Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Św. Mikołaj ratownik

Mikołaj, obywatel miasta Patery, był synem bogatych i świątobliwych rodziców. Ojciec jego nazywał się Epifanes, matka zaś Joanna. Zrodziwszy go w pierwszej wiośnie swej młodości, rodzice jego wiedli następnie życie wstrzemięźliwe, jakby nie w małżeńskim stanie. On zaś, gdy kąpano go w pierwszym dniu jego życia, stanął wyprostowany w wanience, a nadto we środy i w piątki raz tylko dziennie ssał pierś. Gdy podrósł, unikał swawoli swoich rówieśników, uczęszczając raczej gorliwie do kościołów, a tam, co tylko mógł zrozumieć z Pisma świętego, zachowywał starannie w pamięci. Po śmierci rodziców począł zastanawiać się, w jaki sposób użyć swych wielkich bogactw nie dla sławy wśród ludzi, lecz dla chwały Bożej. Wtedy to pewien jego sąsiad, człowiek dość dobrego rodu, zmuszony był z biedy trzy swoje niezamężne córki wysłać na ulicę, aby w ten sposób móc żyć za cenę ich hańby. Gdy święty dowiedział się o tym, wzdrygnął się na myśl o takiej zbrodni i zawinąwszy w chustę bryłę złota, wrzucił ją w nocy potajemnie przez okno do jego domu i równie potajemnie odszedł. Rano zaś człowiek ów wstając znalazł bryłę złota i złożywszy Bogu dzięki wyprawił za nią wesele swej najstarszej córce. W niedługi czas później sługa Boży ponowił swój czyn. I znowu ów sąsiad znalazłszy złoto całym sercem chwalił Boga, ale na przyszłość postanowił czuwać, aby dowiedzieć się, kim jest ten, kto przychodzi mu z pomocą w jego nędzy. Gdy więc w kilka dni później podwójna bryła złota wpadła do jego domu, zbudził się na dźwięk przez to wywołany i pobiegł za uciekającym Mikołajem ze słowami: Zatrzymaj się i nie znikaj z mych oczu! To mówiąc dogonił uciekającego, a poznawszy w nim Mikołaja, od razu rzucił się na ziemię i chciał całować jego nogi, ale on nie dopuścił do tego i zażądał odeń, aby za jego życia nie rozgłaszał, co między nimi zaszło.

Później, gdy umarł biskup miasta Miry, zgromadzili się biskupi, aby wybrać nowego pasterza dla tamtejszego kościoła. Był zaś między nimi pewien biskup, cieszący się wielką powagą, tak że od jego głosu zależał wybór innych. Otóż on polecił wszystkim pilnie się modlić i pościć, a tejże nocy usłyszał głos, mówiący mu, aby w czasie jutrzni czuwał u drzwi kościoła i pierwszego człowieka, który przyjdzie do kościoła, a który przy tym będzie zwał się Mikołaj, wyświęcił na biskupa. Oznajmił to więc innym biskupom i polecił im, aby gorliwie się modlili, a sam czuwał u wrót kościoła. W czas jutrzni, jakby cudem przysłany przez Boga, przed innymi nadszedł Mikołaj, a biskup chwytając go za rękę zapytał: Jak ci na imię? On zaś pełen gołębiej prostoty rzekł pochylając głowę: Mikołaj, sługa waszej świątobliwości. Wówczas wprowadzili go do kościoła i choć bardzo się wzbraniał, posadzili go na stolicy biskupiej. On zaś zostawszy biskupem zachowywał dawną pokorę i powagę obyczajów, noce spędzał na modlitwie, umartwiał ciało postami, unikał zetknięcia z kobietami, z pokorą wszystkich do siebie dopuszczał, skutecznie przemawiał, gorliwie napominał, surowo karcił.

Podobno także, jak powiada pewna kronika, Mikołaj brał udział w soborze nicejskim. Jednego dnia jacyś żeglarze znalazłszy się w niebezpieczeństwie tak modlili się ze łzami: Mikołaju, sługo Boży, okaż nam, czy prawdą jest to co słyszeliśmy o tobie. Zaraz ukazał im się ktoś podobny do św. Mikołaja i rzekł: Oto jestem, ponieważ wołaliście mnie. I zaczął pomagać im przy żaglach, linach i innym sprzęcie żeglarskim; a burza natychmiast ucichła. Gdy zaś przybyli do jego kościoła, chociaż nigdy go przedtem nie widzieli, bez niczyjej wskazówki poznali go. Dziękowali tedy Bogu i jemu za ratunek, ale on powiedział im: Nie moim zasługom, ale łasce Bożej i waszej wierze przypiszcie swoje ocalenie.

Pewnego razu cały kraj św. Mikołaja nawiedził tak wielki głód, że wszystkim już brakowało żywności. Mąż Boży tedy, usłyszawszy, że do portu przybyły statki naładowane pszenicą, udał się tam natychmiast i prosił żeglarzy, aby ratowali ludzi zagrożonych głodem, oddając im przynajmniej po trzy korce pszenicy z każdego okrętu. Lecz żeglarze powiedzieli: Nie mamy odwagi uczynić tego, ojcze, ponieważ musimy oddać do spichlerzy cesarskich tyle zboża, ile odmierzono nam w Aleksandrii. Na to Święty: Uczyńcie teraz to o co was proszę, a ja wam obiecuję w imię Boże, że nie będziecie mieli żadnego uszczerbku w waszym zbożu, oddając je poborcy cesarskiemu. Tak też uczynili, a gdy rzeczywiście oddali sługom cesarskim tę samą ilość zboża, jaką otrzymali w Aleksandrii, rozgłosili cud i wielce chwalili Boga w osobie Jego sługi. Owo zboże zaś mąż Boży rozdzielił wedle potrzeb każdego i to w tak cudowny sposób, że wystarczyło nie tylko na żywność w ciągu dwu lat, lecz ponadto jeszcze i na zasiewy.

Kiedy kraina owa jeszcze służyła bożkom, lud czcił szczególnie posąg obrzydłej Diany, i to tak bardzo, że jeszcze za czasów św. Mikołaja niektórzy wieśniacy gorliwie oddawali się owemu bezecnemu zabobonowi i pod jakimś drzewem, poświęconym Dianie, uprawiali swoje pogańskie obrządki. Otóż mąż Boży wypędził ów obrządek z całego kraju, a samo drzewo rozkazał ściąć. Rozgniewał się o to na niego odwieczny wróg, sporządził w naczyniu olej, który wbrew prawom natury płonie w wodzie i na kamieniach, a następnie przybrał postać pewnej pobożnej kobiety, która w łodzi wypłynęła naprzeciw pątników udających się do męża Bożego i rzekła im tak: Chciałabym i ja z wami popłynąć do świętego męża, ale niestety nie mogę; proszę was więc, abyście ofiarowali tę oliwę do jego kościoła, a resztą pomazali w moim imieniu ściany jego pałacu. To powiedziawszy, znikła. A oto ujrzeli inną łódź, a w niej kilka godnych osób, wśród których był ktoś zupełnie podobny do św. Mikołaja, i tak rzekł im: Hej! Cóż ta kobieta wam mówiła czy przyniosła? Oni zaś wszystko po kolei opowiedzieli. Rzekł im tedy: To jest bezwstydna Diana, a jeśli chcecie się przekonać, czy mówię prawdę, wrzućcie ten olej do morza. Gdy tylko wrzucili go, powstał wielki ogień na morzu i długo jeszcze widzieli, jak wbrew prawom natury płonął na wodzie. Przybywszy potem do sługi Bożego, powiedzieli: Ty rzeczywiście jesteś tym, który ukazał nam się na morzu i ocalił nas z diabelskiej zasadzki.

W owym czasie pewien naród odmówił posłuszeństwa cesarzowi rzymskiemu, a ten wystał przeciw niemu trzech książąt: Nepocjana, Ursusa i Apiliona. Gdy nieprzychylny wiatr skierował ich do portu adriatyckiego, św. Mikołaj zaprosił ich do swego stołu, pragnąc, aby powstrzymali swoje wojsko od grabieży, których dopuszczało się na jarmarkach. Tymczasem pod nieobecność Świętego konsul przekupiony rozkazał ściąć trzech niewinnych rycerzy. Skoro Święty usłyszał o tym, poprosił owych książąt, aby tam szybko z nim podążyli, a przybywszy na miejsce, gdzie rycerze mieli być ścięci, zastał ich już na kolanach i z zasłoniętymi twarzami, a kata wznoszącego miecz nad ich głowami. Atoli Mikołaj w gorliwości swojej bez wahania rzucił się na oprawcę, własnoręcznie wytrącił mu miecz z dłoni i uwolniwszy niewinnych, uprowadził ich nietkniętych ze sobą. Stamtąd udał się do pałacu konsula i siłą otworzył zamkniętą bramę. Zaraz też nadbiegł konsul, pozdrowił go. Święty zaś widząc go, rzekł: Wrogu Boga, gwałcicielu praw, czyż popełniwszy tak wielką zbrodnię masz jeszcze odwagę spojrzeć mi w oczy? Następnie wielce go jeszcze strofował, ale na prośby owych książąt, a także wobec jego skruchy, przebaczył mu. Wysłańcy cesarscy zaś, otrzymawszy błogosławieństwo Świętego, podjęli dalszą drogę i już bez rozlewu krwi doprowadzili owych buntowników do uległości wobec państwa, a po powrocie bardzo łaskawie zostali przyjęci przez cesarza.

Pewni ludzie jednak, zazdroszcząc im powodzenia, namową i przekupstwem skłonili prefekta cesarskiego, aby oskarżył owych książąt przed cesarzem o zbrodnię obrazy majestatu. Otóż gdy on to uczynił, cesarz pełen wściekłości polecił ich uwięzić, a następnie tej samej nocy bez żadnego przesłuchania zgładzić. Skoro strażnik oznajmił to więźniom, rozdarli swoje szaty i poczęli gorzko biadać. Jeden z nich jednak, mianowicie Nepocjanus, pamiętając, jak to św. Mikołaj uratował trzech niewinnych, doradził towarzyszom, aby wzywali jego opieki. A gdy oni się modlili, św. Mikołaj ukazał się tejże nocy cesarzowi Konstantynowi i rzekł: Dlaczegóż to tak niesprawiedliwie uwięziłeś owych książąt i skazałeś ich na śmierć, choć nie popełnili żadnej zbrodni? Wstań zaraz i każ ich jak najprędzej uwolnić. Jeśli tego nie uczynisz, będę prosił Boga, aby wzniecił wojnę, w której polegniesz i staniesz się łupem dzikich zwierząt. A na to cesarz: Kimże ty jesteś, że wdzierasz się nocą do mego pałacu i masz odwagę mówić takie rzeczy? On zaś odparł: Ja jestem Mikołaj, biskup miasta Miry. Podobnie też przeraził swym ukazaniem się prefekta i rzekł mu: Człowieku szalony, dlaczego pozwalasz ginąć tym niewinnym? Spiesz teraz i staraj się uwolnić ich; jeśli zaś tego nie uczynisz, ciało twoje zaroi się robakami, a twój dom wkrótce legnie w gruzach. A na to on: Kimże jesteś ty, który mi tak grozisz? Wiedz – usłyszał odpowiedź – że ja jestem Mikołaj, biskup miasta Miry. Ci dwaj zatem, zbudziwszy się, natychmiast opowiedzieli sobie nawzajem swoje sny i bezzwłocznie posłali po uwięzionych. Cesarz rzekł do nich: Jakież to sztuki czarnoksięskie uprawiacie, że łudzicie nas takimi widziadłami? Oni jednak odpowiedzieli, że ani nie są czarnoksiężnikami, ani też nie zasłużyli niczym na śmierć. Wtedy cesarz spytał: Czy znacie człowieka, który nazywa się Mikołaj? Oni zaś, usłyszawszy to imię, wznieśli ręce do nieba i prosili Boga, aby dla zasług św. Mikołaja uwolnił ich od grożącego im niebezpieczeństwa.

Na koniec skoro cesarz dowiedział się od nich o całym jego życiu i cudach, rzekł: Idźcie i dziękujcie Bogu. który ocalił was na jego prośby. Donieście jednak Mikołajowi także o tym, co mnie spotkało, i proście go, aby mi już więcej nie groził, ale zasyłał modły do Pana za mnie i moje państwo. Po kilku dniach owi mężowie przybyli do sługi Bożego i padli mu do nóg ze słowami: Ty rzeczywiście jesteś miłym Bogu, czcicielem i przyjacielem Chrystusa! Następnie opowiedzieli mu wszystko po kolei, a on wzniósł ręce ku niebu i z całego serca chwalił Boga; później zaś pouczywszy ich odesłał do domu.

Skoro Bóg zapragnął powołać go do siebie, prosił św. Mikołaj Pana, aby przysłał poń swoich aniołów; a ujrzawszy nadchodzących pochylił głowę i odmówiwszy psalm „W Tobie, Boże, położyłem nadzieję” aż do słów „w ręce Twoje”, oddał duszę Bogu w roku 343, a śmierci jego towarzyszyła niebiańska muzyka. Pochowany został w marmurowym grobowcu; u głowy jego wytrysło źródło oliwy, a u stóp źródło wody i do dziś z członków jego wydobywa się święty olej, który już wielu uzdrowił. Następcą jego został pewien zacny mąż, którego jednak wrogowie wygnali z jego stolicy. Otóż gdy go wypędzono, olej przestał płynąć, ale wytrysnął natychmiast, skoro powrócił do swej stolicy. W długi czas potem Turcy zburzyli miasto Mirę. Wówczas 47 rycerzy z Bari wyruszyło tam, otwarło grób św. Mikołaja, który wskazało im czterech zakonników, i kości jego, pływające w oleju, przeniosło ze sobą do Bari w roku Pańskim 1080.

Człowiek pewien pożyczył od Żyda jakąś sumę pieniędzy, a ponieważ nie miał żadnego poręczyciela, przysiągł mu na ołtarzu św. Mikołaja, że odda je, jak tylko będzie mógł najszybciej. Gdy jednak długo zwlekał. Żyd zażądał swoich pieniędzy, ale on oświadczył, że mu je już oddał. Żyd pozwał go zatem przed sędziego, a ten zażądał od dłużnika przysięgi. Wtedy on napełnił drobnymi złotymi monetami wydrążoną laskę i przyniósł ją ze sobą pod pozorem, że musi się nią podpierać. Następnie mając złożyć przysięgę dał ją Żydowi do potrzymania i przysiągł, że oddał mu już więcej pieniędzy, niż był winien. Złożywszy przysięgę, zażądał swojej laski, a Żyd, nie domyślając się podstępu, oddał mu ją. Oszust jednak wracając do domu zmożony snem położył się na jakimś rozdrożu, a nadjeżdżający pędem wóz zabił go, łamiąc równocześnie laskę pełną złota i rozsypując je. Na wiadomość o tym Żyd przybył tam co prędzej i zobaczył, jak go oszukano; ale choć wielu mu radziło, aby zabrał sobie to złoto, powiedział, że żadną miarą tego nie zrobi, chyba że zabity wróci do życia dzięki zasługom św. Mikołaja; a w takim razie obiecywał przyjąć chrzest i być wyznawcą Chrystusa. I od razu zmarły wrócił do życia, a Żyda ochrzczono w imię Chrystusa.

Żyd pewien widząc chwalebną moc św. Mikołaja objawiającą się w działanych przezeń cudach, kazał sobie zrobić jego wizerunek i umieścił go w swym domu, a gdy gdzieś dalej wychodził, oddawał mu – nie bez pogróżek – swój dobytek w opiekę mówiąc tak mniej więcej: Oto, Mikołaju, cały mój majątek oddaję waszej opiece, jeśli wszystkiego nie upilnujecie, to na was będę dochodził straty bijąc was i chłostając. Ale jednego razu pod jego nieobecność przyszli złodzieje i wszystko mu zabrali, zostawiając tylko ów wizerunek św. Mikołaja. Żyd zaś po powrocie widząc, jak go ograbiono, powiada doń mniej więcej w te słowa: Mikołaju, czym was nie zostawił w domu moim, abyście strzegli mego dobytku przed złoczyńcami? Dlaczegoście tego nie zrobili i nie obronili go przed nimi? Srogą teraz karę odbierzecie i zapłacicie mi za tych złoczyńców: na was odbiję sobie moją szkodę, a gniew mój ochłodzę chłoszcząc was i bijąc. Wziął tedy wizerunek i począł go okrutnie bić i chłostać.

Lecz oto – dziw nad dziwy – gdy złodzieje dzielili się łupem, pojawił się im święty, jakby właśnie wychłostany, i tak do nich powiedział: Dlaczegóż to tak srogo chłostano mnie za was? Czemu tak okrutnie obito? Skądże tyle wycierpieć mi przyszło? Patrzcie, jak ciało moje pokryte jest sińcami, jak całe czerwone jest od krwi! Idźcie co prędzej i oddajcie wszystko, coście zabrali, bo inaczej gniew Boga wszechmocnego zawiśnie nad wami, zbrodnia wasza się wykryje i wszyscy pójdziecie na szubienicę. Ktoś ty – spytali złodzieje – że tak mówisz do nas? A on: Jam jest Mikołaj, sługa Jezusa Chrystusa, mnie ów Żyd za to coście mu zabrali, tak okrutnie wychłostał. Wówczas przerażeni udali się do Żyda, opowiedzieli mu o cudzie, dowiedzieli się odeń, co zrobił z wizerunkiem, wszystko mu oddali – i tak złoczyńcy owi wrócili na uczciwą drogę, a Żyd uwierzył w Zbawiciela.

Człowiek pewien, na intencję syna swego uczęszczającego do szkół, rokrocznie obchodził uroczyście dzień św. Mikołaja. I tak jednego razu ojciec chłopca wyprawił ucztę i zaprosił wielu duchownych. Przyszedł tymczasem do drzwi diabeł w stroju pielgrzyma i prosił o jałmużnę. Ojciec tedy polecił synowi, by zaraz zaniósł jałmużnę pielgrzymowi. Chłopiec pospieszył spełnić rozkaz, a nie znalazłszy pielgrzyma puścił się za odchodzącym. Ale gdy przyszedł na rozstajne drogi, diabeł chwycił go i skręcił mu kark. Ojciec na wieść o tym jęknął z głębi serca, przyniósł ciało, złożył je w sypialni i zaczął z bólem wołać i mówić: Synu najdroższy, cóż to z tobą? Św. Mikołaju, taka to zapłata za cześć, jaką wam świadczyłem tak długo? A gdy tak mówił, chłopiec zaraz jakby ze snu zbudzony otworzył oczy i powstał.

Mąż jeden szlachetnego rodu modlił się do św. Mikołaja, aby mu syna uprosił u Boga, obiecując, że syna zaprowadzi do jego kościoła i ofiaruje doń złoty kielich. I rzeczywiście syn mu się urodził i wyrósł, za czym kazał sporządzić kielich. Ponieważ jednak bardzo mu się ten kielich podobał, zabrał go na własny użytek, a kazał zrobić inny, równej wartości. Otóż kiedy płynęli do kościoła św. Mikołaja, ojciec kazał synowi przynieść sobie wody w tym kielichu, który najpierw kazał zrobić. A chłopiec nabierając jej kielichem, wpadł do morza i od razu utonął. Ojciec jego gorzko płacząc dopełnił przecież swego ślubu. Kiedy jednak przybył przed ołtarz św. Mikołaja i ofiarował drugi kielich, ten spadł z ołtarza jakby zrzucony, a gdy go podniósł i po raz drugi postawił na ołtarzu, znów odrzucony został jeszcze dalej; podniósł go więc i postawił po raz trzeci, ale i tym razem został daleko odrzucony. Kiedy wszyscy dziwili się na taki widok, oto syn jego zdrowy i nietknięty nadszedł niosąc w ręku pierwszy kielich i opowiedział wobec wszystkich, że gdy wpadł do morza, zaraz zjawił się przy nim św. Mikołaj i uratował go. Za czym ojciec jego uradowany oba kielichy ofiarował św. Mikołajowi.

Pewien człowiek bogaty miał syna za przyczyną św. Mikołaja i nazwał go Adeodatem. Wzniósł on za to świętemu kaplicę w domu swoim i co rok uroczyście obchodził jego święto. Miejsce to zaś znajdowało się w sąsiedztwie kraju Agarenów. Otóż Adeodat pewnego razu porwany został przez Agarenów i oddany na służbę do ich króla. Następnego roku, gdy ojciec pobożnie obchodził dzień św. Mikołaja, a syn usługiwał królowi trzymając w ręku kosztowny puchar, wspomniał na swoją niewolę, na ból rodziców i na radość, jaka panowała w ten dzień w ich domu, i zaczął wzdychać głęboko. A król pogróżkami wydobywszy zeń przyczynę westchnień rzekł: Niech twój Mikołaj robi, co chce, a ty zostaniesz tu z nami. I oto nagle powstał gwałtowny wicher, rozwalił cały dom, porwał chłopca z kielichem i postawił przed drzwiami kościoła, w którym rodzice jego obchodzili uroczystość, i sprawił tym wszystkim wielką radość. Gdzie indziej jednak czytamy, że ten młodzieniec był z Normandii i podróżując za morze popadł w niewolę Soldana, który go często chłostał; a gdy raz w dzień św. Mikołaja odebrał chłostę i zamknięty w więzieniu płakał błagając o wyzwolenie i z żalu za radością, jaka w ten dzień panowała w jego domu – nagle zasnął, a zbudziwszy się znalazł się w kaplicy ojca swego.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, „Legenda na dzień świętego Mikołaja”



Legendy o świętych – Jak św. Mateusz obłaskawiał smoki Legendy o świętych – Św. Mikołaj z Flüe, pustelnik