamy Cię, módl się za nami, abyśmy z Twoją pomocą i z pomocą całego Królestwa Niebieskiego byli w stanie znaleźć moc do porzucenia grzechu oraz wytrwałości w wierze aż do godziny śmierci naszej.

„Bądź odważny i nie obawiaj się ataków szatana. Zapamiętaj, iż jest to zdrowy znak, gdy szatan krzyczy i miota się wokół Twojego sumienia. To znaczy, że nie ma on dostępu do wnętrza Twojej woli.” Ojciec Pio.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 3.

Prawy Ojcze Pio, kochasz bardzo naszą Najświętszą Matkę, która codziennie obdarzała Cię łaskami i pociechami. Błagamy Cię, módl się za nami do Najświętszej Matki. Przekaż w jej ręce szczery żal za nasze grzechy i modlitwy o poprawę, aby, jak w Kanie Galilejskiej jej Syn powiedział „tak” do Matki oraz żeby imię nasze zostało wpisane do Księgi Życia Wiecznego.

„Maryja jest jak Gwiazda, która rozświetla nasze ścieżki i to Ona pokaże Ci bezpieczną drogę do Ojca Niebieskiego. Ona będzie kotwicą, do której przylgniesz w godzinie zwątpienia.” Ojciec Pio.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 4.

Nieskalany Ojcze Pio, kochałeś swojego Anioła Stróża, który służył Ci wiernie jako przewodnik, obrońca i posłannik. Anioł Stróż przekazywał Tobie modlitwy Twoich duchowych dzieci. Błagamy Cię, módl się za nami, abyśmy nauczyli się słuchać naszego Anioła Stróża, który zawsze jest gotów być naszym przewodnikiem i podpowiada nam, jak walczyć z grzechem.

„Wzywaj Twojego Anioła Stróża, który oświeci cię i poprowadzi dobrą drogą. Bóg dał ci go dla Twojego bezpieczeństwa, a więc powinieneś korzystać z jego rad.” Ojciec Pio.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 5.

Roztropny Ojcze Pio, ofiarowałeś siebie i swoje cierpienia za odkupienie dusz w czyśćcu cierpiących. Błagamy Cię, módl się za nami i uproś Boga, aby zesłał nam tak wielkie zainteresowanie, pasję i miłość, jakimi ty darzysz Dusze Czyśćcowe. Prosimy, aby nasze cierpienie, poświęcenie i modlitwy przyczyniło się do skrócenia męk dusz w czyśćcu cierpiących.

„Mój Boże, błagam Ciebie, pozwól mi doświadczać kary, jaką przygotowałeś dla grzeszników i dla dusz w czyśćcu cierpiących. Zwielokrotnij moje cierpienia, abym przyczynił się do darowania win grzesznikom i uwolnienia dusz z czyśćca.” Ojciec Pio.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 6.

Posłuszny Św. Pio z Pietrelciny, kochałeś chorych bardziej niż samego siebie, ponieważ widziałeś w nich Jezusa. Uczyniłeś wiele cudów uzdrawiając chorych w imieniu Jezusa, tym samym obdarowując ich spokojem. Błagamy Cię o modlitwę za nas, aby chorzy, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, mogli być uzdrowieni a ich ciała odnowione, żeby mogli korzystać z dobrodziejstw Ducha Świętego i z tego powodu dziękować i wychwalać Boga na zawsze.

„Jeśli wiedziałem, że człowiek cierpiał w myślach, na ciele lub duszy, błagałem Boga aby go uwolnił z tego cierpienia. Chętnie przyjąłbym przeniesienie nieszczęścia z chorego na siebie, aby on mógł być uratowany, i prosiłem aby mógł on korzystać z owoców tych cierpień… jeśli Bóg pozwoliłby mi tak zrobić.” Ojciec Pio

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 7.

Błogosławiony Św. Pio z Pietrelciny, trudziłeś się w Boskim planie zbawienia, ofiarując Twoje cierpienia aby uwolnić grzeszników od łańcuchów diabła. Błagamy Ciebie o modły za nas, aby niewierzący byli nawróceni na wiarę, aby wszyscy grzesznicy odczuli skruchę w swoich sercach, a aby ci, których serca są chłodne, znaleźli odnowiony entuzjazm do życia chrześcijańskiego. Kończąc, módl się za tych, którzy są wierni, aby trwali na swojej drodze do zbawienia.

„Gdyby tylko ludzie tego świata mogli dostrzec piękno duszy człowieczej gdy jest ona w łasce Bożej, wszyscy grzesznicy i niewierzący na świecie byliby natychmiast nawróceni.” Ojciec Pio

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 8.

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio Dzień 8 Czysty św. Pio z Pietrelciny, doświadczyłeś wielkiej miłości do swoich dzieci duchowych i pomogłeś im poprzez wykupienie ich dla Chrystusa własną krwią. Daj nam, którzy Ciebie osobiście nie spotkali, możliwość być uważanymi za Twoje duchowe dzieci. W ten sposób, za Twoją opieką, przywództwem i mocą, otrzymasz dla nas szczególne błogosławieństwo od Boga, abyśmy mogli Go spotkać przy bramach nieba w dzień naszej śmierci.

„Byłoby największą nagrodą, gdyby Bóg spełnił jedno moje życzenie (jeśli byłoby to możliwe); żeby powiedział »Wstąp do nieba!«. To jest moje jedyne, prawdziwe życzenie: aby Bóg mnie wziął do nieba w ten sam czas, kiedy weźmie ostatnie z moich dzieci i ostatnią z osób, które oddały się mojej opiece duszpasterskiej.” Ojciec Pio

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Dzień 9.

Skromny św. Pio z Pietrelciny, Ty, który kochałeś Kościół rzymskokatolicki, módl się za nami. Niech Pan pośle pracowników do żniwa i da im siłę i wiedzę potrzebną, aby być dziećmi Bożymi. Módl się, aby nasza Święta Pani zjednoczyła lud chrześcijański, wszędzie, pocieszając ich wszystkich w jednym wielkim domu Pańskim, latarnią naszego zbawienia wśród burz życia: tak jak latarnia morska jest światłem przewodnim bezpiecznej podróży przez sztorm.

„Musisz zawsze trzymać się prostej i wąskiej ścieżki w świętym katolickim Kościele, ponieważ Ona jest jedyną Panną Chrystusa i tylko ona może Ci przynieść spokój. Tylko Ona posiada Jezusa w świętym sakramencie, albowiem on jest prawdziwym Książęciem Pokoju.” Ojciec Pio

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa wg św. O. Pio

Nowenna do Świętego Ojca Pio z Pietrelciny (2)

Modlitwa wstępna na każdy dzień

Przyszedłeś mnie odwiedzić jako Ojciec i jako przyjaciel. Jezu, nie zostawiaj mnie samego; Panie, zostań ze mną!

Jestem pielgrzymem błądzącym po świecie spowitym w ciemności; daj mi Twoje światło i Twoją łaskę. Panie, zostań ze mną!

W tej jedynej chwili obejmuję Ciebie; niech ta nasza jedność trwa zawsze. Panie zostań ze mną!

Towarzysz mi na drodze mojego życia; potrzebuję Twojej obecności. Bez Ciebie osłabnę i upadnę. Panie, zostań ze mną!

Nadchodzi wieczór, a ja biegnę jak wody rzeki w kierunku morza i głębin śmierci. Panie, zostań ze mną!

Bądź moją siłą w cierpieniu i radości – teraz, gdy żyję i w chwili, gdy umrę w Twych ramionach. Panie, zostań ze mną!

Dzień pierwszy

O chwalebny i święty Ojcze Pio, jesteśmy u twych stóp, zwróć na nas swoje spojrzenie. Jesteśmy twoimi czcicielami; podziwialiśmy twoje życie, kroczyliśmy twoją drogą, doświadczaliśmy mocy twojego wstawiennictwa. Gdy byłeś na tym świecie, codziennie wielka rzesza ludzi przyjeżdżała do San Giovanni Rotondo, by cię zobaczyć, kontemplować twoją wiarę, poprzez twoje słowo uzyskać przebaczenie, wysłuchać twoich nauk i wzywać twojego wstawiennictwa. Z taką samą miłością, świadomi cudownej mocy twojej modlitwy przed Bogiem, przychodzimy dziś i ufnie pochylamy się do twoich stóp. Módl się za nami. W tobie pokładamy swą ufność, mając pewność, że otrzymasz dla nas łaski, których potrzebujemy.

Intencje:

• Aby Bóg dał światu i Kościołowi rodziców odpowiedzialnych i wiernych swojej misji:

• Aby w rodzinach dbano o zdrowie ciała i duszy każdego jej członka:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień drugi

O chwalebny Ojcze Pio, od dziecka ofiarowałeś się Bogu jako narzędzie naprawy świata. Twoja rodzina była biedna i to w niej zacząłeś z wiekiem wzrastać w mądrości i dobroci. Twój ojciec, marząc o lepszym jutrze, wyruszył do Ameryki, a ty doceniłeś wartość tego gestu mówiąc po latach „Mój ojciec wyjechał daleko od swojej żony i od swoich dzieci, by zapewnić wszystkim coś do jedzenia”. Twoja matka, wspomagana przez swoje dzieci, z całych sił angażowała się w pracę w polu, by nikomu nigdy nie brakowało niczego. Mamy świadectwo, które ty sam nam zostawiłeś i które jest dla nas nauką „Od wczesnego dzieciństwa ciężko pracowaliśmy… Dobrze znaliśmy wartość chleba. Przelewaliśmy uczucia na naszych rodziców… Wraz z nimi toczyliśmy wielką bitwę życia…”.

Spraw, by Pan również i nam dał takie dzieci: oddane pracy, czułe i rodzinne.

Intencje:

• Aby rodziny były dla dzieci szkołą i Kościołem;

• Aby dzieci wzrastały w świadomości poświęcenia i miłości własnych rodziców:

• Aby w rodzinach kochano i modlono się do Boga wiedząc, że rodzina, która cała się modli, pozostaje zjednoczona:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień trzeci

O Święty Ojcze Pio, dorastałeś w rodzinie głęboko religijnej. To twój ojciec był tym, który pewnego dnia wezwał cię do siebie i zadał ci bardzo ważne pytanie: „Synu mój, nie chciałbyś zostać zakonnikiem lub księdzem?”.

Czytając wywiady z dziećmi i młodzieżą, dotyczące ich przyszłości, widzimy, że nie biorą oni pod uwagę możliwości poświęcenia się konsekrowanemu życiu. Jeśli zapytamy ich, kim chcieliby być w dorosłym życiu, odpowiadają, że wojskowymi, lekarzami, krawcami czy też inżynierami. Życie zakonne nie mieści się w ich planach. Dlaczego? Przecież największym honorem, który może spotkać rodzinę, jest to że mają dziecko, które Bóg wybrał, by poświęcić go sobie jako zakonnicę, zakonnika czy kapłana.

Prosimy o twoje wstawiennictwo, by w Kościele było wiele powołań i by było zawsze wielu świętych zakonników i zakonnic.

Intencje:

• Aby wszystko, co robimy, było wyrazem naszej wiary w Ewangelię:

• Byśmy umieli znaleźć się blisko naszych braci będących w potrzebie:

• By nasze życie, było wzorem służby i ewangelizowało przykładem i słowem:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień czwarty

O Święty Ojcze Pio, w klasztorze rozpocząłeś nowe życie zdając sobie sprawę ze wszystkich tego konsekwencji. Ty sam powiedziałeś: „Miałem zaledwie 16 lat, lecz już wtedy wiedziałem, z czego muszę zrezygnować, jeżeli chcę stać się prawdziwym zakonnikiem… Musiałem skupić się na coraz lepszym poznaniu mojego dobrowolnego zaangażowania i pozwolić, by zawładnęła mną filozofia i teologia. Czekało mnie wspólnotowe życie, które wymagało wielkiego duchowego wzmocnienia…”. Nikt cię nie zawiódł.

Twoja matka, gdy pozwoliła ci wyruszyć do klasztoru, powiedziała ci: „Chciałeś, bym towarzyszyła ci aż do drzwi twojego nowego domu… Teraz, z twoimi braćmi, wracam do codziennych zajęć. Pamiętaj o mnie w modlitwie i nigdy nie zapominaj, że jesteś przede wszystkim synem Boga i świętego Franciszka. Rób to co ci każą, ponieważ nie warto oddalać się od najbliższych, jeżeli to nie da ci szczęścia ze znalezienia prawdziwej drogi życia…”. Tak właśnie zacząłeś swoje zakonne życie.

Uproś dla Kościoła szlachetne dusze zdolne do porzucenia wszystkiego po to by iść za Chrystusem.

Intencje:

• By wszyscy kapłani czuli się wśród ludzi świadkami wiary:

• By wszyscy kapłani utrzymywali jedność z papieżem i biskupami:

• Byśmy w każdej chwili byli zdolni do dawania świadectwa naszym braterskim i proroczym życiem:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień piąty

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen. Dzień piąty O święty Ojcze Pio, twoje życie było proste, lecz wcale nie łatwe. Doświadczyłeś cierpienia i kuszenia. Ból sprawił, że twoje serce stało się jak ścięty pęd winny. Nigdy nie chciałeś, by twój ból był zauważony przez innych. Wolałeś cierpieć i pozostać w ciszy. Nieważne było dla ciebie to że byłeś zraniony, ponieważ wiedziałeś, że to Bóg cię rani. Dobrze wiedziałeś, iż akceptacja cierpienia nie sprawia, że czerpie się z niego radość, czy też je kocha. Wiedziałeś, że przyjmując je, zgadzasz się, by cię upokorzyło, byś stał się jak ziemia, która pozwala, by woda z nieba przeniknęła ją aż do końca. Tak trwałeś, Ojcze Pio i byłeś w stanie zasłonić twoje cierpienie różami pokornej zgody.

Naucz nas rozumieć, jakie jest właściwe podejście chrześcijanina do cierpienia. Spraw, byśmy pozwolili, aby cierpienie spełniło w nas swoją rolę oczyszczającą i misyjną.

Intencje:

• Byśmy umieli nadać naszemu cierpieniu chrześcijańską wartość:

• Byśmy z duchem wiary umieli przyjąć naszą chorobę i choroby naszych braci:

• Byśmy umieli docenić ból jako narzędzie oczyszczenia i misji:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień szósty

O Święty Ojcze Pio, już od dziecka oddałeś siebie jako ofiarę za innych. Bóg przyjął twoje życzenie i tam, w San Giovanni Rotondo, przemienił cię w cierpiącego „drugiego Chrystusa”. Mówiłeś nam o swojej wewnętrznej walce: „Któż mógłby odkryć męczeństwo, którego doznaję w sercu? Samo tylko wspomnienie tej wewnętrznej walki mrozi mi krew w żyłach. Słyszałem głos, który wzywał mnie do posłuszeństwa wobec Ciebie, o mój Boże, lecz Twoi nieprzyjaciele znęcali się nade mną, wyłamywali mi kości i skręcali wnętrzności…”.

Pewnego dnia na twoim ciele ukazały się stygmaty. Chciałeś stać się ofiarą za wszystkich – za tych, którzy się tobie polecali i za tych, którzy tego nie robili, za sprawiedliwych i grzeszników. Gdy wyszedłeś z wojska, w którym poznałeś wiele zła, poświęciłeś się za Kościół, prosząc Boga, by zamiast ludzkości ukarał ciebie i obarczył cię misją pojednania. Podjąłeś się przyjęcia na siebie kar przeznaczonych dla grzeszników.

Uproś nam u Boga umiejętność przyjęcia bólu i zrobienia z niego ofiary miłości.

Intencje:

• Aby ból zjednoczył nas z Chrystusem:

• Aby Bóg pomógł nam zrozumieć siłę pogodzenia się z cierpieniem:

• Aby Bóg nauczył nas przyjmować i ofiarować cierpienie:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień siódmy

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen. Dzień siódmy O Święty Ojcze Pio, nauczycielu wiary i modlitwy, tłumy przychodziły i przychodzą do ciebie. Dlaczego? Widzą w tobie Bożego człowieka, mistrza wiary, kogoś, kto jest modlitwą, człowieka cierpienia, ukrzyżowanego bez krzyża… i pozostają w milczeniu, widząc ciebie spędzającego niekończące się godziny na chórze, przed krzyżem i u stóp Matki Bożej Pośredniczki Łask. Pewnego dnia zapytano cię, kim byłeś dla tych, którzy przychodzili do ciebie, a ty powiedziałeś: „Wśród was jestem zwykłym człowiekiem, na ołtarzu – ofiarą, w konfesjonale – sędzią”. Twoja Msza Święta była czymś cudownym. Ludzie tłoczyli się wokół ołtarza i widząc ciebie – przemienionego miłością i bólem – modlili się. Kiedy byłeś w ekstazie, wszyscy widzieli, że przeżywasz cierpienie Chrystusa i składasz się w ofierze wraz z Nim. Papież Paweł VI określił to tymi słowami: „Spójrzcie, jakaż sława i jakaż światowa klientela go otacza! A dlaczego? Ponieważ odprawiał Mszę z pokorą, spowiadał od rana do wieczora i był Bożym człowiekiem”.

Najdroższy Ojcze Pio, wstawiaj się za nami u Boga tak, byśmy mieli tę samą wiarę, którą ty miałeś; by Msza Święta stała się dla nas źródłem i szczytem naszego zapału; by nasze życie stało się nieustanną i żywą jednością z Nim.

Intencje:

• Niech Msza Święta i Eucharystia staną się dla nas źródłem i szczytem naszej wiary:

• Byśmy, biorąc przykład z ciebie, trwali w nieustannej jedności z Bogiem:

• Byśmy z wdzięcznością przyjmowali przeciwności, które wystawiają na próbę naszą wiarę:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień ósmy

O Święty Ojcze Pio, cierpienie jest dla chrześcijanina próbą i lekcją wiary. Bóg wybrał cię na ofiarę, a ty swoje życie uczyniłeś darem miłości. Ty ofiarowałeś się Bogu, by inni mieli Życie. Gdy zaczynamy myśleć o innych, znaczy to że zaczynamy być chrześcijanami. Twoja miłość prowadziła cię do dostrzegania Boga obecnego wśród ludzi. Wyznawałeś swoje poświęcenie Bogu tymi słowami: „Musimy kochać innych, ponieważ są widzialnym obrazem Boga. Musimy kochać ich tak, jak ich kocha Bóg… Jeśli Bóg wypełnił nas darami i wolą, to nie możemy zamknąć tego wszystkiego w skrzyni tak, by te dary nie wytworzyły dobra, które jest ich celem”. Twoja miłość do Boga i człowieka doprowadziła cię do współcierpienia z tymi, którzy cierpieli. Niemożliwe było wyeliminowanie bólu, lecz ty wiedziałeś, że możesz go zmniejszyć i czułeś się zobowiązany do uczynienia tego. Tym to sposobem narodziły się inicjatywy dążące do ulgi w cierpieniu. Chcemy nauczyć się od ciebie tej wrażliwości, aby nigdy nie stało się tak, że przejdziemy obojętnie koło brata, który cierpi.

Intencje:

• Aby osoby starsze i chorzy otrzymywali od nas uczucie, na które zasługują:

• Byśmy dziełami miłosierdzia wobec bliźniego manifestowali naszą miłość wobec Boga:

• Byśmy umieli wzbudzić nadzieję w sercach tych, którzy cierpią i by na sercu leżało nam ich dobro:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Dzień dziewiąty

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen. Dzień dziewiąty O Święty Ojcze Pio, ukrzyżowany bez krzyża; twoje życie wypełniały zjawiska nadnaturalne, po ludzku rzecz biorąc – niewytłumaczalne. Całe twoje życie było poświęcone Bogu i braciom. Ty, jak Chrystus, szedłeś czyniąc dobro. Tłumy spieszyły do ciebie, na twoje Msze, na twoje wieczorne nabożeństwa, do twojego konfesjonału, by uzyskać twoje błogosławieństwo i wracały pocieszone i szczęśliwe. Dziś jesteś nadal naszym protektorem wobec Boga. Każdego roku miliony osób przyjeżdżają do twojego grobu prosząc o łaski lub dziękując za cuda, które otrzymały za twoim wstawiennictwem. Drogi Ojcze Pio, z wielką ufnością zwracamy się do ciebie, by prosić o wstawiennictwo i znaleźć schronienie. Módl się za nami; wyproś nam u Boga to czego potrzebujemy.

Intencje:

• Byśmy zawsze byli w świecie świadkami wiary:

• Byśmy przeszli przez życie kochając Boga i Kościół:

• Byśmy, w tej epoce pychy i troski o to by coraz więcej posiadać, byli świadkami innych wartości – tak jak był nim Święty Ojciec Pio:

– Prosimy cię w imię Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen.

Nowenna do Świętego Ojca Pio z Pietrelciny (3)

Dzień pierwszy

Święty Ojcze Pio, z przekonaniem uczyłeś, że Opatrzność Boża „mieszając radość ze łzami w życiu ludzi i całych narodów prowadzi do osiągnięcia ostatecznego celu; że za widoczną ręką człowieka jest zawsze ukryta ręka Boga”, wstawiaj się za mną, bym w mojej trudnej sprawie …, którą przedstawiam Bogu, przyjął z wiarą Jego wolę.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień drugi

Święty Ojcze Pio, ty zachęcałeś małodusznych do porzucenia lęku i uznania się za najszczęśliwszych, gdy „staną się godni tego, by uczestniczyć w bólach Boga-Człowieka”, by „wierzyli, że to nie opuszczenie, ale wielka miłość Boga”, ośmielony przykładem twojej ufności wobec Boga, proszę o wstawiennictwo w mojej intencji …, którą ci przedkładam.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień trzeci

Święty Ojcze Pio, ty przez codzienne dźwiganie krzyża zasłużyłeś na miano Cyrenejczyka, wierzyłeś, że „Pan w swoim miłosierdziu poda rękę i obdarzy mocą”, módl się za mną w moich trudnościach… i uproś mi u Jezusa łaskę wytrwania w dobrym.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień czwarty

Święty Ojcze Pio, doświadczany z woli Bożej wielkim cierpieniem, przyjmowałeś je „jako los wybranych dusz” i „dar prowadzący do zbawienia”, wstawiaj się za mną u Boga, abym mógł z godnością chrześcijańską przyjąć mój ból i uproś łaskę…

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień piąty

Święty Ojcze Pio, ty przez swoje niezwykłe zjednoczenie z Panem wlewałeś w serca wątpiących nadzieję, „że Bóg chrześcijan jest Bogiem przemiany”, że z cierpienia rodzi się pokój, a z odrzucenia rozpaczy „budzi się nadzieja”, bądź ze mną w moim doświadczeniu …, abym ufał w miłość Bożą.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień szósty

Święty Ojcze Pio, ty stałeś się dla nas przykładem posłuszeństwa w wierze, wiedziałeś, że „gdzie nie ma posłuszeństwa, tam nie ma cnoty, tam nie ma dobra i nie ma miłości; gdzie zaś nie ma miłości, tam nie ma Boga, a bez Boga nie idzie się do nieba”, bądź moim orędownikiem u Boga, gdy proszę o łaskę …

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień siódmy

Święty Ojcze Pio, niestrudzony naśladowco Chrystusa, wszystkich z ufnością proszących o pomoc zapewniałeś, że „otrzymają od Boga łaskę świętej wytrwałości”, módl się za mną, gdy błagam Boga o łaskę …

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień ósmy

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu… Dzień ósmy Święty Ojcze Pio, wzorze ewangelicznej miłości Boga i bliźniego, ty umacniałeś w ludzkich sercach przekonanie, że Bóg „nie może odrzucić szczerego pragnienia miłowania Go”, w imię miłości, która przepełniała twoje życie, wyjednaj mi w niebie dar …, o który cię z ufnością proszę.

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

Dzień dziewiąty

Święty Ojcze Pio, Maryja była ci „Matką najmilszą”, Ją wysławiałeś „najbardziej spośród wszystkich stworzeń na niebie i na ziemi”, przez twoje oddanie Bożej Matce proszę o pomoc w mojej potrzebie…

Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…

...wróć



















Ojciec Pio ukazujący stygmaty
























Dom Ulgi w Cierpieniu





Dom Ulgi w Cierpieniu





Fasada małego kościoła Kapucynów po lewej oraz Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w San Giovanni Rotondo





Dolny kościół z grobem Ojca Pio udekorowany freskami ojca Marko Ivana Rupnika





Wnętrze nowego kościoła Św. Ojca Pio w San Giovanni Rotondo





Mozaika w korytarzu prowadzącym do krypty pod nowym kościołem





Cela Świętego widziana przez szybę






















































Ojciec Pio celebrujący Mszę





Ciało Ojca Pio spoczywa obecnie w zamkniętej srebrnej trumnie w krypcie w San Giovanni Rotondo





Ekspozycja do publicznej czci szczątków Ojca Pio