Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Myśli św. Jana Marii Vianneya

Zapisy w księgach jasnogórskich przekazują relacje o blisko dwu tysiącach przypadków szczególnej interwencji Matki Bożej. Obejmują one całą Polskę, wszystkie jej rejony, a nawet wychodzą poza granice. Wierni, którzy przed Obrazem Jasnogórskim doznali łask, reprezentują wszystkie stany społeczne. Maryja przez 600 lat wyprasza dla swoich dzieci łaski obejmujące wszystkie potrzeby ludzkie.

Poniższe relacje oparte są na dokumentach jasnogórskich. O wiarygodności opisanych zdarzeń wyrokuje ostatecznie kompetentna władza duchowna.

* * *

Uzdrowienie ślepego Jakuba Wężyka, nadwornego malarza króla Władysława Jagiełły, jest pierwszym zapisem cudu, jaki spotykamy w Kronikach jasnogórskich. Ślepotę Jakuba poprzedziła choroba, którą daremnie usiłowali uleczyć lekarze królewscy. W roku 1392 malarz, zamieszkały we Wilnie dowiedział się o cudach, jakie od 10 lat dzieją się na Jasnej Górze. Nie namyślając się wiele, pieszo odbywa pielgrzymkę, mimo że droga wynosi prawie 900 km. Zdobył się na bohaterski trud, ale otrzymał za to wspaniałą nagrodę. Gdy tylko zjawił się przed cudownym obrazem, odzyskał upragniony wzrok. Pierwszym przedmiotem, który zobaczył, był wizerunek Najświętszej Maryi. Patrzyła nań życzliwie i łaskawie.

* * *

Król Władysław Jagiełło swoje zwycięstwo pod Grunwaldem (1410) przypisywał wstawiennictwu Jasnogórskiej Królowej. Na podziękowanie przysłał na Jasną Górę jako wotum szczerozłotą blachę z promieniami wokół głowy Maryi.

* * *

W księdze cudów jasnogórskich czytamy, że w roku 1506 nawiedziła Polskę morowa zaraza, która poczyniła wielkie spustoszenia. Wśród zarażonych znalazł się także pewien mieszkaniec Wrocławia imieniem Wojciech. Opuszczony przez wszystkich, modlił się żarliwie do Najświętszej Maryi Panny prosząc nie tyle o uzdrowienie, ile o szczęśliwą śmierć. I oto zjawił mu się jakiś czcigodny starzec i powiedział: „Uczyń ślub pielgrzymki na Jasną Górę do Częstochowy, a będziesz żył". Wojciech natychmiast spełnił to polecenie, ale wyczerpany wysoką gorączką zasnął. Kiedy się obudził, zdumiony spostrzegł, że jest zupełnie zdrowy. Nie wiedział, gdzie jest Częstochowa, ale po ustaniu zarazy w okolicy, dopytał się, jak trafić na Jasną Górę i jako pielgrzym udał się tam, by podziękować Niebieskiej Lekarce za tak niezwykłą łaskę.

* * *

W roku 1537 rotmistrz Prokop Siemieński w bitwie z Turkami nad Seretem został otoczony, wraz z całą swoją chorągwią, przez znaczne siły nieprzyjaciół. Było to właśnie święto Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego). Otoczonym groziło wycięcie do nogi lub oddanie się w haniebną niewolę. Pobożny rycerz zwrócił się w modlitwie serdecznej do Matki Bożej o pomoc i runął na wroga z taką siłą i brawurą, że zdołał się przebić. Wypełnił ślub i udał się w podzięce z pielgrzymką na Jasną Górę.

* * *

Wacław Chorzelski i Jan Wielecki w roku 1540, za panowania Zygmunta I Starego, zostali wzięci do niewoli przez Tatarów. Przywiązanych do siodła wlekli Mongołowie daleko do swoich osiedli na Krymie. Tam wtrącono ich do ciemnego lochu i skuto kajdanami. Trzymano ich w nadziei okupu. Mijały jednak tygodnie i miesiące, ale nie było widać żadnej nadziei na wybawienie. Zaczęli więc modlić się gorąco o ratunek do Matki Bożej i złożyli ślub, że nawiedzą Jej sanktuarium, gdy tylko odzyskają wolność. Pewnej nocy spostrzegli, że nie założono im kajdan, a może z ich wychudzonych rąk i nóg same opadły. Zauważyli nadto, że drzwi lochu są otwarte. Uznali to za znak łaski Maryi, która w ten sposób dawała im może jedyną szansę. Przeszli cicho przez śpiące straże i ratowali się ucieczką. W jaki jednak sposób zdołali ujść pogoni, jak zdołali dotrzeć do dalekiej ojczyzny, pozostanie zagadką i cudem Jasnogórskiej Wspomożycielki. Ślub wypełnili, dotarli na Jasną Górę i złożyli zeznanie o przedziwnych swoich losach.

* * *

Rok 1564. We wiosce Zborów koło Kalisza gromadka chłopców bawiła się w sąd. Wybrano sędziów, kata, obrońców i oskarżycieli. Oskarżonym był Walenty Żeromski, syn rządcy miejscowego majątku. Winowajcę osądzono na śmierć przez powieszenie. Założono koledze na szyję powróz i chłopiec zawisł na przydrożnej wierzbie. Początkowo bawił malców widok rzucającego się w konwulsjach kolegi. Kiedy jednak spostrzegli, że przestał się ruszać, przerażeni uciekli. Ktoś z przechodniów przypadkiem zobaczył wisielca. Uwolnił go. Chłopiec nie dawał już żadnych znaków życia. Zawiadomiono rodziców. Padli na kolana i modlili się żarliwie do Matki Bożej Jasnogórskiej. Ofiarowali dziecię swoje Maryi i złożyli ślub odbycia z synem pielgrzymki. Nie zawiedli się. Mimo że od powieszenia upłynęło kilka godzin, chłopiec w pewnej chwili jakby się przebudził, ziewnął, przetarł oczy. Ku zdumieniu i powszechnej radości wstał zupełnie zdrowy. Cud ten malarz umieścił 300 lat temu na jednym z fresków, jakie zdobią bazylikę jasnogórską.

* * *

Adam Krzycki, sekretarz króla Zygmunta II, w roku 1590 w potyczce z Turkami otrzymał ranę postrzałową w głowę. Rana przez długi czas nie chciała się goić i sprawiała rannemu wiele cierpień. Chirurdzy po wyczerpaniu wszelkich dostępnych im środków zadecydowali, że konieczna jest operacja. Niestety, operacja nie tylko nie przyniosła pożądanej ulgi, ale odjęła operowanemu mowę. Zawiedli lekarze ziemscy, zawieść jednak nie mogła Lekarka niebieska. Z ufnością zwrócono się o pomoc do Matki Bożej Częstochowskiej. Rozpoczęła się nowenna, złożono ślub pielgrzymki na Jasną Górę, gdy tylko chory wyzdrowieje. I oto 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Maryi, chory nagle odzyskał mowę i zawołał pełen radości: „Matka Boska Częstochowska wróciła mi mowę"! Modlono się jednak dalej o wyleczenie bolesnej rany. W dziesiątym, ostatnim dniu nowenny, sekretarz królewski otrzymał także drugą łaskę: rana cudem się zagoiła, ustały wszelkie bóle.

* * *

W roku 1609 w kopalni w Olkuszu górnicy wydobywali ołów i srebro. W jednym szybie pracowało ich pięciu: Jakub Gola, Walenty Łomigonek, Jakub Piwowarek, Szymon i Jan Budzinkowie. Pewnego dnia usłyszeli nagle huk i poczuli, że sypie się na nich ziemia. Porwali się do ucieczki, ale już było za późno. Zostali zasypani. Widząc, co się stało, wszyscy uczynili ślub, że pójdą z pielgrzymką do Częstochowy, jeśli ich Matka Boża ocali. Pięć długich dni i nocy kopano niestrudzenie, by odnaleźć kolegów. Jakaż była radość, kiedy żywcem pogrzebani nagle usłyszeli głosy z zewnątrz i powiew świeżego powietrza. Byli uratowani. Na wiadomość o uczynionym przez górników ślubie, ich wybawcy zrozumieli, że ich rękami kierowała Boża Matka. Karol Dankwart umieścił ten cud w 1695 roku wśród fresków zdobiących bazylikę jasnogórską.

* * *

W roku 1617 Gabriel Czarnecki w bitwie z Tatarami na Wołyniu dostał się do niewoli. Przywiązanego do konia przywleczono go do obozu i skazano na śmierć. Przytwierdzony do pala tortur, w środku obozu, wyczekiwał mąk i śmierci. Cóż mu pozostało czynić w tej beznadziejnej sytuacji? Zaczął modlić się serdecznie do Matki Bożej. W pewnej chwili zauważył, że opadły z niego kajdany. Czyżby przypadek? Ogromna radość ogarnęła jego serce. Widział w tym dowód szczególnej opieki Bożej Matki i hasło do ucieczki. I znowu nie wiadomo, co większym nazwać cudem: uwolnienie z kajdan, czy też wymknięcie się z rąk pogoni i szczęśliwe dotarcie do ojczyzny. On także nie omieszkał przybyć na Jasną Górę, paść krzyżem – jak to było w zwyczaju – przed Cudownym Obrazem i dziękować, a potem wysławiać wszędzie dobroć Maryi.

* * *

Ks. Jakub Neapolitańczyk, proboszcz ze Zbuczyna, został nagle sparaliżowany. W parafii nastała żałoba. Ukochany jej pasterz leżał na łożu, nie mogąc poruszyć ani ręką, ani nogą. Sprowadzeni lekarze wyczerpali wszelkie dostępne im środki. Wtedy wierni zwrócili się do Tej, o której potędze tak wiele już słyszeli. Rozpoczęli nowennę do Matki Bożej Częstochowskiej. Jakież było ich zdumienie, kiedy w dziewiątym dniu nowenny ujrzeli wchodzącego do kościoła zupełnie zdrowego proboszcza. Nie mogli uwierzyć własnym oczom. Początkowy strach zmienił się w niebywałą radość. Tak to Jasnogórska Wspomożycielka wynagrodziła wiernym miłość dla swojego pasterza i dziecięcą ufność do Niebieskiej Matki. Działo się to w roku 1620.

* * *

W roku 1629 hordy tatarskie dotarły aż do Przemyśla. Zabrano mnóstwo ludzi do niewoli. W ich liczbie znalazła się również jako branka Jadwiga Strzyżewska. Dwa i pół roku musiała spełniać jako niewolnica najniższe posługi. Potem wyprowadzono ją na targ wraz z 50 towarzyszkami i sprzedano pewnemu panu. Pierwszej zaraz nocy padła na kolana i zaczęła się gorąco modlić do Najświętszej Maryi Panny, rzewnie płacząc. Towarzyszki jej spały, podobnie jak wszyscy domownicy. Udało się jej jakoś otworzyć drzwi. Cicho wyszła na podwórze i pod osłoną nocy uciekła. Pan jednak rano zauważył jej nieobecność. Ruszył za nią w pogoń. Biedna przez cały czas modliła się żarliwie. Kiedy zauważyła, że pan ściga ją na koniu, spokojnie szła dalej drogą. Tatar ani przypuszczał, że to może być jego niewolnica. Otuliła bowiem głowę i przykryła twarz, jak to czynią kobiety tatarskie. Przejechał obok, ona zaś skryła się między pagórkami i poszła dalej.

* * *

Zuzanna Olejska z Wilna cierpiała na epilepsję, miała częste i bolesne ataki. Prosiła więc Pana Boga o śmierć. Pewnego dnia w roku 1635 dostała gwałtownego ataku. Wijąc się z bólu upadła na ziemię, uderzyła głową o podłogę, na usta wystąpiła piana, a z przyciętego języka polała się krew. W tym momencie do domu Zuzanny wszedł pewien żebrak. Litując się nad niedolą niewiasty, zachęcił domowników, by modlili się za nią do Matki Bożej Częstochowskiej. Polecił nadto, by złożono ślub, iż w razie uzdrowienia chorej rodzina uda się w pielgrzymce na Jasną Górę, by podziękować za tę łaskę. Atak się więcej nie powtórzył. Szczęśliwa Zuzanna wraz z rodziną udała się niebawem na Jasną Górę, by podziękować Matce Bożej Częstochowskiej za dar uzdrowienia.

* * *

W roku 1672 przybył do Częstochowy pewien Turek wyznania mahometańskiego, nie z pobożności, ale w celu załatwienia interesu. Czuł się Polakiem, ale nie zamierzał zmieniać wiary. Kiedy znalazł się na Jasnej Górze, oczarowało go piękno świątyni i pobożność wiernych. Z ciekawości udał się także do cudownej kaplicy. I wtedy stało się coś, czego nie mógł zrozumieć. Doznał takich uczuć, że padł na kolana, zapatrzony w wizerunek Maryi. Zaprowadzono go do o. Augustyna Kordeckiego, który wówczas ponownie sprawował urząd przeora i z jego rąk – po odbyciu krótkiego katechumenatu – przyjął chrzest. Otrzymał imię Urban.

* * *

Pobożnym zwyczajem szła w roku 1672 ze Śląska pielgrzymka piesza na Jasną Gorę. Z ciekawości dołączyła się do niej pewna młoda luteranka Marta. Kiedy pątnicy po kilku dniach drogi ujrzeli wieżę jasnogórską, pełni radości padli na kolana. Marta stała sztywno z uśmiechem pogardy na ustach. Szydziła z zabobonu pielgrzymów. Nagle wydała krzyk i padła na ziemię. Przerażeni pątnicy rzucili się, by ją ratować. Mogło bowiem na nich paść podejrzenie, że w drodze pozbyli się Marty. Okazało się jednak, że był to wstrząs zupełnie innej natury. Maryja nagłym światłem dała Marcie poznać, że towarzyszący jej w drodze katolicy, których uważała za zabobonnych, mają rację. Kiedy znaleźli się na Jasnej Górze, Marta złożyła wyznanie wiary, powróciła na łono Kościoła katolickiego.

* * *

Dnia 8 sierpnia 1708 roku pewien oficer szwedzki znalazł się w majątku pani Lasockiej, podkomorzyny rawskiej. Kazał sobie pokazać cały dobytek. Gdy przybyli do stajni, klacz kopnęła go tak silnie, że padł na ziemię nieżywy. Wszyscy byli przerażeni, by Szwedzi nie zemścili się na mieszkańcach dworku, przekonani, że ich oficer został zamordowany. Pani Lasocka zgromadziła czeladź przed obrazem Pani Częstochowskiej i zaczęli się wspólnie modlić. I oto po niedługim czasie Szwed wstał i ku radości mieszkańców odszedł, nie czyniąc żadnej krzywdy dziedziczce.

* * *

Ks. Michał Pruszyński, kanonik kijowski, proboszcz w Topczewie (obecnie diecezja drohiczyńska), w końcu roku 1717 zasłabł. Niebawem został całkowicie sparaliżowany, ogłuchł i oślepł. Wreszcie przyszła śmierć. Włożono go do trumny, przykryto wiekiem i rozpoczęto przygotowania do pogrzebu. W nocy kapłanowi uznanemu za zmarłego ukazał się św. Paweł Pustelnik i zapewnił go, że będzie żył, ale musi udać się na Jasną Górę, by podziękować za odzyskanie życia. W tej chwili został ożywiony. Miało to miejsce 10 stycznia 1717 roku. Przy jego trumnie czuwali skuleni z zimna żebracy, którym nakazano się modlić i dano za to jałmużnę. Jakież było ich przerażenie, gdy w pewnej chwili usłyszeli dochodzący z trumny szelest, wieko się podniosło a zmarły proboszcz wyszedł z trumny. Uciekli w popłochu i zaalarmowali całą okolicę. Zbiegli się wszyscy i nie mogli uwierzyć własnym oczom. W roku 1720 udał się w daleką podróż pieszo. Przeszedł o własnych siłach około 500 km. Na Jasnej Górze stanął 14 czerwca i tam złożył zeznanie. W podzięce sprawił swojej parafii obraz Matki Bożej, przed którym do dnia dzisiejszego parafianie modlą się i otrzymują łaski.

* * *

Marianna Gąbicka, matka ośmiorga dzieci, ciężko się rozchorowała. Były to trudne lata dla Polski (czasy saskie, wojny szwedzko-rosyjskie). Dobra matka, chociaż wiele cierpiała, nie tyle bolała nad sobą, ile nad swoimi nieletnimi dziećmi. Otoczyły one matkę i płacząc błagały Matkę Bożą, by ją zachowała. Stan był na tyle krytyczny, że w każdej chwili spodziewano się zgonu. Wtedy sąsiadka przyniosła trochę oliwy z wiecznych lamp wiszących przy Cudownym Obrazie i potarła nią blade usta umierającej. Wszyscy uklękli, modląc się do Matki Jasnogórskiej. Skutek był niespodziewany. W jednej chwili chora odzyskała przytomność, poprosiła o posiłek, a następnie wstała z łóżka. Było to w roku 1725.

* * *

Pewnej letniej nocy 1748 roku nad wsią Reidów rozszalała się straszliwa burza. Mieszkańcy obudzeni szumem gwałtownego wichru i uderzeniami piorunów, pozapalali gromnice i zaczęli się modlić. Uczynił to również miejscowy proboszcz. W pewnej chwili piorun uderzył w pobliskie drzewo. Jakie jednak było jego przerażenie, gdy ujrzał, że pali się jego stodoła pełna zboża. Wicher gnał ogień w kierunku dachu świątyni. Ludzie usiłowali powstrzymać płomienie, lejąc wodę na kościół i stodołę, ale wszystko okazało się daremne. Wtedy ks. Abramowski padł przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej i zaczął się modlić, a następnie postawił obraz w oknie naprzeciw płonącej stodoły i kościoła. Zaledwie to uczynił, wiatr ustał, burza ucichła, ogień zagaszono. Ocalały i kościół, i wieś.

* * *

W roku 1749 wracała z Jasnej Góry na Morawy kompania licząca 100 pielgrzymów.. Pątnicy zmuszeni byli przeprawić się przez Odrę promem na drugi brzeg. Niestety, weszło ich zbyt wielu. Zaczęła się wlewać woda, a prom powoli zanurzał się. Powstała panika, na skutek której prom się przewrócił. Radosne śpiewy ku czci Bożej Matki zamieniły się w krzyki rozpaczy, błagania o ratunek. Gorąco modlił się kapłan prowadzący pielgrzymkę. Czyż mogła Boża Matka zapomnieć o tych, którzy od Niej powracali? Ku zdumieniu i radości wszystkich, nawet uznani za zaginionych, cudem Boskim znaleźli się na brzegu. O doznanej łasce opowiedział ojcom paulinom uczestnik tej kompanii, Józef Cerka.

* * *

26 września 1787 roku na Jasnej Górze złożył zeznanie pewien kapłan. Popadł on w chorobę melancholii i zupełnej apatii. Daremne czynił wysiłki, by się z tego stanu psychicznego wydobyć. Próżna była również interwencja przyjaciół-kapłanów, a nawet lekarzy. Do załamania psychicznego doszły cierpienia fizyczne: zupełny brak apetytu, gwałtowne bóle żołądka, wreszcie żółtaczka. Wyglądał jak cień, ledwie trzymał się na nogach. Taki stan trwał przez 22 miesiące. Zdawało się, że męczarniom tylko śmierć może położyć błogosławiony koniec. Na szczęście chory zawierzył Maryi; udał się na Jasną Górę jako pielgrzym. W stanie wyczerpania nie mógł się modlić. Był bezradny jak niemowlę. Zdał się całkowicie na opiekę Matki Bożej. I nie zawiódł się na Niej. Już tego samego dnia, 21 lipca poczuł się lepiej. Po krótkim zaś czasie powrócił do jego duszy zupełny spokój, a z nim powracać zaczęło i zdrowie fizyczne. Kapłan pochodził spod Kielc.

* * *

Zofia Komorska, żona Antoniego z Piotrkowa, nie mając przez 13 lat dziecka, była źle traktowana przez męża, który nawet zamierzał ją opuścić. Udała się więc z pielgrzymką na Jasną Górę, by u Matki Bożej wybłagać potomka. Została wysłuchana i na drugi rok (1790) powiła syna, któremu – na cześć Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny – dała na imię Józef. Wróciło do domu szczęście. Jakież jednak było przerażenie, kiedy w drugim roku życia dziecko zaczęło gasnąć. Pobożna matka znowu modliła się serdecznie do Matki Najświętszej, prosząc o zdrowie dla dziecka. I tym razem została wysłuchana. Udała się potem z mężem na Jasną Górę, gdzie w podzięce złożyli srebrną tablicę z wyobrażeniem syna i rodziców klęczących po bokach z podniesionymi rękami. U góry Matka Boska w obłokach. Tablica ta znajduje się dotychczas na ołtarzu.

* * *

Andrzej Lewandowski z Wiskitek koło Warszawy ożenił się z wdową, 34-letnią Marianną Jasińską. Nie wiedział, niestety, że żona jest chora psychicznie, i to bardzo poważnie. Bywały dni, że niszczyła wszystko, wpadała w furię. Często mąż tracił nerwy. Także wychowywanie dzieci w takiej atmosferze było niemożliwe. Udało mu się jednak zaprowadzić chorą do Studzianny. Na jego prośbę została odprawiona Msza święta w intencji zdrowia żony. Zdawało się, że stał się cud - chora uspokoiła się. Trwało to jednak zbyt krótko i niebawem trudności zaczęły się od nowa. W tej sytuacji, korzystając z chwilowego spokoju żony, namawia ją na pielgrzymkę do Częstochowy. Na Jasną Górę udaje się cała rodzina, mąż, żona i dwie córki, Antosia i Zosia. Niestety - w cudownej kaplicy - chora wpada ponownie w furię. Jakby wstąpił w nią szatan. Rzuca się i krzyczy na głos, ale mąż nie ustępuje. Przez trzy dni odprawiano nad chorą modły i egzorcyzmy. I oto w święto Matki Bożej Szkaplerznej chora wydała nagle przeraźliwy krzyk, opadła zemdlona na ziemię, a kiedy wstała, była już zupełnie zdrowa. Wydarzenie to miało miejsce w roku 1802. Od tej chwili Marianna była wzorową żoną i kochającą matką.

* * *

Siostra Maria Michaela Strawińska, zmartwychwstanka z Kęt koło Krakowa, zaczęła w roku 1901 odczuwać ból w boku. Bóle połączone z wymiotami powtarzały się coraz częściej. Lekarze stwierdzili oberwanie nerki i zaproponowali natychmiastową operację. Chora jednak, obawiając się, że operacji nie przetrzyma, błagała, by ją zawieźć do Częstochowy. Podróż trwała aż 12 godzin i tak zmęczyła chorą, że była bezwładna. 8 i 9 maja zostały na Jasnej Górze odprawione w intencji chorej dwie Msze święte. Nie było jednak żadnej poprawy. To zachęciło chorą i siostry do tym gorętszych modlitw. Na ich wynik nie trzeba było czekać długo. Jeszcze tego samego dnia bóle ustały. Siostra zniosła trudy powrotu do Kęt i bez operacji zaczęła powracać do zdrowia.

* * *

W roku 1902 przybył na Jasną Górę pewien człowiek niewierzący, aby napisać paszkwil na Sanktuarium. Przebywał kilka dni, niezadowolony, że nie ma konkretnego materiału, na przykład jakiegoś cudu, by mógł go ośmieszyć. Niezwykła pobożność pielgrzymów nie dawała mu spokoju. A już do głębi wzruszył go pewien kapłan - staruszek (ks. Teofil Stecki), który z wielkim wysiłkiem szedł na Jasną Górę i klękał przed Najświętszym Sakramentem z taką wiarą, jakby widział żywego Chrystusa. Kiedy ów niewierzący ponownie wszedł do kaplicy, doznał dziwnego uczucia. Rozegrała się w jego duszy walka. Ale zwycięstwo odniosła Jasnogórska Królowa. Tu odnalazł to, co zagubił przed laty.

* * *

3 lipca 1908 roku przybyła na Jasną Górę duża pielgrzymka z Piekut, okręgu Łomży, licząca 1316 osób, pod przewodnictwem księdza proboszcza Józefa Gustajtusa. W kompanii znajdowała się Marianna Kostro ze wsi Skłody Borowe, parafia Piekuty, z pięcioletnią córeczką, od półtora roku niewidomą. Ledwie tylko kompania znalazła się w kaplicy Cudownego Obrazu, dziecko zerwało z oczu opaskę i zawołało na głos: „Mamo, już mnie nie boli, widzę!”. Biedne dziecko z radości zapomniało, gdzie jest, zaczęło tańczyć, skakać i klaskać w dłonie. Tłum zareagował na to zdarzenie płaczem.

* * *

Helena Bojkowska mieszkała z mężem i dziećmi w Irkucku. W roku 1918 miasto zostało zniszczone, gdyż mieścił się w nim sztab carski. Ocalał tylko jej domek, gdyż gorąco modliła się przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej o ratunek. Domek stał tuż przy gimnazjum, gdzie się mieścił ów sztab. Ta sama osoba zeznała, że z Irkucka przeniosła się do Kijowa. Tam w 1943 roku zastało ją silne bombardowanie niemieckie. Przerażona matka zdjęła ze ścian obraz Matki Bożej Częstochowskiej i zaczęła z rodziną gorąco modlić się o ocalenie. „Obok waliły bomby i niszczyły kamienice. Nasza kamienica nie miała od wstrząsów szyb, pootwierały się drzwi. Tylko w naszym mieszkaniu nie wyleciała ani jedna szyba, jakby się tu nic nie działo. Złożyliśmy obietnicę, że po wojnie udamy się w podzięce na Jasną Górę, co też uczyniliśmy”.

* * *

Do najbardziej wzruszających należy uzdrowienie, 29 maja 1921 roku, Anny Korsak z Lublina. Na początku roku 1919 została dotknięta chorobą oczu: zapalenie siatkówki wraz z zaburzeniami funkcji oka. Mimo intensywnych zabiegów specjalistów z Akademii Krakowskiej i Uniwersytetu Leningradzkiego stan chorej stale się pogarszał, a bóle stały się nie do zniesienia. Była osobą zupełnie niewierzącą. Pewnego jednak dnia przyszła jej myśl - Częstochowa! 29 maja 1921 roku znalazła się na Jasnej Górze przed cudownym obrazem. „Upadłam na kolana i zaczęłam błagać: O Najświętsza, miej litość nade mną! Zmienię życie moje. Nie opuszczę Cię”. Gdy podniosła oczy, zajaśniał przed nią wizerunek Maryi. Patrzyła na nią słodko i łagodnie. „Widzę! Ja widzę!” - krzyknęła nieludzkim głosem i padła na ziemię. Po pewnym czasie wstała i na klęczkach obeszła ołtarz cudowny. Zapisała się na uniwersytet Katolicki w Lublinie. Nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu.

* * *

Dnia 27 sierpnia 1926 roku Aleksandra Bukowiecka, żona Mieczysława, generała wojsk polskich, komendanta Poznania, zeznała, że syn ich, Ignacy, w czasie zabawy przebił sobie stopę sterczącą gałęzią próchniejącego drzewa. Nastąpiło zakażenie. Po operacji noga, a niedługo całe ciało zaczęło sztywnieć (tężec).

W tym beznadziejnym stanie rodzice uczynili ślub wystawienia kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej i udania się na Jasną Górę. Wkrótce odbyła się ponowna operacja, ale daremna. Chłopiec już czerniał. Nabawił się też przepukliny. Profesorowie Uniwersytetu Poznańskiego: Jurasz, Lubieniecki i Zniniewicz orzekli stan beznadziejny. Przepona brzuszna pękła; zaczęła wydobywać się zawartość wnętrza. Zrobiono trzecią operację. Matka ponowiła ślub i wzmogła modły do Matki Najświętszej. Jakaż była radość rodziców, gdy ich błagania zostały wysłuchane. Ignaś wracał do zdrowia. Szczęśliwa matka odebrała syna ze szpitala i jeszcze tego samego miesiąca pojechała z nim na Jasną Górę, by cudownej Wspomożycielce gorąco podziękować za tak jawny akt miłosierdzia.

* * *

Dnia 25 maja 1928 roku została uzdrowiona z kalectwa głuchoty 14-letnia Czesława Kozłowska ze wsi Troski koło Płońska. Proboszcz dołączył zeznanie własne i fotografię cudownie uzdrowionej. Doktor Zdzisław Sokolski w pisemnym zeznaniu stwierdził znaczne przytępienie słuchu, powstałe wskutek nieżytu trąbek Eustachiusza. Tenże doktor dołączył świadectwo uzdrowienia: „Stwierdzam u niej zupełnie dobrą i normalną zdolność słyszenia”. Czesława została uzdrowiona w czasie pielgrzymki na Jasną Górę.

* * *

Dnia 13 września 1928 roku „Kurier Codzienny" podał wiadomość zatytułowaną: „Pisma warszawskie donoszą o cudownym uzdrowieniu dziecka w Częstochowie”.

Stanisław Pilaciński z Płocka miał pięcioletnią córeczkę, sparaliżowaną i niemowę. Jej rodzice mieli sen, w którym otrzymali zachętę, by udać się z pielgrzymką do Częstochowy. Sen ten uznali za życzliwą radę samej Matki Najświętszej. Na Jasną Górę udała się matka z córką Jadzią. W cudownej kaplicy był tłok tak wielki, że biedna matka nie mogła się tam docisnąć ze swoim dzieckiem. Uklękła więc przed ołtarzem Serca Pana Jezusa i zaczęła gorąco się przy nim modlić. Nagle dziecko zawołało głośno: „Mamo"! W jednej chwili Jadzia odzyskała mowę i stanęła o własnych siłach na nogach, które dotąd były sztywne. Potwierdziła to komisja lekarska i władze duchowne konsystorza płockiego.

* * *

Było to w roku 1933. Na wozie jechała z ojcem pięcioletnia córeczka. Droga była wyboista, polna. W pewnej chwili wóz się przechylił i dziecko wypadło z niego tak nieszczęśliwie, że tylne koła przejechały mu brzuszek. Ojciec wziął nieprzytomne dziecko do domu. Rodzice padli na kolana przed obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej błagając o ratunek. Modlitwa została wysłuchana. W pewnej chwili dziecko odzyskało przytomność i rychło powróciło do zdrowia. Zeznanie podpisał ksiądz proboszcz i dwóch świadków.

* * *

Dnia 8 października 1941 roku przedarła się z narażeniem życia pewna kobieta na Jasną Górę, by podziękować Częstochowskiej Pani za łaskę ocalenia. Przez 8 miesięcy była męczona na Pawiaku w Warszawie. W końcu po wyczerpaniu tortur, by ją zmusić do wyjawienia współpracowników podziemia, skazano ją na śmierć. Modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej o przetrwanie, o to, by miała tyle jeszcze siły, by nie zdradzić nikogo. Na wiadomość o wyroku w dniu następnym modliła się całą noc. I stał się cud. Na drugi dzień tylko ona jedna została wyłączona z grupy skazanych, a w kilka godzin potem została wypuszczona na wolność.

* * *

Dnia 18 stycznia 1945 roku podczas operacji wojennych na Prądniku Białym pod Krakowem rozerwał się pocisk armatni z ciężkiego czołgu. Odłamek ranił podporucznika Jana Alfreda Chanerley w płuco w okolicy serca oraz powierzchownie w boki i głowę. Po przeniesieniu na salę operacyjną lekarz stwierdził stan śmiertelny. Wezwano kapelana, który zaopatrzył rannego. Chory po wyzdrowieniu zeznał: „Podczas Olejem Namaszczenia poleciłem się Najświętszej Maryi Pannie Jasnogórskiej, błagając o powrót do życia. Ropa wypełniła lewe płuco, zalewając serce. Stan tak się pogorszył, że musiano mi dawać narkozę. Przyrzekłem, że gdy wyzdrowieję, udam się na Jasną Górę. I stała się rzecz dla lekarzy niewytłumaczalna. Ropę z płuca organizm zresorbował, oczyszczając się poprzez oskrzela, co jest rzeczą niespotykaną. Po trzech tygodniach po ranach pozostały jedynie małe plamki”. Jako świadkowie podpisali się: dr Pelc, dr Mone, dr Safira, dr Tomczyk, siostra Frydrych oraz leżący z uzdrowionym w separatce także ciężko ranny żołnierz Józef Kozikowski.

* * *

31 sierpnia 1945 roku Irena Wincenciak złożyła na ręce przeora, o. Stanisława Nowaka, pisemne zeznanie, dotyczące 20 dziewcząt polskich, które pod jej przewodnictwem przybyły z Neustadt-Glewe w Meklemburgii (Niemcy) na Jasną Górę (800 km drogi) w dniach od 2 maja do 27 lipca 1945 roku. Były w obozie oświęcimskim. Kiedy nadchodziły wojska radzieckie, zostały wywiezione do Meklemburgii. Gdy zaś zbliżał się front, miały być rozstrzelane. Żarliwie modliły się do Matki Bożej o ocalenie. 2 maja rozpoczęto rozstrzeliwanie, ale w ostatniej chwili do obozu wkroczyli żołnierze sowieccy; zostały uwolnione. Wynędzniałe więźniarki postanowiły natychmiast wracać do Ojczyzny. Irena Wincenciak, jako najstarsza, objęła komendę. W drodze spotkały mężczyznę na motocyklu, który zaproponował, że przewiezie je wozem, który znajduje się opodal. Pani Irena wsiadła z nim na motocykl, by zobaczyć ów wóz, on zaś wywiózł ją do pobliskiego lasu. Udało się jej wymknąć z rąk zwyrodnialca. Tymczasem dziewczęta, zaniepokojone o losy towarzyszki niedoli, odmawiały różaniec. Pokonując niezwykłe trudności, pieszo i okazją, dzielne dziewczęta dotarły 27 lipca do Częstochowy.

* * *

Dnia 20 maja 1948 roku zgłosiła się do zakrystii jasnogórskiej Aniela Łapińska z Łap, która zeznała: „W styczniu bieżącego roku zachorowałam ciężko na grypę, z której wywiązało się zapalenie opłucnej. Pojawiła się woda w obydwu bokach, oflegmienie i kawerna w lewym płucu wielkości kurzego jaja. Oddana do szpitala, po dwóch miesiącach bezskutecznego leczenia jako nieuleczalna, zostałam odesłana do domu. Udałam się wówczas do niebieskiej Lekarki, ślubując pielgrzymkę do Częstochowy i ogłoszenie w „Rycerzu Niepokalanej”, jeżeli tylko odzyskam zdrowie. Od tego czasu zaczęłam szybko powracać do zdrowia, że już w marcu lekarze po prześwietleniu stwierdzili zdziwieni, że w płucach pozostały tylko blizny po ranach. Dotąd czuję się dobrze a nawet mogłam odbyć tak daleką i uciążliwą pielgrzymkę dziękczynną na Jasną Górę”.

* * *

Dnia 2 kwietnia 1949 roku Jan Bednarkiewicz, zamieszkały w Częstochowie zeznał, że 2 września 1939 roku został ugodzony odłamkiem pocisku armatniego w samą pierś. Padł zalany krwią. Pocisk jednak zranił go tylko, a nie zabił. Miał bowiem pod mundurem ryngraf Matki Bożej Częstochowskiej, który od 300 lat był przechowywany jako pamiątka rodowa. Ryngraf został zniszczony, tak silne było uderzenie, ale serce ocalało. Inny odłamek kuli armatniej urwał mu rękę. Leczył się w szpitalu przy kościele Św. Barbary w Częstochowie. Po wyjściu ze szpitala natychmiast udał się na Jasną Górę, by podziękować Matce Bożej za ocalenie.

* * *

Maria T. z Nysy w dwudziestym roku życia zachorowała na płuca. Stan był beznadziejny. Zaangażowano specjalistów, by ją ratować. Przez kilka miesięcy trwała walka o jej życie. Przewieziono ją do sanatorium w Głuchołazach; 17 lipca 1955 była już w stanie agonalnym. Oto co stwierdza kapelan sanatorium: „Gdy wszedłem do pokoju nr 51, chora leżała w łóżku, otoczona kilku osobami, które klęcząc odmawiały modlitwy za konających”. Chora stale się modliła do Matki Bożej i nie została zawiedziona. Kapelan jako naoczny świadek mówi: „Gdy w następnym dniu odwiedziłem chorą, zastałem ją siedzącą na łóżku i bardzo wesołą. Obecny lekarz (wymienione jest nazwisko) zawołał do mnie: Księże, jeszcze się dzieją cuda na ziemi! Osoba ta wczoraj konała i stała obu nogami w grobie, a dzisiaj jest zdrowa!” Przeprowadzono najdokładniejsze badania i stwierdzono fakt niezwykły i niewytłumaczalny. Do zeznania dołączono wszystkie analizy i orzeczenia lekarzy.

* * *

Dnia 10 maja 1961 roku lekarze orzekli o pewnej pacjentce ze Szczecina, że stan jej zdrowia jest bardzo ciężki. Choroba zaatakowała jednocześnie serce, wątrobę i nerki, a ponadto rozpoznano zapalenie stawów i zaburzenia związane z klimakterium. Mąż chorej wysyła więc list na Jasną Górę z błaganiem o odprawienie Mszy świętej w jej intencji. Została odprawiona 17 maja 1961 roku o godzinie 9, a mąż w tym dniu udał się do kościoła parafialnego, gdzie uczestniczył we Mszy świętej i przystąpił do Komunii świętej w intencji żony. Kiedy w niedzielę, 19 maja przybył do szpitala, żona powitała go z okna już na wpół zdrowa i oznajmiła, że właśnie 17 maja rano nastąpiła raptowna poprawa. O tej niezwykłej łasce zaświadczyły w zeznaniu swoimi podpisami także obecne w szpitalu pacjentki.

* * *

Dnia 6 lipca 1961 roku pani B. z Czyżowic koło Wodzisławia złożyła na Jasnej Górze złoty zegarek jako wotum. W czasie pracy w Czechosłowacji - na skutek oberwania się ściany - została zasypana ośmiometrową warstwą piasku. Nie mając żadnej możliwości ucieczki, poleciła się opiece Matki Bożej Częstochowskiej i błagała Ją o ratunek. Straciła przytomność. Na szczęście, po godzinie odkopano ją. Powszechne było zdumienie, że nie zadusiła się z braku powietrza przez tak długi czas i że nie została nawet poranioną. Wszyscy uważali to za cud, ona zaś za dowód szczególnej opieki Tej, Której się z ufnością poleciła.

* * *

3 listopada 1961 roku państwo O. przybyli na Jasną Górę, by złożyć dziękczynne wotum za cudowne – według ich przekonania – ocalenie w czasie wypadku samochodowego, jaki miał miejsce 3 stycznia tegoż roku. Jechali samochodem: dwoje małżonków o troje dzieci. Była godzina 21. Dzieci spały, mąż prowadził samochód, żona odmawiała właśnie Apel Jasnogórski. Nagle wpadli w poślizg i samochód wywrócił się do góry kołami. Nikt nie odniósł żadnego obrażenia poza przeżyciem strachu. Szczęśliwie uratowani uznali ten wypadek za dowód szczególnej opieki Matki Bożej, tym bardziej że w wozie mieli medalion z wizerunkiem Jasnogórskiej.

* * *

Dzień 27 lipca 1962 roku zdawał się być ostatnim dla matki pięciorga dzieci z Rzeszowa. Przy porodzie ostatniego dziecka ujawniły się komplikacje (skrzep), które groziły śmiercią. Dwóch lekarzy robiło wszystko, by ratować umierającą, ale ich wysiłki były daremne. Poinformowali więc męża, by się przygotował na najgorsze. Pobożny mąż, widząc beznadziejność ziemskich lekarzy, wysłał wieczorem telegram na Jasną Górę, prosząc o odprawienie Mszy świętej przed Cudownym Obrazem. Następnego dnia o godzinie 7.30 została odprawiona Msza święta. I oto z Rzeszowa przychodzi tego samego dnia telegram: „Dzisiaj moja żona nagle ozdrowiała”! Lekarze uznali ten wypadek za cudowny. Mąż udał się na Jasną Górę, gorąco podziękował ówczesnemu przeorowi, o. Anzelmowi Radwańskiemu za odprawienie Mszy świętej. Niemniej żarliwe składał dzięki swojej niebieskiej Wspomożycielce.

* * *

4 września 1974 roku przybyli z Podlasia rodzice z czteroletnim synkiem, by podziękować za cudowne jego ocalenia. Dziecko zachorowało na zapalenie wyrostka. Po operacji, na tle infekcji, nastąpiło ostre zapalenie mózgu. Dziecko odesłano w stanie beznadziejnym do domu. Chłopiec był nieprzytomny. Matka zeznała: „Mamy w domu duży obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, ofiarowany mi przez mamę w dniu mojego ślubu. Gdy mąż poszedł do pracy, ja całymi godzinami klęczałam przed tym obrazem i błagałam Matkę Bożą, by ulitowała się nad moim dzieckiem”. Walka o życie dziecka trwała miesiąc od chwili zabrania go ze szpitala. I oto chłopcu zaczęło się niespodziewanie polepszać i szybko wrócił do zdrowia. „Żyje i umysłowo rozwija się normalnie”.

* * *

W sobotę, 5 czerwca 1976 roku przybyła na Jasną Górę 12-letnia dziewczynka, aby w drugą rocznicę swojego cudownego uzdrowienia podziękować Jasnogórskiej Wspomożycielce za doznaną łaskę. Na skutek poważnych powikłań nerkowych utraciła całkowicie władzę w nogach. Leczono ją i w szpitalu powiatowym, i wojewódzkim, a ostatecznie uznano za nieuleczalnie chorą. Dziewczynka była bowiem z Domu Dziecka. Kiedy ponownie leżała w szpitalu powiatowym, siostra zakonna przygotowała ją do przyjęcia pierwszej Komunii świętej, która odbyła się 2 czerwca 1974 roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Dwa dni później przewieziono chorą do Częstochowy, na Jasną Górę. W nocy ujrzała Matkę Bożą z Jasnogórskiego Obrazu, która zapewniała ją, że będzie zdrowa. Gdy tylko widzenie ustało, poczuła się zupełnie zdrowa. W obecności ojca i macochy wstała z łóżka i zaczęła chodzić.

* * *

W niedzielę, 4 lipca 1976 roku, wraz z wieloma pielgrzymami znalazł się w kaplicy św. Józefa proboszcz parafii Pustania, diecezja tarnowska. Przybył tu ze swoimi parafianami, by podziękować za otrzymaną niezwykłą łaskę uzdrowienia dziesięcioletniej Beatki. Przybyła i ona z rodzicami i trojgiem rodzeństwa. Przed rokiem, gdy cała rodzina wracała z kościoła do domu, nagle Beatka doznała ataku wielkich boleści; wyła z bólu i nie mogła dojść do domu. Lekarz stwierdził w brzuchu dziecka guz wielkości głowy noworodka. Usunięto go w czasie operacji, ale okazało się, że był złośliwy. Powstały przerzuty. Lekarze orzekli, że dziecku pozostały najwyżej trzy miesiące życia. Rodzina zaczęła się więc gorąco modlić do Matki Bożej Częstochowskiej o ratunek dla dziecka. Do modlitwy przyłączyła się cała parafia. Już trzeciego dnia po ciężkiej operacji dziecko o własnych siłach udało się do szpitalnej umywalni, a po dziesięciu dniach powróciło do domu zupełnie zdrowe.

* * *

19 sierpnia 1976 roku przybyły na Jasną Górę matka z osiemnastoletnią córką Ewą i złożyły następujące oświadczenie: W roku 1971 Ewa przeszła bardzo poważną operację serca z powodu przewlekłej zapaści oraz niedomykalności zastawki. Operację przeprowadził zespół lekarzy w Warszawie pod przewodnictwem znanego profesora chirurga (tu podano jego nazwisko oraz nazwę szpitala). Stan był tak ciężki, że dawano chorej najwyżej jeden procent nadziei na życie. Matka modliła się żarliwie o pomyślny wynik operacji przed obrazkiem Matki Bożej Częstochowskiej, który otrzymała od swojej matki. Przyrzekła, że w razie szczęśliwego zakończenia operacji uda się na Jasną Górę, by publicznie podziękować za łaskę. Błagania matki i rodziny zostały wysłuchane. Operacja udała się.

* * *

Dnia 4 września 1976 roku przybyli na Jasną Górę z Podlasia rodzice z czteroletnim synem, aby wypełnić dane Matce Bożej przyrzeczenie. W marcu 1975 roku syn zachorował na zapalenie wyrostka robaczkowego. W szpitalu powiatowym przeprowadzono szczęśliwie operację, ale na tle infekcji nastąpiło ostre zapalenie opon mózgowych. W stanie beznadziejnym dziecko skierowano do kliniki w Lublinie, ale je stamtąd odesłano z powrotem: „Po co przysyłacie do nas dziecko, skoro sami wiecie, że jest nie do uratowania”. Zabrali więc rodzice dziecko do domu. Oto zeznanie matki: „Mamy w domu duży obraz Matki Bożej Częstochowskiej, ofiarowany mi przez moją mamę w dniu ślubu. Błagałam Matkę Bożą, aby ulitowała się nad moim dzieckiem. Byłam pewna, że Matka Boża mnie nie zawiedzie, że dziecko będzie żyć... I nie zawiodłam się... Dziecko po powrocie do domu zaczęło z wolna wracać do zdrowia. Żyje i rozwija się normalnie”.

* * *

Dnia 28 stycznia 1979 roku przybyła na Jasną Górę kobieta z Łodzi, lat 29, matka dwojga dzieci. Od pięciu lat cierpiała na niedowład nóg, a w roku 1978 zaczęła tracić władzę także w rękach. Z powodu kalectwa wpadła w rozpacz. Przykuta do łóżka, opuszczona przez męża alkoholika, mająca pod opieką dwoje małych dzieci. Pewnej nocy miała sen, że znajduje się na Jasnej Górze w kaplicy. Przy ołtarzu stała Niewiasta z bliznami na twarzy. Po obudzeniu zapamiętała słowa Matki Bożej: „Nawróćcie się do wiary! Ja jestem Ucieczką grzeszników i Wspomożycielką wiernych”. Nazajutrz poprosiła o spowiedź i Komunię świętą. Jeszcze tego samego dnia, z pomocą przyjaciół, udała się do Częstochowy. 28 stycznia 1979 roku, w niedzielę, o godzinie 12 dowlokła się na Jasną Górę. Kiedy znalazła się przed Cudownym Obrazem, ogarnęła ją wielka radość. W pewnej chwili poczuła w nogach jakby płynącą krew. Poczuła zdumiona, że stoi o własnych siłach, laski wypadły jej z rąk, upadła na kolana. Następnie udała się do zakrystii, by złożyć zeznanie. Laski-kule związane wstążką można zobaczyć z prawej strony ołtarza przy zakrystii.



Legendy o świętych – Jak to z Piłatem było Legendy o świętych – Św. Agnieszka, dziewica i męczennica