Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Jak św. Stanisław wskrzesił komesa Piotra

Stanisław, jak wspominają roczniki książąt polskich i pisane dzieje, był z rodu Polakiem i pochodził z ziemi krakowskiej. O rodzicach jego i o ich imionach dlatego nie znajdzie się wzmianki w tym dziele, ponieważ dawność tych czasów, karmicielka zaniedbania, a matka niewdzięczności, pogrążyła je w zapomnieniu. Żyją jednak do dziś w Rabie i w Szczepanowie rycerze szlachetnego rodu, którzy twierdzą, że są dziedzicami i prawowitymi następcami św. Stanisława i przodków jego. A we wspomnianej wsi Szczepanowie nasypy ziemne i dobrze widoczne fundamenty wciąż jeszcze wskazują, gdzie wznosił się ongiś dom rodziców św. Stanisława. Był tam też kościół drewniany, który on sam zbudował ku czci św. Marii Magdaleny i osobiście go poświęcił, ale kościół ten przed niewielu laty zawalił się ze starości. Ja jeszcze widziałem ów kościół i głosiłem w nim ludowi słowo Boże, a mieszkańcy okoliczni potwierdzali to wszystko. Lecz przejdźmy do opisu jego życia.

On tedy z miłosierdzia Stwórcy od razu obsypany został dobrodziejstwami i otrzymał od Boga duszę dobrą, ponieważ znalazł łaskę w oczach Pańskich; otrzymał też błogosławieństwo i dowody miłosierdzia Bożego w postaci przyrodzonych darów łaski, którymi od początku obficie był wyposażony. Pochodził bowiem z dobrej rodziny, był zamożny, wychowany w wierze chrześcijańskiej, pobożny, skromny w myślach, czysty w życiu, budzący szacunek swym obejściem, poważnych obyczajów, bystrego umysłu, roztropny w mowie, a chętny i gotów do każdego dobrego uczynku. I tak jak płynny wosk przyjmuje i zachowuje odbicie wyciśniętej w nim pieczęci, tak Stanisław jako pojętny chłopiec zachowywał w pamięci, co mógł usłyszeć lub nauczyć się. Rodzice jego tedy, widząc, że chłopiec jest roztropny i pilny, postanowili go oddać do szkól na naukę.

Posłany tam zaczął stosownie do pokładanych w nim nadziei pilnie pracować, unikał zabaw chłopięcych i strzegł się młodzieńczej swawoli, przykładał się do nauki, jak mu kazano, zagłębiał się w książkach i ze wszystkich sił oddawał się przepisanym ćwiczeniom dla nabycia wiedzy. A czynił tak roztropny chłopczyna dlatego, aby doskonaląc się coraz bardziej i bardziej, stawać się lepszym od samego siebie i dotrzeć do poznania prawdy. A za światłem łaski Bożej nie chybił postawionego sobie celu, bo czego dać mu nie mógł wiek chłopięcy, to dopełniała łaska Boża. Gdy zaś już ugruntował sobie należycie elementarne początki nauki i wyrósł na młodzieńca, udał się – jak mówią – godnie tam, gdzie wówczas znajdował się uniwersytet i niemało czasu spędził na wydziale sztuk wyzwolonych. Widocznie też studiował prawo kanoniczne i Boskie, skoro w tejże kronice polskiej czytamy, że był mężem wykształconym i posiadającym głęboką znajomość spraw Bożych. Gdy o tym wszystkim zasłyszał biskup krakowski Lambert i dokładnie się w tej sprawie upewnił, uradował się dobrą sławą Stanisława i wezwawszy go z uniwersytetu do Krakowa uczynił go w tamtejszym kościele bratem swym kanonikiem. On zaś od razu zajaśniał pomiędzy innymi kanonikami jak gwiazda pośród mgły, a szczególniejsza światłość wśród gwiazd. Tak tedy znamienitego męża Stanisława nie tylko świeckie jego stanowisko czyniło godnym szacunku, lecz także godność kościelna dodawała mu autorytetu. A on, podniesiony do stanu kapłańskiego, coraz gorliwiej poświęcał się służbie Bożej, jako że gruntownie się przygotował do swych kościelnych obowiązków. A gdy biskup krakowski Lambert zeszedł z tego świata, Stanisław kanonicznie i jednomyślnie wybrany został biskupem krakowskim i wyniesiony na stolicę biskupią. Tak to Opatrzność Boża postawiła go jak lampę na świeczniku i jak gdyby naczynie szczerozłote wypełniła go wszelkimi klejnotami cnót.

Przejąwszy tedy obowiązki pasterskie biskup Stanisław czujnie pełnił straż nad trzodą Chrystusową i gorliwie zarządzał powierzoną sobie diecezją. Choć siedząc na stolicy biskupiej był zwierzchnikiem wszystkich, jednakże dla Chrystusa wszystkim był poddany. Nigdy bowiem nie pozwolił zapanować w swoim sercu pysze, która Lucyfera strąciła z nieba i z anioła uczyniła go diabłem, a pierwszego człowieka wygnała z raju. W napominaniu był surowy, a w wymierzaniu sprawiedliwości bezstronny; nie zamykał bowiem oczu na winy ludzi, jakakolwiek byłaby ich godność lub stanowisko, lecz wytykał je we właściwym czasie i we właściwy sposób.

W owym czasie często nawoływał do poprawy króla Bolesława, który wówczas rządził w Polsce, a którego życie było niegodziwe, z ojcowską gorliwością wzywał go więc do pokuty jakby syna marnotrawnego. Lecz ponieważ król był niepoprawny, biskup musiał za swą sprawiedliwość znosić śmiertelną wrogość i prześladowanie z jego strony. Dlatego też mąż święty unikał rozmowy i przebywania z nim pod jednym dachem, aby milcząc nie budzić wrażenia, że się godzi na jego niesprawiedliwe prawa i na ucisk biedaków, który widział. Wzdrygał się też na niegodziwy sposób grabieży, polegający na wypasaniu łąk i zbóż poddanych, który król i jego zausznicy nazywali powszechnym prawem w tym kraju. Z takich i tym podobnych względów uchylał się od ich narad i obcowania z nimi, a natomiast wiele przesiadywał w swym kościele, pilnie i ochoczo wykonywał służbę Bożą, pobożnie i często sprawował święte sakramenta Chrystusowe, gdy tylko mógł, najchętniej oddawał się modlitwie, czytaniu i kontemplacji i z głębi serca prosił Boga za tymi, nad którymi pasterzowanie było mu poruczone.

Parafie swe wizytował i starał się poprawić w nich to co wymagało poprawy. Dbał o czystość sług Kościoła, a zwłaszcza kapłanów, i przykładem swoim zachęcał ich do świątobliwego życia, bez którego nikt Boga oglądać nie będzie. Co sam zdołał zaczerpnąć ze źródeł Zbawiciela, to w obfitości przekazywał podwładnym swoim w kazaniach i naukach. Tych, którzy cieszyli się przywilejami stanu duchownego i posiadali beneficja kościelne, zobowiązywał do tego, aby znamionowały ich też przystojne obyczaje, skromność, czystość i ogólnie znana uczciwość. Jeśli zaś na te ojcowskie upomnienia nie odpowiadali synowskim posłuszeństwem, pozbawiał ich beneficjum i wypędzał ze swojej diecezji. Ponieważ zaś nade wszystko ukochał piękno domu Bożego, tam w diecezji, gdzie nie mogło sięgnąć jego własne czujne oko, ustanawiał archidiakonów, prezbiterów i kapłanów jako pasterzy ludu Bożego, aby usterki poprawiali, a błądzących prowadzili na drogę prawdy.

Choć św. Stanisław był mężem sprawiedliwym i skromnym, to jednak grzeszników szukających pokuty przyjmował na łono swego miłosierdzia i niejednokrotnie osobiście słuchał ich spowiedzi. Sądząc sprawy małżeńskie zachowywał roztropność, a wypadki, których nie znał, badał dokładnie. Nie zamykał swoich uszu na wołanie biedaków, a uciśnionych, którzy znikąd nie mieli pomocy, bronił przed możnowładcami, zasilał jałmużnami małoletnich i sieroty, miłosierną opiekę roztaczał nad nieszczęśliwymi. Stół jego był okazały i dostępny przede wszystkim dla gości i duchowieństwa. Nie miał jednak zwyczaju długo przesiadywać przy stole, a przed nocnymi pijatykami wzdrygał się – on, mąż trzeźwy – jak przed kielichem trucizny. Zakorzeniony, a naganny zwyczaj tych pijatyk wprowadziły bowiem stare błędy pogańskie i do dziś dnia na ucztach u Słowian spotyka się pogańskie pieśni, klaskanie w dłonie i przepijanie do siebie nawzajem. A niech Bóg broni, by tego rodzaju objawy zepsucia mogły mieć miejsce przy stole biskupa i męczennika Chrystusowego, którego przecież nigdy troska o ciało nie przywiodła do namiętności i pożądliwości.

Najbliższe swe otoczenie i służbę domową mąż Boży utrzymywał we wszelkiej czystości i uczciwości. Dworzanie jego i wasale za wzorem pana nikomu w ogóle nie byli ciężarem. On sam był bowiem jak gdyby szczepem winnym wydającym słodki zapach i dlatego jego pędy przynosiły owoce dobre i szlachetne. Dziesięciny swoje kazał prowizorom diecezjalnym sprzedawać lub gromadzić w jednym miejscu bez szkody dla biedaków i dla ich zbiorów, a przy tym w odpowiednim czasie – czego dziś, jak się zdaje, nie wszyscy przestrzegają.

Sprawiedliwa była u niego waga, sprawiedliwa miara, sprawiedliwy i garniec, ponieważ wiedział, że fałszywa waga i fałszywa miara zarówno znienawidzone są w oczach Bożych. Jako mąż Bogu poświęcony nie dawał się uwodzić chciwości, która jest służbą bożkom, pamiętając o tym, że nikt nie jest większym zbrodniarzem od chciwca, który, jak powiada Hieronim, nawet grosza potrzebuje, a duszę swoją ma na sprzedaż. Oto w jaki sposób błogosławiony mąż Stanisław dni swoje w porządku przywiódł do szczęśliwego końca, ponieważ starał się być trzeźwym w stosunku do siebie, użytecznym dla bliźnich, a pokornym wobec Boga. Oddany Bogu tak, można powiedzieć, żył na tym świecie, że nie dał się zwodzić światu i choć wiele obowiązków wiązało go z ciałem i ze światem, to jednak myślą przebywał w niebie. Tak tedy w burzach prześladowań mocno trwał na kotwicy swych zasad, a z rozbicia sam co prawda wyszedł nagi, ponieważ życie położył za Chrystusa, ale okręt swój pełen niebiańskich bogactw doprowadził do portu zbawienia i umieścił na brzegu wiecznego spoczynku.

Pewnego razu biskup Stanisław pragnąc powiększyć dochody Kościoła krakowskiego, wieś pewną leżącą na brzegu Wisły, a od komesa Piotra zwaną Piotrawinem, kupił od tego rycerza za określoną sumę pieniędzy wypłaconą w srebrze wedle obowiązującej wagi. Za życia owego Piotra dzierżył biskup tę wieś przez szereg lat jako prawy właściciel. Kiedy jednak Piotr zeszedł z tego świata i pochowany został na terytorium owej wsi, bracia jego czy też najbliżsi krewni jako prawowici spadkobiercy zmarłego zaczęli domagać się od biskupa zwrotu tej ich dziedzicznej posiadłości. A już król Bolesław żywił niechęć do biskupa, ponieważ święty wytykał mu jego zbrodnie, ale jeszcze jad w sercu królewskim nie wzburzył się przeciw niemu. Bracia tedy i krewni zmarłego przeczekawszy ponad dwa lata, aż gniew króla rozpalił się goręcej, skierowali do biskupa najpierw wezwanie do zwrotu własności, a gdy on nie chciał ustąpić ze swoich praw, na żądanie królewskie pozwali go przed sąd króla i jego książąt. Cóż dalej? Biskup stanął przed królem, złożono skargę, wysłuchano stron obu, roztrząśnięto przedmiot sporu, zastanawiano się nad wyrokiem, a wreszcie postanowienie króla i sędziów zapadło w tym sensie, że biskup musi ustąpić z prawa własności, jeśli nie przedstawi tego, kto mu wieś sprzedał, względnie nie przedłoży dokumentu kupna i sprzedaży, bądź też nie powoła świadków odpowiednich i niepodejrzanych. Skoro ogłoszono tę decyzję króla i sędziów, biskup Stanisław wedle obyczaju publicznie odczytał listę świadków. Kiedy strona przeciwna zgodziła się na nich, polecono biskupowi, aby przybył z wymienionymi świadkami na najbliższy wiec do Piotrawina. Zbliżał się termin, kiedy biskup miał postawić świadków, lecz oni ze strachu przed tyranem nie ośmielili się ani zjawić na rozprawie, ani dać świadectwa prawdzie.

Sługa Boży Stanisław widząc, że zabrakło mu ludzkiej pomocy, a nie chcąc utracić własności kościelnej, szukał schronienia w opiece Bożej jakby w warownej wieży. Przybył jednak na wiec, stawił się na oznaczony termin i wobec wszystkich tak rzekł do króla: Dostojny królu i wy wszyscy sprawiedliwi polscy książęta! Skoro nie ma prawdy na tej ziemi, dajcie mi jeszcze trzy dni zwłoki, a postawię przed wami tego, który mi wieś sprzedał, aby dał świadectwo, czyją ona jest własnością. Zdumieli się jedni na te słowa biskupa, zdziwili drudzy, a wielu uważało je za brednie szalonego. Ogólnie jednak zgodzono się, aby dać mu jeszcze trzy dni zwłoki. Wówczas Stanisław, wybrany kapłan Boży, ufny w pomoc Chrystusową rzekł do obecnych przy tym ludzi pobożnych i bojących się Boga: Bracia moi i towarzysze! Wy wiecie, że idzie tu o sprawę Boga i Kościoła, że walczymy w obronie dziedzictwa Ukrzyżowanego; poruczmy sprawę naszą Bogu, od którego zawisłe są sądy ludzkie. Przez trzy dni zwłoki, których nam udzielono, oddajmy się postom, czuwaniu i modlitwom, nieustannie zanośmy błagania nasze do Boga, a jeśli tylko mieć będziemy wiarę jak ziarno gorczyczne, jak powiada Pan, to o cokolwiek będziemy prosić w modlitwach naszych, nie poddając się przy tym wątpliwościom – to na pewno otrzymamy. Prośmy więc ufnie, zabiegajmy usilnie, pukajmy uparcie, a o co prosić będziemy z wiarą, osiągniemy w rzeczywistości.

Tymczasem nadszedł dzień trzeci, a biskup udał się do kościoła piotrawińskiego, by tam odprawić mszę św.,., w sąsiedztwie zaś zgromadzili się na wiec król, książęta i wielka rzesza ludu. Biskup Stanisław tedy, zakończywszy obrządki, jak stał, w szatach pontyfikalnych i w infule, wyszedł na próg kościoła, tam gdzie pochowane było ciało Piotra, po czym polecił rozkopać mogiłę i otworzyć grób. Następnie ukląkł i ze łzami rzekł do Pana: Zmiłuj się nad nami, Boże wszechmocny, który panujesz tak nad żywymi, jak umarłymi! Broń sprawy Twojej i dopomóż do zwycięstwa sprawiedliwości Twojej, ponieważ ludzie podeptali prawdę. Przywołaj, prosimy Cię, Panie, ze snu śmierci do życia sługę Twego Piotra, podnieś go z prochu nędznego po upływie lat trzech, aby dał świadectwo prawdzie, bo Ty przecież wskrzesiłeś z grobowca Łazarza już cuchnącego po czterech dniach, aby wielbione i chwalone było imię Twoje na wieki wieków. A skoro ci, co byli przy tym, odpowiedzieli: Amen, powstał z modłów, pastorałem dotknął trupa i rzekł mocnym głosem: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! Piotrze, wstań, który śpisz, i powstań z martwych, aby okazała się na Tobie wszechmoc Trójcy Świętej. Wstań – powtórzył – i wystąp na środek! Oddaj cześć Bogu, składając świadectwo prawdzie, aby wzmogła się ufność wiernych, a zamknęły się usta głoszących nieprawość! I od razu przy wszystkich Piotr podniósł się, a biskup podał mu rękę, pomógł mu wyjść z grobu i poprowadził go na wiec.

Stanąwszy na wiecu, rzekł św. Stanisław do króla: Oto jest ten Piotr, który umarł, a przecie stoi przed wami żywy. Świadectwo jego własnego głosu powinno mieć dla was większe znaczenie niż sprowadzanie świadków lub przedkładanie dokumentów. Zapytajcie go, czy on jest tym, który mi sprzedał wieś i otrzymał za nią równowartość w pieniądzach. Wielu z was zna go osobiście, grób jest otwarty, prawda oczywista, zmartwychwstanie jego dokonało się mocą Bożą przed chwilą na waszych oczach. Nie ma tu miejsca na cień niedowiarstwa, z oczu waszych usuńcie wszelką mgłę wątpliwości; i nie myślcie, że to duch, bo duch nie ma ciała i kości jak on. Król i cały tłum ludu stali zdumieni i oniemiali na widok tak niezwykłego cudu. Rodzina zaś, krewni i znajomi Piotra widząc, co się z nim stało na ich oczach, nie mogli już ani nie mieli ochoty szukać żadnych wykrętów. Następnie zmarły Piotr, który teraz stał żywy przed nimi, odezwał się do swych krewnych pytając, czy go poznają. Potem napomniał ich, aby pokutę czynili za to że chcieli skrzywdzić i narazili na kłopoty męża świętego i sprawiedliwego, bo gdyby nie poniechali tego, czekałoby ich wiele kar i mąk – po czym dodał: Wy sami wiecie, że nie mieliście żadnego udziału w mojej ojcowiźnie, odkąd sprzedałem ją biskupowi Stanisławowi.

A zwracając się do króla i do reszty ludu, rzekł: Otom zmartwychwstał na prośby i dzięki zasługom tego świętego męża i z woli Bożej przychodzę tutaj, by dać świadectwo prawdzie. Stwierdzam tedy uroczyście przed wami wszystkimi, że sprzedałem biskupowi krakowskiemu Stanisławowi Piotrawin, dawniejszą moją ojcowiznę, że otrzymałem zań równowartość pieniężną oraz że krewni moi nie mają do tej wsi żadnych praw. Świadkowie zaś, którzy uczestniczyli przy tym akcie, a uchylili się od złożenia świadectwa pod wpływem strachu, przekupstwa, z życzliwości dla moich krewnych lub z nienawiści dla biskupa, muszą wiedzieć, że o ile nie będą pokutować za swój występek, to nie będą dopuszczeni do oglądania Boga, który jest prawdą. Król zatem i jego współsędziowie, stwierdziwszy prawdziwość dowodu i wiarygodność takiego świadectwa, jednogłośnie orzekli, iż biskup miał słuszność, i oddali wieś w jego posiadanie bez czyjegokolwiek sprzeciwu. W jaki zaś sposób wspomniana wieś wyszła następnie z władania Kościoła, o tym nie teraz pora mówić.

Gdy się to stało, rzekł św. Stanisław do rycerza Piotra: Jeśli chcesz i myślisz, że tak będzie dobrze dla ciebie, to za twój trud i zasługę uproszę ci u Boga jeszcze kilka lat życia. Na to Piotr odparł: Dziękuję waszej świątobliwości, ojcze wielebny, ale wolę, abyś mnie złożył z powrotem w moim grobie, ponieważ już krótko tylko za moje winy mam cierpieć kary czyśćcowe, a potem z miłosierdzia Bożego radośnie odejdę do krainy wiecznego spoczynku. Jest też rzeczą prawdopodobną, że ów Piotr mógł z łaski Bożej odpowiedzieć na wiele pytań ludzkich i wedle tego, na co kto zasłużył, zapowiadał dobrym dobre rzeczy, a złe złym i ostrzegał, aby się poprawili, skoro wiara i świętość błogosławionego męża sprawiły, że powstał z martwych dla obrony prawdy.

Usłyszawszy to życzenie Piotra św. Stanisław odprowadził go na cmentarz w towarzystwie wielkiego tłumu ludzi; on zaś na oczach wszystkich wszedł do grobu, położył się, poprosił, by modlono się za nim do Boga, polecił się przysypać ziemią i oddał Bogu ducha. Św. Stanisław odprawił modły nad jego grobem, a wygłosiwszy do ludu krótką naukę, udzielił pasterskiego błogosławieństwa i wraz z orszakiem wrócił do siebie dzięki czyniąc wszechmocnemu Bogu.

A w nikim nie powinien budzić wątpliwości ten nadzwyczajny fakt, iż Piotr zmartwychwstał po trzech latach, aby dać świadectwo prawdzie. W żywotach świętych czytamy przecież o zupełnie podobnym cudzie dokonanym przez św. Piotra na osobie ucznia jego, św. Materna. Kiedy mianowicie ten apostoł wyznaczył owego Materna na arcybiskupa w Trewirze, posłał wraz z nim jego współucznia św. Marcjalisa, aby tamże ludowi głosił słowo Boże. Ale gdy oni już trzydzieści dni drogi odeszli od Rzymu, niespodziewanie św. Maternus zachorował ciężko i umarł z tej choroby. Marcjalis pochowawszy go wrócił do Rzymu tą samą drogą, którą stamtąd przybył, aby Piotra zawiadomić o jego śmierci. A św. Piotr apostoł dał mu swoją laskę i kazał wrócić, skąd przyszedł, otworzyć grób, położyć laskę na ciele zmarłego i powiedzieć: Nauczyciel twój, Piotr apostoł, nakazuje ci, Maternie, wstań, weź laskę moją, idź do Trewiru i czyń tam, co ci poleciłem. A on powstał natychmiast i stosownie do polecenia apostoła udał się do Trewiru. Warto spojrzeć na to oczyma wiary, bracia najmilsi, jak to Bóg wszechmogący, który sam jeden tylko działa wszelkie cuda, dla zasług św. Piotra apostoła powołał do życia Materna, a zniewolony prośbami św. Stanisława męczennika, wskrzesił z martwych Piotra – pierwszego po dniach trzydziestu, a drugiego po upływie trzech lat; pierwszego, by dopełnił nałożonego nań zadania głoszenia Ewangelii, a drugiego, by dał świadectwo prawdzie, bo zarówno jedno, jak i drugie leżało w interesie zbawienia ludzi i w interesie wiary. Inny podobny cud opowiada Euzebiusz z Cezarei w Historii kościelnej, że mianowicie św. Spirydion, biskup ateński, miał jedyną córkę, którą spłodził, gdy był jeszcze człowiekiem świeckim; ona zaś była zakonnicą i dla zasług swej roztropności i cnoty zarządzała domem biskupim i służbą swego ojca. Do niej to zwrócił się pewien mieszczanin ateński, który chciał udać się do Jerozolimy dla odwiedzenia Grobu św.,., złożył u niej za pokwitowaniem wielką ilość złota na przechowanie i prosił, aby nikomu go nie wydawała, tylko jemu samemu, kiedy zdrowo powróci, a w wypadku, gdyby zmarł po drodze, aby przekazała to złoto jego dzieciom i innym osobom, którym przeznaczone było w testamencie. Ona tedy otrzymane pieniądze zakopała w ziemi i wiernie strzegła powierzonej jej tajemnicy. Ale niedługo potem zakonnica zmarła, a tymczasem ów mieszczanin odwiedziwszy święte miejsca po roku wrócił do domu. Dowiedziawszy się zaś o śmierci dziewczyny udał się do jej ojca i zażądał swego depozytu; gdy zaś on odpowiedział, że nic mu o takowym nie wiadomo, zaczął ów człowiek gorzko przed nim zawodzić i płakać. Św. Spirydion, współczując mu z głębi serca, pocieszył go, aby nie tracił nadziei odzyskania pieniędzy, i rzekł doń: Idź, proś Boga tej nocy, a jutro rano przyjdź do mnie, to Bóg okaże nam dzieła swego miłosierdzia. Św. Spirydion tedy przepędził noc na modlitwie, a nazajutrz ów człowiek zjawił się o oznaczonej porze. Święty biskup wziął go ze sobą i poszedł na grób córki, gdzie rzekł donośnym głosem: Słuchaj, córko! Mocą Bożą i na mocy posłuszeństwa, jak zawsze byłaś mi posłuszna od dziecka, nakazuję ci, abyś odpowiedziała ojcu twemu! A ona odezwała się z grobu: Co każesz, ojcze? Gdzie są – zapytał – pieniądze, które powierzył ci taki a taki mieszczanin pod gwarancją Chrystusa i twojej dobrej wiary? A ona odparła: Ojcze, módl się za mną, by mi to policzono tylko za zapomnienie, a nie za złą wolę, bo zapomniałam umierając wskazać ci, gdzie są te pieniądze. Są zakopane w ziemi w takim a takim miejscu; oddaj je właścicielowi. I tak się też stało.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, „Legenda na dzień świętego Stanisława”



Legendy o świętych – Jak św. Sebastian pomagał chrześcijanom Legendy o świętych – Jak św. Stanisław prosił o przeniesienie swoich relikwii