Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Anegdoty i wspomnienia o dobrym papieżu Janie XXIII

Możliwość najnudniejsza z nudnych

Rodzina Roncallich żyła, jak większość ówczesnych rolników, w dużej biedzie. Każdego wieczora na kolację była polenta: potrawa z mąki kukurydzianej i wody. Ale Angelo tej biedy wcale nie dostrzegał. Przecież wokół niego żyli tak samo jak i on ludzie ubodzy i skromni. Później skomentuje zawód ojca z właściwym mu humorem: „Istnieją trzy możliwości, aby siebie zrujnować: kobiety, karty i gospodarka rolna. Mój ojciec wybrał tę najnudniejszą”.

Żaden tam analfabeta...

Kiedy Angelo miał sześć lat, posłano go do szkoły. Dzieci wszystkich trzech klas uczyły się w jednym pomieszczeniu. Kierownikiem szkoły był Don Francesco Rebuzzini. Angelo odznaczał się dużymi zdolnościami i świetną pamięcią. W przeciwieństwie do innych wiejskich dzieci regularnie chodził do szkoły i chętnie się uczył. Jego brat, Saverio, opowiadał: „Wyobraźcie sobie, on chciał chodzić do szkoły! Jeśli o mnie idzie, przez dwadzieścia lat nie pokazałem się w szkole, z wyjątkiem jednego roku i to tylko wtedy, kiedy padał deszcz. Jak tylko świeciło słońce, wyrywałem się na pola. Dlatego też ja zostałem analfabetą, a on papieżem”.

Klasowy mądrala

W przeciwieństwie do księdza Francesco koledzy klasowi nie byli tak bardzo pod wrażeniem jego pilności. Kiedy pewnego dnia inspektor szkolny, lubiący pożartować z uczniami, zapytał: „Powiedzcie mi, dzieci, co jest cięższe: cetnar żelaza czy cetnar słomy?” „Cetnar żelaza” – odpowiedziały dzieci chórem. Jedynie Angelo, gdy dzieci umilkły, rzekł: „Cetnar to cetnar, niezależnie czy to żelaza, czy słomy”.

Inspektor go pochwalił, natomiast koledzy zaczaili się na niego po lekcjach i sprawili mu lanie. Ale nie takie wielkie jak sobie później przypominał jeden z kolegów.

Uczciwość

Loris Capovilla, długoletni sekretarz Jana XXIII, opowiadał, że papież często i chętnie wspominał lata dzieciństwa. Czas miniony wprowadzał go w spokojny i wesoły nastrój. Nie przedstawiał też siebie jako „cudownego dziecka”. Jedno zdarzenie specjalnie utkwiło mu w pamięci. W jego domu rodzinnym w owych czasach nie przelewało się zbytnio. A więc także i małemu Angelo nieraz burczało z głodu w brzuszku. Któregoś wieczora przy odmawianiu różańca malec przypomniał sobie, że matka wsunęła pod łóżko kosz z suszonymi figami. Jak najciszej wysunął się z izby i na palcach wszedł po schodach na górę. Szybko zjadł kilka fig i dołączył znowu w kuchni do modlącej się rodziny. Po skończeniu różańca, matka spytała go tak jakby mimochodem, czy czasem nie ukradł kilku fig. Angelo stanowczo zaprzeczył. Nie pomyślał bowiem o tym, że schody bardzo skrzypiały. Ale wyrzuty sumienia i ciepło w kuchni doprowadziło do tego, że zrobiło mu się tak niedobrze, że aż zwymiotował. Matka na szczęście okazała zrozumienie dla jego słabości. Wiedziała pewnie, że figi zjadł z głodu. Rzekła jednak: „Rozumiem, że byłeś głodny i zjadłeś figi, ale nie mogę darować, że mnie okłamałeś”. Kiedy wuj Zaverio także wyraził swoje zdanie na ten temat, Angelo postanowił pójść do spowiedzi. Ksiądz Francesco nakazał mu więcej nie kłamać. Papież opowiadając swemu sekretarzowi tę historię wyznał, że dotrzymał swego przyrzeczenia. Tylko jedno mu zostało po tej historii: od tego czasu nie lubi fig.

Pokusa

W Celana młody Angelo był stale wykorzystywany przez starszych kolegów, którzy od niego żądali, aby przemycał do szkoły jabłka, co było zakazane. Kiedy został na tym przyłapany usiłował się jakoś wykręcić, usprawiedliwić. Ale mu się nie udało, rektor mu nie uwierzył. Z powodu tego zdarzenia, nie najlepszych stopni i dalekiej drogi, jaką musiał pokonywać codziennie z domu do szkoły i z powrotem, został zmuszony przerwać naukę. Od tego też czasu aż do starości stale powtarzał o jabłkach, że już od Adama i Ewy wodziły ludzi na pokuszenie.

Pożegnalne łzy

Po tym jakże ciężkim roku spędzonym w szkole w Celana ojciec zaprzestał myśli o dalszym kształceniu Angela. Będzie teraz chodzić z nim w pole. Jednak Angelo nie tracił nadziei i każdą wolną chwilę poświęcał na czytanie. Zbliżał się jednak dzień, w którym miał udać się do Bergamo do szkoły. Matka nie chcąc swego jedenastoletniego syna wypuścić z domu bez jednego grosza, odwiedziła swoich wszystkich krewnych i prosiła o najmniejszą choćby pomoc. Po powrocie do domu wybuchnęła płaczem. Udało jej się bowiem zebrać jedynie dwa liry. Angelo nigdy nie widział matki płaczącej, dlatego nie zapomniał aż do śmierci tego obrazu. Już wtedy, podświadomie czuł ciężar swej decyzji dalszej nauki.

Dziennik

Wiosną 1895 roku trzynastoletni seminarzysta Angelo Roncalli kupił sobie zamykany na zatrzask notes. Pierwsze, co w nim zapisał, to łacińskie motto: „Błędy, które w ustach ludzi świeckich są bagatelką, w ustach duchownych są bluźnierstwem” Potem przekazał wiele wskazówek dla życia duchowego, w myśl których pragnął postępować: „Przeznacz przynajmniej kwadrans na modlitwę, zanim rano wstaniesz… Strzeż się samochwalstwa i pragnienia, aby być bardziej czy też tylko w tej mierze, co inni szanowanym”. Oto pierwsze słowa wpisane do dziennika, jaki Angelo Roncalli prowadził przez całe życie. Owe notatki były również zapisem jego reakcji na ówczesne surowe życie w seminarium. Ubolewał nad swoją „nie do opanowania żywością”, lecz dodawał równocześnie: „Ale co to ma za znaczenie, zawsze lepiej być wesołym niż chodzić ze spuszczoną głową. Bowiem pamiętaj o jednym: raduj się w Panu”. Już z tych pierwszych napisanych w dzienniku uwag można rozpoznać główne wątki jego życia: modlitwę, pokorę i pogodne usposobienie.

Mądrość

Strajk górników, wspieranych przez biskupa Radini-Tedeschi, zakończył się po pięćdziesięciu dniach porażką pracodawców, którzy zostali zmuszeni zgodzić się na postulaty robotniczych związków zawodowych. Biskup stanął po stronie sprawiedliwości. Papież Pius X napisał do biskupa w Bergamo: „Nie możemy Ekscelencji skarcić za to co Ekscelencja uznał za mądre uczynić. Ksiądz Biskup jest bardziej wprowadzony w tamtejsze problemy i bliższy miejscu, ludziom i zaistniałym okolicznościom i zna je najlepiej”.

Biskup pokazał pismo swojemu sekretarzowi i rzekł: „Tyle mówi się o mądrości. Ja jednak już księdzu często powtarzałem, że mądrość nie polega na tym, że nic się nie robi. Mądrość znaczy: działać, i to sprawiedliwie”. Była to jedna z najważniejszych maksym w przyszłym życiu Angela Roncalli.

Trudne wizyty w rodzinnych stronach

Odwiedziny domu rodzinnego podczas ferii wprawiały Angela zawsze w zakłopotanie. Oddalił się już bowiem duchowo od swoich bliskich, chociaż nadal wszyscy bardzo wzajemnie się kochali. Często, powodowany miłością do rodziców i rodzeństwa, pragnął im przekazać to czego nauczył się w miastach. Ale oni go już nie rozumieli. Pozostali takimi, jakimi zawsze byli: przy swoim życiu, dopasowanym do ich wiejskiego środowiska. Na przykład: kiedy zachorował jego młodszy brat, Giovanni, Angelo uznał, że rodzice za mało czynią, by chłopiec wyzdrowiał. Usiłował im to wytłumaczyć w dość ostrych słowach. Rodzice jednak na to nie zareagowali. Na szczęście wkrótce bratu się polepszyło. Niezależnie od tego coraz jaśniej widział, że on żyje już w innym świecie i tym biednym, skromnym ludziom będzie sprawiał jedynie przykrości. Coraz bardziej też rozumiał, przy najróżniejszych okazjach, kiedy chciał jakoś ulepszyć ich życie, że nie tak powinna wyglądać prawdziwa miłość. Pojął, że miłość nie znaczy: zaordynować komuś „coś słusznego”, ale kochać go takim, jakim jest, bez poniżania.

Lekcja

Roncalli bardzo poważnie podchodził do swych wykładów. Kiedy któryś ze studentów nie uważał albo wręcz zasypiał, a sąsiad chciał go obudzić, wtedy interweniował: „Nie przeszkadzaj mu. Jeśli zasypia, to wina leży po stronie mojego nauczania”.

Święty

Podczas pobytu w seminarium w Rzymie przyszły papież wiele rozmyślał nad swoją kapłańską drogą życiową. Bo raz pragnął pójść na drogę naukową i zostać historykiem Kościoła, to znowu pociągała go działalność Don Francesca, prostego wiejskiego księdza. Nade wszystko jednak rozmyślał nad swoim życiem duchowym. „We wszystkich moich poczynaniach, moich może drobnych, ale natychmiast rozpoznawanych uchybieniach, przed oczami staje mi obraz jakiegoś świętego, którego chcę we wszystkim, w najmniejszych nawet drobiazgach, naśladować. To tak jak gdyby jakiś malarz pragnął w najdrobniejszych szczegółach skopiować obraz Rafaela. Mówię sobie wtedy: Jeżeli święty Alojzy w tym przypadku tak lub tak by uczynił, to nie znaczy, że w innym nie zrobiłby inaczej. I dochodzę do tego, że nigdy nie osiągam czegoś, na czym mi zależy, co postanowiłem zrobić. I to mnie niepokoi. To błędny system. Z mądrości świętych powinienem brać to co istotne, a nie przypadkowe. Nie jestem świętym Alojzym i muszę nie tak się uświęcać, jak on to czynił, tylko tak, jak nakazuje mi moja odmienna natura, mój charakter i różne okoliczności życiowe. Nie powinienem być nędzną, biedną, suchą reprodukcją kogoś, nawet najdoskonalszego”.

Pełne zrozumienie

Podczas pierwszej wojny światowej Don Roncalli przez dłuższy czas był duszpasterzem w lazarecie. Pewnego razu miał jakiś długi, religijny wykład dla sióstr zakonnych, całkowicie wykończonych pracą i nocnymi dyżurami. Siostry padały ze zmęczenia i zasypiały jedna po drugiej. Don Roncalli, doskonale wczuwający się w ich położenie, nie przerywał wykładu, tylko mówił coraz ciszej, coraz wolniej, aż ostatnia siostra spokojnie usnęła. Wtedy wyszedł najciszej, jak było można, żeby żadnej z nich nie obudzić.

W pace

Kiedy Don Roncalli pracował jako podoficer-sanitariusz, postanowił swojej poczciwej twarzy nadać przez zapuszczenie wąsów jakiś ostrzejszy wyraz. Żołnierze jednak i tak wiedzieli, że podoficer Roncalli nie jest zdolny do żadnych większych szykan. Zapewne nie dawali mu też i powodów, by mógł się „wykazać”. Mimo to od czasu do czasu musiał jakoś energiczniej wystąpić. Robił to jednak z prawdziwym bólem serca. Raz jednemu żołnierzowi dał trzy dni paki. Kiedy inni żołnierze mieli wieczorem wyjście na miasto, Roncalli na widok ukaranego zdziwił się współczująco: „Jak to jeszcze stale w pace? Dlaczego nie wyszedłeś z kolegami do miasta?” Biedny skazaniec wyjąkał: „To pan dał mi przecież trzy dni paki”. „Zgadza się” – odpowiedział Roncalli. – „Ale myślałem o nocach. W dzień możesz spokojnie wyjść”.

Miejsce do siedzenia

Biskupowi Radini-Tedeschi Don Roncallo poświęcał się bez reszty. Natomiast biskup zdecydowanie go wykorzystywał. O panujących ówcześnie stosunkach dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy Angelo Roncalli był już papieżem, i to w 50 lat później. Było to przy następującej okazji: mianowicie papież Jan XXIII polecił dorobić do swojego mercedesa jeszcze jedno miejsce – dla swojego sekretarza Capovilla. „Kiedy sam byłem sekretarzem – mówił – często musiałem biec za autem swego biskupa, bo w samochodzie nie było dla mnie miejsca. Posłusznie za nim biegłem, ciężko dysząc, a biedny biskup nie mógł spokojnie cieszyć się jazdą, bo stale martwił się o mnie i oglądał, żeby się upewnić, czy mnie jeszcze szlag nie trafił”.

Wspomnienie rabina Artura Herzberga

Gdziekolwiek przybyłem, wszędzie słyszałem to samo: nie możemy pomóc. Był tylko jeden wyjątek. W Stambule spotkałem niewielkiego wzrostem, grubawego arcybiskupa nazwiskiem Roncalli, który był legatem papieskim w Turcji. Kiedy mu opowiedziałem, co się dzieje z Żydami, rozpłakał się, objął mnie i rzekł: „Rabbi, co mogę zrobić, by przyjść z pomocą?”.

Działać cicho...

Po wielu trudnościach legat papieski otrzymał wreszcie wizę wjazdową do Grecji. Tam starał się postępować według prawa greckiego i możliwie jak najmniej występować publicznie, ponieważ znalazł się w tym kraju wyłącznie w sprawach czysto duszpasterskich. Tamtejszemu biskupowi nie podobało się owo „pokorne” postępowanie Wizytatora Apostolskiego. Wtedy Angelo Roncalli wyjaśnił: „Kiedy działa się w sprawach Bożych, można sobie pozwolić, aby robić to cicho”.

Wyłom w murze

W Stambule zawarł przyjaźń z anglikańskim duchownym z brytyjskiej ambasady – Austinem Oakleyem. To był pierwszy osobiście poznany anglikanin. W owych czasach przyjaźń między legatem papieskim i anglikaninem była przypadkiem niezwykle rzadkim. Później, już jako papież, tak to wyjaśnił. „Kiedy widzę mur między chrześcijanami, próbuję wyciągnąć z niego chociaż jedną cegłę”.

Ucho igielne

Papieski legat, arcybiskup Roncalli, odwiedził w roku 1936 słynny klasztor na górze Athos. Zamieszkująca na świętej górze wspólnota mnichów żyła tam w całkowitym odcięciu od świata zewnętrznego i w stałej ascezie według reguły świętego Bazylego. Dość otyły Don Angelo Roncalli usłyszał raz szepczących mnichów: „Czy to możliwe, żeby ten rzymski prałat ze swoim brzuszkiem wszedł do nieba, kiedy przecież wiadomo, że furta niebieska jest rozmiarów ucha od igły”. Znany z ciętego języka legat papieski wmieszał się w szepty mnichów i rzekł: „Dobry Bóg, który pozwolił urosnąć mojemu brzuchowi, już tam jakoś się zatroszczy, aby się przez to ucho igielne przecisnął”.

Wygnanie lichwiarza

W pierwszych latach wojny w Grecji panował straszliwy głód. Na ulicach Aten umierały setki ludzi. Angelo Roncalli, zgodnie ze swoją misją i pełnomocnictwem, jako apostolski wysłannik zatrzymywał się wszędzie i gdzie tylko mógł starał się pomóc.

Pewnego dnia kapucyn Leibel, który organizował pomoc dla głodujących, zameldował, że jakiś kupiec zażądał bezwstydnie wygórowanych cen za mąkę i suche warzywa. Przyszły papież w towarzystwie swojego sekretarza poszedł do owego kupca, włamał się prawie do jego pomieszczenia, gdzie znajdowały się zapasy tego złodzieja, i nie zawahał się zagrozić mu straszną chłostą, jeżeli nie będzie sprzedawać żywności po przyzwoitej cenie.

Ratunek

Dzięki neutralności Turcji w latach drugiej wojny światowej legat apostolski cały czas miał ścisłe kontakty z przedstawicielami krajów prowadzących wojnę. Kiedy w ostatnim okresie zawieruchy wojennej naziści jeszcze bardziej wzmogli gwałty i mordy na ludności cywilnej, zwłaszcza na Żydach, i to w obozach śmierci, stosując najstraszliwsze metody, coraz więcej ludzi dobrej woli, zwracało się do przyszłego papieża o pomoc. Wiele jego przedsięwzięć spaliło na panewce, ale niektóre się udały, jak na przykład wysłanie pilnego listu do króla Bułgarii Borysa, który pod jego wpływem początkowo zwlekał z deportacją Żydów, a potem całkiem ją zaniechał. Także wielu rumuńskich Żydów wspierał on sam i Watykan.

Ambasador niemiecki von Papen przy okazji procesu beatyfikacyjnego papieża Jana XXIII oświadczył, że Angelo Roncalli wedle jego szacunku uratował około 24 tysięcy Żydów.

Wspomnienie kucharza nuncjatury paryskiej, Rogera a la Grenouille

Jak to możliwe, żeby człowiek taki gruby jak kurat jadł jak ptaszek. Widocznie te książki i papiery, które połyka, zaspokajają jego głód.

Dyplomacja

Ku powszechnemu zaskoczeniu Angelo Roncalli na politycznie tak trudnym terenie Francji okazał bardzo wiele dyplomatycznej zręczności. Ale zawsze pozostawał niezwykle skromny. Mówił: „Nie zasługuję na tyle pochwał. Wszystko wynika z tego, że moi przyjaciele w rządzie nawykli do samych dyplomatycznych posunięć. Kiedy słyszą, że ja mówię po prostu jedynie prawdę, myślą: jak on jednak jest sprytny”.

Cięta odpowiedź

Na przyjęciu w Pałacu Elizejskim przypadek sprawił, że nuncjusz Roncalli stał na lewo od ambasadora sowieckiego. Kiedy prezydent witał zgromadzonych dyplomatów, Rosjanin szeptem zwrócił się do nuncjusza z ledwo skrywaną satysfakcją i ironią: „Czyżby Watykan kierował się teraz na lewo?”. Na co usłyszał szybką ripostę wypowiedzianą ściągniętymi ustami, a zakończoną szerokim uśmiechem: „Tak, skierowano mnie tu na lewo, abym was wszystkich przeciągnął na słuszną drogę – na prawo”.

Połowa nuncjusza

Nuncjusz Roncalli często żartował ze swojej tuszy. W czasie pewnej wizyty w wielce szanownej Akademii Francuskiej ktoś zapytał go o wrażenia. Nuncjusz siedzący na swoim krzesełku bąknął: „Pięknie, pięknie” – po czym wstał i dodał: „Jednak, niestety, krzesła pozwalają na siedzenie tylko połowie nuncjusza”.

Stary i Nowy Testament

Na jakimś przyjęciu dyplomatycznym nuncjusz Roncalli wdał się w rozmowę z głównym rabinem Paryża. Kiedy wchodzili do sali jadalnej, rabin chciał przepuścić nuncjusza pierwszego. Ale ten sprzeciwił się temu mówiąc: „O, nie! Najpierw Stary Testament, a potem dopiero Nowy”.

Kiedy dajecie jałmużnę...

Nuncjusz Roncalli był znany ze swej szczodrości i beztroskiego obchodzenia się z pieniędzmi. Raz spotkał w Paryżu żebraka, który kiedyś pracował w nuncjaturze. Dał mu 20 franków. Towarzyszący mu sekretarz rzekł nieśmiało: „Ekscelencjo, ten człowiek może przecież pracować. On Ekscelencję oszukuje. Dlaczego Ekscelencja dał mu jałmużnę?”. „On musi żyć” – odpowiedział nuncjusz. – „Ma żonę”. „To nie jego żona. Nigdy nie wzięli ślubu, w każdym razie nie ze sobą”. „Możliwe, ale mimo to muszą żyć” – zapewnił nuncjusz. „Wolę być przez dziewięciu ludzi oszukany, niż jednemu odmówić pomocy, której potrzebuje”.

Nuncjusz roztargniony

Pewnego wieczora w Paryżu, w roku 1949, w czasie kolacji usłyszał dzwonek w drzwiach. Zaskoczony poszedł otworzyć i ujrzał znanego dziennikarza Francique Gaya. Widząc go nuncjusz zaczął się usprawiedliwiać: „Przepraszam, zupełnie zapomniałem, że pana zaprosiłem”. „Jeśli chodzi o mnie, to nieważne” – odparł Gay. – „Ale Ekscelencja zaprosił także dyrektora UNRRY i zdaje się, również brazylijskiego biskupa”. „To straszne! A mojej zakonnicy też jeszcze nie ma. Proszę wejść. Chodźmy do kuchni i pospieszmy się, żeby coś przygotować”.

Kiedy do drzwi zadzwonił brazylijski biskup i kiedy potem wszedł do kuchni, zastał dziennikarza, przepasanego kuchennym fartuchem. I tak wszyscy zaproszeni goście znaleźli się w kuchni, gdzie Arcybiskup Roncalli przygotowywał właśnie polentę.

„Czy to nie najlepsze, co można znaleźć na świecie?” – spytał nuncjusz. – „U nas jest to potrawa Pana. Tak ją się nazywa, bo w każdym, nawet najbiedniejszym domu znajdzie się trochę kukurydzy i jakąś resztkę oliwy”.

Światowiec

O zachowaniu nuncjusza Roncalli w obecności pięknych pań ubranych w mocno wydekoltowane suknie opowiadano wiele historyjek. Wszystkie ukazywały jego umiejętność wyjścia z niezręcznej sytuacji, i to z typowym dla niego humorem, oraz jej zamianą w niekrępującą i zabawną historyjkę. Nie robił przy tym żadnego ustępstwa dla „ducha czasu”, tylko na wesoło wskazywał innym jego granicę, zawsze rozładowując atmosferę.

Pewnej bardzo eleganckiej damie, której suknia miała niezwykle głęboki dekolt, wyznaczono miejsce na bankiecie obok nuncjusza. Wszyscy patrzyli na niego i niemile poruszeni czekali na jego reakcję. Przy daniu głównym atmosfera stała się dla arcybiskupa już zbyt przytłaczająca, dlatego z wesołą miną rzekł: „Zupełnie nie wiem, dlaczego wszyscy goście tak na mnie patrzą. Na mnie, biednego, starego grzesznika, kiedy obok mnie siedzi dużo młodsza i atrakcyjniejsza osoba…”.

Wzruszające chwile

Znana była przyjaźń Angela Roncalli z socjalistą Vincentem Auriolem, który w owym czasie piastował urząd prezydenta państwa. Początkowo prezydent w stosunku do nuncjusza wykazywał pewną oziębłość. Ale po jakimś czasie późniejszy papież i jego podbił swoją bezinteresowną i szczerą otwartością. Dlatego też prezydent Auriol nie pozwolił odebrać sobie przywileju wręczenia nuncjuszowi kapelusza kardynalskiego. Na tej uroczystości nuncjusz ukląkł przed prezydentem, co znany ateista skwitował słowami: „To ja powinienem być na kolanach przed Eminencją”.

Pokój

Kiedy żegnano odjeżdżającego nuncjusza, francuski minister spraw zagranicznych Robert Schuman w pełnej szacunku i słów uznania mowie tak go określił: „Jest jedynym człowiekiem w Paryżu, w obecności którego wprost cieleśnie odczuwa się wrażenie prawdziwego pokoju”.

Wspomnienie Guido Gusso, kamerdynera

Zostałem wychowany w surowym katolicyzmie i uczono mnie unikać „niewierzących”. Kiedy więc zobaczyłem, że Kardynał nie tylko katolików, ale w takiej samej mierze zaprasza ewangelików, żydów, muzułmanów, byłem zaskoczony. Spostrzegł do papież i uśmiechając się wyjaśnił: „Wszyscy ludzie są dziećmi Bożymi, niezależnie od religii, jaką wyznają. Ważne jest, aby zawsze być prawym, słuchać własnego sumienia i pozostawać wiernym własnej wierze”.

Tajemnica

Również w Wenecji znany był w ścisłym gronie współpracowników z tego, że wszelkie problemy finansowe zostawiał do załatwienia Opatrzności i nowemu sekretarzowi Don Lorisowi Capovilla. I nadal niezwykle hojnie rozdawał jałmużnę i napiwki gondolierom i różnym posłańcom. Sekretarz chciał to jakoś ująć w określone ramy. Na Boże Narodzenie więc przygotował koperty z odpowiednią zawartością. Ale kardynał postanowił to uzupełniać. I tak więc wsunął w rękę portiera, który miał liczną rodzinę i niewielką pensję, potajemnie zwitek 15 tysięcy lirów pod pozorem podania mu ręki. Niczego takiego nie przeczuwającemu portierowi wypadły one na ziemię. Wszyscy patrzyli na leżące na ziemi banknoty ze zdumieniem. Wtedy patriarcha roześmiał się i rzekł: „No, Bruno, jak już zdradziłeś moją tajemnicę, to weź te pieniądze i szybko się oddal”.

Niespodzianka

Po zakończeniu konklawe wszyscy kardynałowie szybko zabrali się do pakowania waliz, żeby zaraz odjechać. Jednak nowo wybrany papież pokrzyżował ich plany. Pragnął bowiem wykorzystać sposobność, by zebranych kardynałów wypytać obszernie i szczegółowo na temat papiestwa. Ostatecznie chodziło mu o poglądy kardynałów, co do przyszłości Kościoła. Polecił zatem marszałkowi konklawe, księciu Chigi, nie otwierać jeszcze drzwi, a kucharzom przygotować uroczystą kolację. Kardynałowie byli zaskoczeni, ale wieczór upłynął w serdecznej i pełnej powagi atmosferze. Jan XXIII każdego kardynała wypytywał o jego zdanie co do zwyczajów panujących w Watykanie, o religijne, socjalne i polityczne zapatrywania. Dla wielu stało się już wtedy jasne, że nie będzie tu chodziło o jakiegoś przejściowego papieża, ale że ten pontyfikat otworzy nową kartę historii Kościoła. Jan XXIII natomiast tego wieczora powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza. Przeprowadzone jednak rozmowy stały się kamieniem węgielnym rozwoju, który papież zainicjował.

Powijaki

Papież Jan XXIII potrafił często poważny, a nawet trudny stan rzeczy przedstawić w sposób niezwykle prosty, porównując go z normalnym życiem. Kiedy przy pierwszym czytaniu coś nas śmieszy, to po dokładniejszym przypatrzeniu się tekstowi można ujrzeć więcej mądrości i prawdy niż gdyby go przedstawiano w słowach patetycznych. Chrystus także wszystko zawsze przyrównywał do przypadków z życia. I tak na przykład, kiedy papieża zapytano, co czuł zaraz po wybraniu go papieżem, odpowiedział: „Co poczułem, kiedy mnie wybrano? Przepełniało mnie wzruszenie, ale i wiele obaw, a poza tym czułem się trochę jak niemowlę w powijakach, bo te szaty papieskie, w jakie mnie obleczono, były trochę za ciasne i ściskały mnie jak powijaki niemowlę”.

Święty Józef

W dzień świętego Józefa 1963 roku papież o swoim patronie mówił tak: „Nie mówił wiele, za to prowadził dzielne życie i nie bał się odpowiedzialności. Kto ma wiarę, ten nie drży. Nie przyspiesza zdarzeń, nie jest pesymistą, nie ponoszą go nerwy. Te właściwości jego charakteru są nam bardzo bliskie i dodają nam odwagi. Z jego pogody ducha pokora papieża wyciąga niezmienne i wytrwałe bodźce. Ale nie należy podejrzewać, że wywodzi się z nieznajomości ludzi i ich losów, że zamyka oczy na rzeczywistość. Ta pogoda ducha przychodzi od Boga, najmądrzejszego sternika ludzkich losów i tak ściśle jest związana z niezwykłymi i doniosłymi wydarzeniami ekumenicznego Soboru, jak i z codzienną, twardą służbą w kierowaniu Kościołem. Moi bracia, odrzućmy głosy nienawiści, sprzeciwiajmy się im, pozostańmy wierni miłości, pokojowi i łagodności usposobienia. Tylko w ten sposób można budować czy odbudowywać i uznawać prawo ludzkiego postępu, który oznacza triumf wolności, istotę prawdziwego, indywidualnego i społecznego dobrobytu”.

Towarzystwo Jezusa

Jan XXII nie lubił być sam, zwłaszcza przy posiłkach. Jednak protokół nakazywał, że papież ma wszystkie posiłki jadać samotnie. Jego poprzednicy tak też postępowali. Ale jemu to nie odpowiadało. I wyjaśnił dlaczego: „Z wielką uwagą przewertowałem Pismo Święte i nie znalazłem tam żadnego miejsca, które nakazywałoby samotnego spożywania posiłków. A jak każdy wie, również i Jezus lubił jadać w towarzystwie”.

Zdrowy sen

Nowo wyświęcony biskup skarżył się raz, że odpowiedzialność za kierowanie nowym urzędem nie pozwala mu spać. „Ooo – zainteresował się papież współczującym tonem – i mnie to dokuczało w pierwszych tygodniach pontyfikatu. Ale wtedy ujrzałem raz we śnie na jawie mojego Anioła Stróża, który szepnął do mnie: »Janie, nie bądź taki ważny«. I od tego czasu znowu bardzo dobrze śpię”.

Lęki

W pierwszych dniach po wyborze papież często podlegał uczuciom lęku przed ciężkim brzemieniem, jakie spadło na jego barki, również przed tak wielkim zainteresowaniem całego świata jego osobą, tak że w swoim dzienniku zwracał się z błaganiem do swoich bliskich zmarłych: „Dziś cały świat mówi i pisze tylko o mnie, wymienia moje nazwisko, podaje fakty z mojego życia. Ach, mamo, ach, ojcze, dziadku Angelo, wuju Saverio, gdzie jesteście? Skąd tyle zaszczytów, kto to sprawił? Módlcie się za mnie!”.

Sekretarz papieża, Don Capovilla, opowiadał jak ten pewnego razu pokonał swe lęki postanawiając porozmawiać o nich z papieżem. Nagle uprzytomnił sobie, że to przecież on jest właśnie tym papieżem, więc postanowił: „No, to dobrze, to porozmawiam z naszym Panem Bogiem na ten temat”. – I to go uspokoiło. Mógł wyjść naprzeciw wszelkim trudnym obowiązkom.

Pluralis majestatis

Gazeta „L’Osservatore Romano” miała w zwyczaju pisać w owym czasie stylem bardzo archaicznym i ozdobnym. O papieżu zawsze pisano: „Najjaśniejszy Ojciec Święty” czy „Najwyższy Arcypasterz”. Kiedy cytowano mowę Ojca świętego, zawsze zaczynano takimi słowami: „To, co mogliśmy usłyszeć z dostojnych ust…” Jan XXIII nie mógł tego znieść. Wezwał więc raz naczelnego redaktora do siebie i poprosił, żeby nie używano owego staroświeckiego i napuszonego stylu pisania. „Żyjemy w XX wieku – powiedział i pragniemy używać stylu odpowiedniego duchowi obecnego czasu. Czy nie byłoby lepiej napisać: papież powiedział to albo papież zrobił tamto?”. Naczelny redaktor, hrabia della Torre, spojrzał na papieża zdetonowany i zmieszany. Papież widząc to chciał jakoś złagodzić ostre słowa: „To bardziej by mi odpowiadało”. Hrabia zrobił jeszcze bardziej niezadowoloną minę, więc papież czym prędzej się poprawił: „Bardziej by nam to odpowiadało”.

Zgorszenie

Po umiejętnie ciętym języku można poznać wielkość człowieka. Dla Jana XXIII wszyscy ludzie byli braćmi, on zaś miał szczególnie ciężką służbę. Pod białymi szatami pozostał jednak nadal chłopskim dzieckiem z podgórskiej krainy.

Zawsze chętnie spacerował po watykańskich ogrodach, ale w przeciwieństwie do poprzedników czynił to nieregularnie, spontanicznie. Toteż urzędnicy często nie zdążyli pozamykać na czas watykańskich bram. „Dlaczego w ogóle macie je zamykać?” – spytał papież urzędników. „Bo wszyscy mogliby wejść wtedy i zobaczyć Waszą Świątobliwość” – odpowiedzieli przestraszeni urzędnicy. „Ludzie, wszyscy ci turyści…”. „Nie martwcie się” – odparował papież. – „Obiecuje wam, że nie zrobię nic gorszącego”.

Katastrofa

Przed wystąpieniem w telewizji papież stawał czasami przed lustrem i pytał sam siebie. „Dlaczego Pan Bóg zrobił mnie takim brzydalem? Przecież wiedział, że mam zostać papieżem. A ten tu stojący człowiek to przecież katastrofa na ekranie”.

Ślubowanie

Papież Jan XXIII był tym człowiekiem, który pierwszy po bardzo długim czasie wyszedł poza mury Watykanu. W roku 1962 pragnął gorąco pojechać do Loretto, miasta pielgrzymek we Włoszech, gdzie według legendy stoi Dom Świętej Rodziny z Nazaretu. Pragnął też – oficjalnie – modlić się do Madonny Loretańskiej i błagać Ją o szczęśliwy przebieg Soboru. W podróży do Loretto towarzyszył papieżowi premier włoski Fanfani, członek partii chrześcijańsko-demokratycznej, z którym papieża łączyła nie tylko przyjaźń, ale wiele wspólnych, społecznych zapatrywań. Jednak w mowie wygłoszonej w pełnej wiernych katedrze ujawnił jeszcze jeden powód swojej wizyty. Pragnął mianowicie unieważnić złożoną tu przysięgę. Otóż przed 62 laty młody seminarzysta jadąc do Rzymu zatrzymał się w Loretto.

„Było to 20 września 1900 roku. Miasto pyszniło się przepychem dekoracji włoskimi sztandarami. Wolnomularze świętowali tę datę jako zwycięstwo nad papiestwem, a ja dziwiłem się, że w katedrze jest tak mało wiernych. W ogóle nic było mężczyzn, tylko parę starych kobiet. Kiedy po nabożeństwie wyszedłem na ulicę, wyśmiewano się ze mnie i drwiono z powodu moich duchownych szat. Obrzucono najpodlejszymi obelgami… Nie muszę wam mówić, jak strasznie się wtedy czułem. Nie mogłem znieść tej hańby i tego samego wieczora w dzienniku napisałem: Błogosławiona Madonno z Loretto, czczę Cię i miłuję prawdziwie, z całego serca. I chcę Ci przysiąc dochować wierności w Rzymie jako dobry seminarzysta. Jest mi jednak bardzo przykro, lecz zmuszony jestem Ci wyznać, że tutaj więcej mnie nie zobaczysz”.

Trzydzieści centymetrów

Przeglądając schematyczny szkic programu Soboru, który w stosunku do pewnych teologicznych dociekań i modnych założeń zabrzmiał szczególnie wrogo, wziął linijkę, przyłożył ją do tekstu, zmierzył i rzekł do sekretarza: „Niech ksiądz tylko spojrzy, w tym szkicu jest dokładnie 30 centymetrów potępienia”.

Uśmiech

Pewnego dnia przyjechał do Rzymu Yousuf Karsh, słynny kanadyjski portrecista-fotograf, by zrobić zdjęcie Janowi XXIII. Przed laty sportretował już Piusa XII. Dzień przedtem obserwował ówczesnego papieża, odprawiającego Mszę Św. i zapamiętał sobie jego jeden gest, kiedy to ze złożonymi rękami i wzniesionymi w górę oczami przedstawiał tajemnicę wiary. Karsh spytał papieża, czy może tę pozycję przyjąć jeszcze raz pozując do fotografii, co papież Pius XII zaraz uczynił. Fotografia niezwykle wszystkich poruszyła i zrobiła ogromne wrażenie.

Także i teraz fotograf obserwował Jana XXIII na generalnej audiencji i zapamiętał sobie scenę, kiedy papież błogosławi wiernych. Ten wyraz twarzy ojcowskiego, pełnego miłości pasterza pragnął właśnie fotografik uwiecznić. Następnego dnia poprosił Ojca Świętego, aby powtórzył tę scenę. Ale to się Janowi XXIII nie udawało. Nie potrafił błogosławić pustego pomieszczenia czy nieobecnych pielgrzymów. Wreszcie wpadło mu na myśl takie rozwiązanie: zawołał swojego sekretarza, Capovillę, poprosił go, żeby ukląkł, bo musi mu udzielić błogosławieństwa. I jedynie w takich realnych warunkach rozjaśniła się uśmiechem twarz Ojca Świętego, a fotograf mógł zrobić zdjęcie dla całego świata.

Według rangi

Pewnego razu papież odwiedził szpital pod wezwaniem Ducha Świętego, prowadzony przez zakonnice. Siostra przełożona, podniecona i zaszczycona tą wizytą pospieszyła na powitanie dostojnego gościa, przedstawiając się: „Ojcze Święty, jestem przełożoną Ducha Świętego”. „Ma więc siostra szczęście, ja jestem tylko zastępcą Pana Jezusa” – rzekł w odpowiedzi papież.

Przewodnik ciepła

Otwarta, osadzona na mocnych, ale i ostrożnych kontaktach polityka papieża wobec Wschodu była w sprzeczności przede wszystkim z nastawieniem Kurii i z konserwatywnych polityków. Jan XXIII nie widział nic złego w przyjęciu na audiencji posłów i krewnych Chruszczowa, szefa państwa sowieckiego. Pragnął także im dać odczuć swoją miłość i wsparcie, nie wspierając przy tym oczywiście ich polityki i dążeń. To spowodowało, że dwóch Rosjan, prawosławnych duchownych, mogło wziąć udział w obradach Soboru jako obserwatorzy. W wyniku takiego postępowania papieża z długoletniego pobytu w więzieniu zwolniono unickiego arcybiskupa Ukrainy, Slipyia. Najważniejsze jednak było to że dzięki ludzkiej i otwartej postawie papieża w ostrym kryzysie z Kubą udało mu się spowodować pewne ustępstwa Chruszczowa.

Na pytania, czy tym samym nie usprawiedliwiał i uznawał, a nawet jakby zatwierdzał system komunistyczny, odpowiedział: „Jeśli tylko mam takie możliwości, zawsze wybieram rolę przewodnika ciepła, a nie zimna”.

Gotowy do drogi

Nawet leżąc już na łożu śmierci papież Jan XXIII zachował swoją pogodę ducha. Nieuleczalna choroba od dawna nie była tajemnicą także i dla niego. Ale nigdy nie obnosił się ze swym cierpieniem. Nie pozwalał też na okazywanie żałoby otoczeniu. Starał się zawsze napawać otuchą ludzi, którzy wokół niego się krzątali. Z największym trudem dobywając ostatnich sił starał się uśmiechać i mówił z prośbą w drżącym głosie: „Nie troszczcie się tak bardzo o mnie… Jestem przygotowany w tę wielką drogę. Spakowałem już moje kufry. Każdej chwili mogę odjechać…”.



Legendy o świętych – Jak św. Jakub Starszy nawracał Hiszpanię Legendy o świętych – Św. Jan apostoł i ewangelista