Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Zwycięstwa św. Marcina

Marcin urodził się w Pannonii, w mieście Sabaria, wychowywał się jednak w Pawii, we Włoszech. Ojciec jego był trybunem wojskowym. Marcin służył wraz z ojcem w wojsku za cesarzy Konstantyna i Juliana, ale wbrew swojej woli, ponieważ od dzieciństwa już natchniony łaską Bożą, mając lat 12 uciekł ku niezadowoleniu rodziców do kościoła i prosił, aby go przyjęto na katechumena.

Później miał zamiar udać się na pustelnię, ale słabe zdrowie nie pozwoliło mu na to Tymczasem wyszedł rozkaz cesarski, że synowie wysłużonych żołnierzy mają wstępować do służby wojskowej w miejsce ojców. Marcin więc, który miał wtedy lat piętnaście, musiał zostać żołnierzem. Miał on jednego tylko sługę, ale i temu częściej sam służył niż przyjmował jego posługi, bo często ściągał mu obuwie i czyścił je.

Pewnego zimowego dnia św. Marcin przejeżdżając przez bramę w Amiens, spotkał jakiegoś biedaka, który był nagi i nie dostał jeszcze od nikogo jałmużny. Zrozumiał tedy Marcin, że to on właśnie powinien pomóc biedakowi, wyciągnął więc miecz i rozciął na dwoje płaszcz, który miał na sobie. Następnie oddał biednemu jedną cześć, a drugą okrył się znowu Następnej nocy ukazał mu się Chrystus, ubrany w tę część jego płaszcza, którą dał biednemu, i tak rzekł do aniołów, którzy Go otaczali: „W tę szatę ubrał mnie Marcin, który jeszcze jest katechumenem!”. Święty jednak nie uniósł się pychą, ale poznawszy dobroć Bożą przyjął chrzest święty, mając lat 18 Przez 2 lata jeszcze pozostał w wojsku, ponieważ prosił go o to trybun, obiecując mu, że wysłużywszy swoje lata wstąpi do klasztoru.

Tymczasem barbarzyńcy napadli na Galię, a cesarz Julian ruszając na wojnę z nimi hojnie obdarowywał swoich żołnierzy, aby ich do walki zachęcić. Wtedy św. Marcin, nie chcąc już dłużej służyć w wojsku, odmówił przyjęcia daru i rzekł do cesarza: „Jestem żołnierzem Chrystusa, nie wolno mi walczyć!”. Rozgniewany cesarz odrzekł: „Ty wcale nie z pobożności odmawiasz mi swej służby, ale dlatego, że lękasz się walki!”. Marcin śmiało odparł na to „Jeśli przypisujesz to mojemu tchórzostwu, a nie wierze, to jutro stanę przed wojskiem zupełnie bez broni i w imię Chrystusa przedrę się nietknięty przez szyki nieprzyjacielskie, okrywając się tylko znakiem krzyża, a nie tarczą i szyszakiem!”. Wtedy cesarz kazał go trzymać pod strażą, aby tak, jak obiecał, stanął nazajutrz naprzeciw barbarzyńców bez broni. Lecz następnego dnia wrogowie przysłali posłów i oddali się wraz z całym swym dobytkiem pod władzę cesarza. Nie ulega wątpliwości, że cesarz osiągnął tak wielkie zwycięstwo bez rozlewu krwi tylko dzięki zasługom świętego męża.

Św. Marcin porzuciwszy służbę wojskową udał się do św. Hilarego, biskupa Poitiers, który wyświęcił go na akolitę. Otrzymawszy zaś we śnie znak od Boga, aby odwiedził swoich rodziców, którzy byli jeszcze poganami, wyruszył w drogę przepowiadając, że wiele przeciwności będzie musiał w niej znieść. Istotnie w Alpach dostał się w ręce rozbójników. Jeden z nich zamachnął się już siekierą nad jego głową, ale drugi powstrzymał uderzenie. Związali mu jednak ręce na plecach i zostawili go jednemu spośród siebie, aby go strzegł. Rozbójnik począł go wypytywać, czy bardzo boi się o siebie, św. Marcin jednak odrzekł: „Nigdy jeszcze nie czułem się tak bezpieczny, wiem bowiem, że Bóg w miłosierdziu swoim najwięcej troszczy się o tych, którzy są w potrzebie”. Następnie począł nauczać rozbójnika i nawrócił go na wiarę Chrystusową, on zaś odprowadził go na drogę, a sam później prowadził do śmierci chwalebne życie. Gdy następnie św. Marcin w drodze swojej minął już Mediolan, ukazał mu się diabeł pod postacią człowieka i zapytał go, dokąd podąża. „Idę tam – odrzekł św. Marcin – dokąd Pan mnie wzywa”. Wówczas diabeł rzekł: „Gdziekolwiek się udasz, diabeł stanie ci na przeszkodzie”. Lecz św. Marcin powiedział na to „Bóg mi pomaga, więc nie boję się tego, co człowiek mógłby mi zrobić!”. Wtedy diabeł natychmiast znikł.

Św. Marcin nawrócił swą matkę, lecz ojciec jego trwał dalej w błędach pogaństwa. W tym czasie po całym świecie rozszerzyła się herezja ariańska. Św. Marcin walczył przeciw niej niemal zupełnie samotnie, został jednak publicznie wychłostany i wyrzucony z miasta, więc wrócił do Mediolanu i tam wybudował sobie klasztor. Lecz i stamtąd wyrzucili go arianie, udał się wiec z jednym tylko kapłanem na wyspę zwaną Gallinaria. Tam żywiąc się ziołami zjadł między innymi trujące źdźbła ciemiernika i zachorował tak ciężko, iż czuł już zbliżającą się śmierć. Mocą jednak swej modlitwy odpędził cierpienie i niebezpieczeństwo. Dowiedziawszy się zaś, że Hilary powrócił z wygnania, wyruszył mu naprzeciw i założył klasztor opodal Poitiers.

Miał tam pewnego człowieka, który przygotowywał się do chrztu. Pewnego razu św. Marcin na krótko opuścił klasztor, a po powrocie zastał owego człowieka zmarłego bez chrztu. Zaniósł go tedy do swej celi i tam modląc się gorąco nad jego ciałem przywołał go do życia. Człowiek ów miał później zwyczaj opowiadać, że zapadł już wyrok na niego i miał być odprowadzony do jakiegoś ciemnego miejsca, ale wtedy dwaj aniołowie zwrócili uwagę Sędziemu, że to jest ten człowiek, za którego modli się św. Marcin. Sędzia wtedy rozkazał tym aniołom odprowadzić go i oddać żywego św. Marcinowi. Innego człowieka, który sam się powiesił, również przywrócił św. Marcin do życia.

W tym czasie mieszkańcy miasta Tours pozbawieni byli biskupa, więc prosili gorąco św. Marcina, aby zechciał zostać ich pasterzem, czemu on usilnie się opierał. Wśród biskupów zaś, którzy się zeszli, aby dokonać wyboru, byli i tacy, którzy się sprzeciwiali obraniu św. Marcina, ponieważ nie podobał im się z twarzy i ubrania. Szczególnie przeciwny był mu biskup imieniem Defensor. Ponieważ zaś nie było lektora, więc ktoś wziąwszy psałterz, począł czytać pierwszy psalm, jaki napotkał, i znalazł te słowa: „Z ust niemowląt i ssących uczyniłeś sobie chwałę, Boże, abyś skaził nieprzyjaciela i obrońcę”. Wszyscy tedy zmusili Defensora do milczenia, a św. Marcin wybrany został biskupem. Nie mógł on jednak znosić gwaru tłumu, więc zbudował sobie klasztor w odległości prawie dwóch mil od miasta i tam prowadził surowe życie wraz z 80 swoimi uczniami. Nikt z nich nie pił wina, chyba że zmusiła go do tego choroba, a ubranie z delikatniejszej jakiej tkaniny uważane tam było za występek. Wiele miast wybierało sobie biskupów spomiędzy tych uczniów św. Marcina.

W owym czasie lud czcił jakiegoś męczennika, lecz św. Marcin nie mógł nigdzie znaleźć wiadomości o jego życiu czy zasługach. Pewnego dnia wiec stanął przed jego grobem i prosił Pana, aby raczył objawić mu, kim był ten człowiek i czym sobie na cześć zasłużył. Gdy zaś zwrócił się w lewą stronę, ujrzał stojący tam czarny cień. Zjawa ta, zaklęta przez św. Marcina, oznajmiła, że była za życia rozbójnikiem i stracona została za swoje zbrodnie. Wówczas św Marcin rozkazał natychmiast usunąć ów ołtarz.

W dialogu Sewera i Galla, uczniów św. Marcina, znajduje się wiele wiadomości, które Sewerus opuścił w żywocie świętego. Tam też czytamy, że pewnego razu św. Marcin udał się do cesarza Walentyniana w jakiejś ważnej sprawie. Cesarz zaś wiedząc, że Marcin chce prosić go o coś, czego on mu użyczyć nie miał chęci, kazał zamknąć przed nim bramę pałacu. Trzykrotnie zniósł św. Marcin tę odprawę, na koniec jednak włożył włosiennicę, posypał głowę popiołem i przez cały tydzień umartwiał się postem od jadła i napoju. Następnie za wskazówką anioła udał się do pałacu i bez żadnej przeszkody dotarł aż do cesarza. Ujrzawszy go wchodzącego cesarz rozgniewał się bardzo, że go wpuszczono, i nie chciał wstać na jego powitanie. Wtedy nagle krzesło królewskie stanęło w ogniu, który począł parzyć cesarza w tylną część ciała, tak że musiał, pełen wściekłości, wstać. Uznał tedy moc Bożą i uścisnąwszy św. Marcina spełnił wszystkie jego życzenia, zanim je jeszcze wypowiedział, a ponadto ofiarował mu rozliczne dary, których jednak święty przyjąć nie chciał.

W tym samym dialogu czytamy, w jaki sposób św. Marcin wskrzesił trzeciego z kolei zmarłego. Pewien młodzieniec mianowicie umarł, a matka jego ze łzami błagała św. Marcina o wskrzeszenie syna. On wówczas upadł na kolana w samym środku pola, na którym był nieprzeliczony tłum pogan. Po chwili na oczach wszystkich zmarły młodzieniec wstał. Cud ten sprawił, iż wszyscy poganie owi nawrócili się na wiarę Chrystusową.

Świętemu mężowi posłuszne były również rzeczy martwe, rośliny i stworzenia bezrozumne. Wśród rzeczy martwych wymienić można ogień i wodę. Gdy bowiem pewnego razu podpalił pewną świątynię pogańską, silny wiatr poniósł płomień na dom, który znajdował się w bliskim sąsiedztwie. Wówczas św. Marcin wyszedł na dach owego domu i stanął naprzeciw nadbiegających płomieni. Wkrótce potem ogień odwrócił się, mimo że wiatr wiał w przeciwną stronę, tak iż można było ujrzeć walkę pomiędzy tymi dwoma żywiołami.

We wspomnianym dialogu czytamy również, że pewien okręt znalazł się w niebezpieczeństwie, a kupiec, który nie był jeszcze chrześcijaninem, zawołał: „Boże Marcina, ratuj nas!”. I natychmiast burza uciszyła się.

Podobnie też było z roślinami. W pewnej miejscowości św. Marcin zburzył starożytną świątynię i chciał ściąć sosnę, która poświęcona była diabłu. Wieśniacy i poganie sprzeciwiali się temu, a jeden z nich rzekł: „Jeśli masz zaufanie do twego Boga, to stań pod drzewem, gdy my będziemy je ścinać, a jeśli istotnie Bóg jest z tobą – jak powiadasz – to nic ci się nie stanie!”. Zgodził się na to św. Marcin i wkrótce podcięte drzewo poczęło chylić się w tę stronę, gdzie on był przywiązany. Ale Marcin uczynił znak krzyża i drzewo upadło w drugą stronę, omal nie przygniatając owych wieśniaków, którzy stali w bezpiecznym miejscu. Widząc cud, wszyscy oni nawrócili się.

Również wiele bezrozumnych zwierząt słuchało św. Marcina, jak to czytamy we wspomnianym dialogu. Pewnego dnia Marcin ujrzał psy, które goniły zajączka. Rozkazał im tedy, aby zaprzestały pościgu. Psy natychmiast stanęły i pozostały w miejscu nieruchome, jakby były związane. Innym razem św. Marcin ujrzał węża, który przepływał przez rzekę. Rzekł tedy do niego: „W imię Boże rozkazuję ci wrócić!”. Na te słowa świętego wąż od razu zawrócił i popłynął do drugiego brzegu, św. Marcin zaś wzdychając rzekł: „Węże są mi posłuszne, ale ludzie nie słuchają mnie!”. Innym razem pies jakiś szczekał na ucznia św. Marcina, ten zaś odwrócił się do niego i rzekł: „W imię Marcina rozkazuję ci zamilknąć!”. Wówczas pies natychmiast umilkł, jakby mu język obcięto.

Św. Marcin odznaczał się wielką pokorą. Gdy pewnego razu spotkał w Paryżu jakiegoś trędowatego, który we wszystkich budził grozę, ucałował go i pobłogosławił, a on od razu został oczyszczony. Będąc w prezbiterium nie używał wcale biskupiego krzesła i nikt nigdy nie widział go w kościele siedzącego. Zazwyczaj siadywał na chłopskim krzesełku, zwanym trójnogiem.

Był też św. Marcin pełen wielkiego dostojeństwa. Mówiono o nim, że równy jest apostołom, a to dlatego, iż łaska Ducha Świętego zstępowała na niego pod postacią ognia i dawała mu moc, jak to było z apostołami. Toteż apostołowie odwiedzali go nieraz jakby równego sobie. We wspomnianym dialogu czytamy, że razu pewnego św. Marcin siedział sam w celi, a uczniowie jego Sewerus i Gallus oczekiwali pod drzwiami. Nagle usłyszeli, że kilka osób rozmawia w celi, i bardzo się przelękli. Gdy zaś później zapytali o to św. Marcina, odrzekł im: Powiem wam, ale proszę, abyście nikomu tego nie powtarzali: święta Agnieszka, Tekla i Najświętsza Maryja Panna przyszły do mnie. Później wyznał im jeszcze, że nie tylko tego dnia, ale często już odwiedzały go, a prócz nich widział także apostołów Piotra i Pawła.

Św. Marcin był bardzo sprawiedliwy Pewnego razu zaprosił go do siebie cesarz imieniem Maksymus. Św. Marcinowi najpierw podano wino i wszyscy sądzili, że on z kolei poda je królowi. Marcin jednak podał puchar towarzyszącemu mu kapłanowi uważając, że nikt nie jest godniejszy, aby pić po nim. Sądził też, że nie godzi się króla lub jego najbliższych stawiać wyżej niż kapłana.

Wielką też cierpliwość okazywał św. Marcin. Cechowała go ona we wszystkich okolicznościach i chociaż jego duchowni często robili mu przykrości, uchodziło im to bezkarnie i wcale nie tracili przez to jego miłości. Nikt nie widział go nigdy zagniewanego, smutnego, czy też śmiejącego się. Na ustach jego zawsze było tylko imię Chrystusa, w sercu jego mieszkała tylko pobożność, pokój i miłosierdzie Jak czytamy we wspomnianym dialogu, św. Marcin pewnego razu jechał na ośle ubrany w kosmatą szatę i okryty czarnym, zwisającym płaszczem Na jego widok przestraszyły się konie żołnierzy, którzy wyjechali z przeciwnej strony, a ci, rozgniewani, zeskoczyli na ziemię, chwycili św. Marcina i srodze go pobili On zaś milczał, jakby był niemy, i podstawiał plecy pod uderzenia, a oni tym bardziej wpadali w złość, iż zdawał się lekceważyć ich razy, jakby ich wcale nie czuł. Gdy jednak chcieli ruszyć w dalszą drogę, konie ich stanęły nieruchomo, jakby wrosły w ziemię. Nawet biciem nie mogli ich z miejsca poruszyć, jakby były kamienne. Wrócili tedy do Marcina i wyznali swój grzech, który wobec niego w nieświadomości popełnili. Święty zaś skinął tylko i zwierzęta ruszyły szybkim krokiem.

Św. Marcin odznaczał się wielką gorliwością w modlitwie. Jak czytamy w jego legendzie, nie było godziny, ani chwili nawet, której by nie spędził na modlitwie lub pobożnym czytaniu. Podczas czytania jednak lub pracy nigdy nie odwracał myśli od modlitwy. Cokolwiek czynił, zawsze się modlił, tak jak kowal, który podczas pracy uderza w kowadło dla pewnego ulżenia sobie w trudzie.

Dla siebie samego był św. Marcin bardzo surowy. Opowiada bowiem Sewerus w liście do Euzebiusza, iż święty przybył raz do pewnej wsi w swej diecezji, a tam duchowni przygotowali mu łoże, wyścielając je wielką ilością słomy. Położywszy się Marcin poczuł obrzydzenie do tak miękkiego łoża, gdyż zazwyczaj kładł się na gołej ziemi, podłożywszy sobie tylko włosiennicę. Biorąc przeto tę wygodę za krzywdę dla siebie, wstał, wyrzucił wszystką słomę, a sam położył się na ziemi. O północy nagle cała ta słoma zaczęta się palić. Św. Marcin obudził się i usiłował wyjść, ale nie mógł, gdyż ogień ogarnął go i już całe jego szaty płonęły. Zwrócił się tedy do swej zwykłej ucieczki: do modlitwy, a uczyniwszy znak krzyża pozostał wśród płomieni zupełnie nimi nietknięty, a ogień, który go przedtem palił, teraz wydawał mu się chłodny jak rosa. Tymczasem mnisi obudzeni nadbiegli, sądząc, że św. Marcin spłonął już w ogniu, ale wyciągnęli go z samego środka płomieni zupełnie nietkniętego.

Św. Marcin miał serce pełne miłosierdzia dla grzeszników i z wielką litością przyjmował wszystkich, którzy chcieli pokutować. Pewnego razu diabeł wyrzucał mu, że przyjmuje pokutę tych, którzy już drugi raz zgrzeszyli. Św. Marcin zaś odrzekł mu: „Gdybyś ty sam, nieszczęśniku, przestał niepokoić ludzi i pokutował za swoje zbrodnie, to i tobie obiecałbym miłosierdzie, wierząc w Jezusa Chrystusa”.

Św. Marcin kochał ubogich. We wspomnianym już dialogu czytamy, że pewnego razu, gdy podążał w dzień świąteczny do kościoła, szedł za nim jakiś biedak, zupełnie nagi. Marcin polecił tedy archidiakonowi, aby odział ubogiego, gdy zaś ten ociągał się, wszedł do zakrystii, dał biedakowi swoją suknię i kazał mu zaraz odejść. Archidiakon tymczasem przypomniał mu, iż musi już wyjść, aby odprawić uroczystą mszę, św. Marcin jednak odrzekł myśląc o sobie samym: „Nie mogę wyjść, póki biedny nie dostanie szaty”. Archidiakon tego nie zrozumiał, ponieważ św. Marcin okryty był kapą i nie było widać, że jest nagi. Odrzekł więc, że nie ma już biednego. Św. Marcin na to „Niech przyniosą mi szatę, a wtedy znajdzie się i biedny, którego trzeba odziać”. Tymi słowy zmusił archidiakona, aby poszedł na rynek. Kupił tam jednak za pięć srebrnych pieniążków szatę nędzną i krótką, którą nazywają paenula, od słów "paene nulla", czyli prawie żadna. Wziąwszy tę suknię z gniewem rzucił ją do nóg św. Marcina. Biskup potajemnie włożył ją na siebie: rękawy sięgały mu do łokci, a cała szata ledwie do kolan. Tak ubrany wyszedł, aby odprawić mszę. A gdy sprawował ofiarę, ognista kula ukazała się nad jego głową i wielu ludzi ją widziało. Z tego powodu mówiono o nim, że równy jest apostołom. O tym cudzie opowiada też mistrz Jan Beleth i dodaje, że gdy podczas mszy św. Marcin wyciągnął ręce do Boga, jak zwyczaj każe, wówczas rękawy płócienne opadły, gdyż jego ręce nie były wielkie ani grube, a ponieważ rękawy owej tuniki sięgały mu zaledwie do łokci, więc przedramiona pozostały nagie. Wtedy w cudowny sposób aniołowie przynieśli łańcuchy złote, ozdobione klejnotami i okryli nimi przystojnie jego nagie ramiona.

Ujrzawszy raz ostrzyżoną owcę święty powiedział: „Ta oto wypełniła rozkaz Ewangelii: miała dwie suknie i oddała jedną temu, kto jej nie miał. Tak też i wy winniście czynić”.

Miał też wielką moc wypędzania diabłów i często uwalniał ludzi od nich. We wspomnianym dialogu czytamy, że była raz krowa, opętana przez diabła, która srożyła się w okolicy i wielu ludzi pobodła. Wściekła zabiegła raz drogę św. Marcinowi i jego towarzyszom, a wtedy biskup podniósłszy rękę kazał jej zatrzymać się. Gdy zaś krowa stanęła nieruchomo, ujrzał diabła siedzącego na jej grzbiecie i począł go gromić: „Zejdź z tego zwierzęcia i przestań dręczyć niewinne stworzenie!”. Diabeł odszedł natychmiast, a krowa rzuciła się do stóp św. Marcina, po czym na jego rozkaz zupełnie już łagodna wróciła do swego stada. Św. Marcin posiadał też specjalną zdolność rozpoznawania diabłów. Były one dla niego tak dostrzegalne, że łatwo widział je pod jakąkolwiek postacią. Czasami diabły ukazywały mu się pod postacią Jowisza, częściej Merkurego, niekiedy znowu Wenus lub Minerwy, on zaś nazywał je wszystkie po imieniu i łajał. Merkurego uważał za najbardziej groźnego, o Jowiszu mówił, że jest ociężały i głupi. Pewnego razu ukazał mu się diabeł w postaci króla, odziany w purpurę, w koronie na głowie i w złotych trzewikach. Twarz jego była pogodna i wesoła. Obaj przez długi czas milczeli, a wreszcie diabeł rzekł: „Poznaj. Marcinie, tego, którego czcisz: ja bowiem jestem Chrystus, który zejdzie na ziemię! Najpierw jednak chciałem objawić się tobie”. Gdy zaś Marcin milczał pełen podziwu, odezwał się znowu: „Dlaczego wahasz się i nie wierzysz, Marcinie, chociaż mnie widzisz? Ja jestem Chrystus”. Wówczas św. Marcin natchniony przez Ducha Świętego powiedział: „Pan nasz Jezus Chrystus nie uczył nas wcale, że przyjdzie w purpurze i w błyszczącej koronie na głowie! Nie uwierzę więc, dopóki nie ujrzę Chrystusa w tej postaci, w jakiej został umęczony, i dopóki nie przyjdzie niosąc na sobie ślady krzyża”. Na te słowa diabeł znikł i tylko obrzydliwy smród pozostał po nim w całej celi.

Św. Marcin znał dzień swojej śmierci na długo przed jego przyjściem i zapowiedział go braciom. Tymczasem udał się do diecezji Cande, aby tam uspokoić niesnaski. W drodze ujrzał nad rzeką nurki, które czatowały na ryby i porywały niektóre. Rzekł tedy: „Tak właśnie czynią diabły: czatują na nieostrożnych, chwytają nieświadomych niebezpieczeństwa i pożerają ich, a nigdy nie mogą się nasycić”. Rozkazał wiec ptakom, aby opuściły wodę i udały się w puste okolice, nurki zaś natychmiast całym stadem odleciały na góry i do lasów. Przez czas jakiś św. Marcin przebywał w owej diecezji, po czym siły poczęły go opuszczać i powiedział swoim uczniom, że zbliża się kres jego życia. Wszyscy tedy płakali i mówili: „Dlaczego opuszczasz nas, ojcze? Komu zostawiasz nas opuszczonych? Drapieżne wilki uderzą na twoją trzodę!”. On zaś wzruszony ich prośbami i łzami płakał również i tak się modlił: „Panie, jeśli potrzebny jestem jeszcze Twojemu ludowi, nie wymawiam się od trudu, niech się stanie Twoja wola!”. Mówił to w rozdwojeniu, bo nie chciał ich opuszczać, a równocześnie pragnął, by jego oddalenie od Chrystusa nie trwało już dłużej. Przez jakiś czas dręczyła go gorączka, a ponieważ leżał tylko na popiele i włosiennicy, wiec uczniowie prosili go, aby pozwolił włożyć trochę słomy do swego łoża. On jednak rzekł: „Synowie moi, chrześcijaninowi nie godzi się inaczej umierać, jak tylko na popiele i włosiennicy. Zgrzeszyłbym, gdybym wam inny przykład zostawił”. Oczy i ręce podnosił ciągle do nieba, a duch jego niezwyciężony nie ustawał w modlitwie. Ponieważ zaś leżał zawsze na plecach, więc kapłani prosili go, aby obróciwszy się na bok ulżył nieco cierpieniom ciała. On jednak powiedział: „Pozwólcie mi, bracia, patrzeć raczej w niebo niż na ziemię, w ten sposób bowiem duch mój kieruje się do Pana”. Mówiąc to ujrzał diabla, który stał obok, i rzeki doń: „Po co stoisz tu, okrutna bestio? Żadnej plamy nie znajdziesz na mnie, łono Abrahama przyjmie mnie!”. Po tych słowach oddał ducha Bogu, a twarz jego zajaśniała tak, jakby już była opromieniona niebiańską chwałą, i wielu ludzi słyszało koło niego anielskie pienia.

Św. Marcin miał wtedy 81 lat, umarł za cesarzy Arkadiusza i Honoriusza, którzy zaczęli panować około roku Pańskiego 390 Po jego śmierci zeszli się mieszkańcy Tours i Poitiers i powstał wielki spór między nimi. Ci z Poitiers mówili bowiem: „On jest naszym mnichem, zabierzemy go pod swoją opiekę!”. Tamci zaś mówili na to „Bóg zabrał go wam i dał nam!”. Gdy zaś o północy mieszkańcy Poitiers zasnęli, Turończycy wynieśli ciało św. Marcina przez okno i z wielka radością powieźli je łodzią przez rzekę Loarę do miasta Tours.

Św. Sewer zaś, biskup Kolonii, obchodził, jak to było jego zwyczajem, święte miejsca w niedzielę po mszy porannej. Wtem usłyszał z nieba śpiewy anielskie. Było to o tej samej godzinie, kiedy umarł św. Marcin. Biskup przywołał więc archidiakona i spytał go, czy coś słyszy, on jednak odpowiedział, że nic nie słyszy. Gdy zaś biskup upomniał go, aby słuchał uważnie, począł wyciągać szyję do góry i nastawiać uszy, przy czym stawał na palcach opierając się na lasce. Biskup tymczasem modlił się za niego i po chwili archidiakon oznajmił, że słyszy głosy z nieba. Wówczas św. Sewer powiedział: „Oto pan mój Marcin odszedł z tego świata i teraz aniołowie niosą duszę jego do nieba. Były tam także diabły, ale odeszły ze wstydem, ponieważ nie znalazły w nim nic grzesznego”. Archidiakon więc zapisał sobie ten dzień i godzinę, a później dowiedział się. że istotnie o tej porze św. Marcin umarł.

Zdarzyło się to również mnichowi imieniem Sewer, który napisał żywot św. Marcina. Pisze on w pewnym liście, że tego dnia, gdy po jutrzni na chwilę zasnął, ukazał mu się św. Marcin. Ubrany był w białe szaty, twarz miał płomienną, oczy jego błyszczały jak gwiazdy, a włosy płonęły purpurą. W prawej ręce trzymał księgę, która zawierała jego żywot napisany przez owego Sewera. Św. Marcin pobłogosławił swego ucznia i począł wstępować do nieba, a gdy Sewer chciał pójść za nim, obudził się. Później usłyszał od posłów, którzy doń przybyli, że tej nocy św. Marcin umarł.

Tego samego dnia zdarzyło się, że św. Ambroży, biskup Mediolanu, odprawiając mszę zasnął przy ołtarzu w czasie pomiędzy proroctwem a lekcją. Nikt nie chciał go budzić, a jego subdiakon nie miał odwagi czytać lekcji bez jego rozkazu. Gdy jednak dwie czy trzy godziny minęły, zbudzono go na koniec mówiąc: „Oto już pora minęła i lud czeka bardzo zmęczony! Niechże pan nasz rozkaże, aby kleryk czytał lekcję!”. Św. Ambroży zaś odrzekł: „Nie martwcie się, bowiem brat mój Marcin odszedł do Pana, a ja brałem udział w jego pogrzebie i śpiewałem egzekwie, tylko ostatniej odpowiedzi nie mogłem już zaśpiewać, gdyż obudziliście mnie”. Oni tedy zapisali sobie ów dzień i godzinę, a później dowiedzieli się, że wtedy właśnie św. Marcin odszedł do nieba.

Mistrz Jan Beleth powiada, że królowie francuscy mieli zwyczaj nosić kapę św. Marcina podczas bitew, a duchownych, którzy mieli pieczę nad ową kapą, nazywano kapelanami.

W 64 lata po śmierci św. Marcina św. Perpetuus rozbudował wspaniale jego kościół i chciał doń przenieść relikwie świętego biskupa. W żaden sposób jednak duchowni nie mogli podnieść jego trumny, choć trzykrotnie na tę intencję pościli i czuwali. Gdy na koniec chcieli ją zostawić, ukazał im się jakiś starzec bardzo piękny i rzekł: „Dlaczego zwlekacie? Czyż nie widzicie, że św. Marcin gotów jest wam pomóc, gdy tylko rękę przyłożycie do dzieła?”. Rzekłszy to wraz z nimi położył rękę na trumnie i natychmiast unieśli ją i złożyli w tym miejscu, gdzie teraz wśród wielkiej czci spoczywa. Owego zaś starca nie widziano już więcej. Pamiątkę przeniesienia ciała św. Marcina obchodzi się w lipcu.

Było w tym czasie, jak opowiadają, dwóch towarzyszy: jeden był ślepy, a drugi chromy. Ślepy niósł chromego, a ten wskazywał mu drogę i tak żebrząc razem uzbierali sobie dużo pieniędzy. Pewnego razu usłyszeli, że przy ciele św. Marcina wielu chorych odzyskało zdrowie. A gdy podczas translacji niesiono święte relikwie w uroczystej procesji naokoło kościoła, przestraszyli się, czy ciało nie będzie niesione koło domu, w którym mieszkali, i czy przypadkiem nie wyzdrowieją. Nie chcieli bowiem odzyskać zdrowia, aby nie utracić podstawy do żebrania. Uciekli więc z tej ulicy i przenieśli się na inną, sądzili bowiem, że tamtędy ciało nie będzie niesione. Gdy jednak uciekali, niespodziewanie spotkali procesję niosącą święte relikwie. A ponieważ Bóg wiele daje, choć człowiek Go o to nie prosi, więc też i oni wbrew swej woli natychmiast odzyskali zdrowie i bardzo się z tego powodu smucili.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, „Legenda na dzień świętego Marcina”



Legendy o świętych – Św. Małgorzata z Kortony pokutnica Legendy o świętych – Św. Maria Magdalena nauczycielka Dobrej Nowiny