Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Jak św. Wojciech męczennikiem został

Onego czasu, kiedy światłość łaski Bożej zapaliła w narodzie czeskim pragnienie służenia prawdziwej wierze, a szerzące się chrześcijaństwo zachęcało do zakładaniu w wielu miejscowościach klasztorów poświęconych chwale Bożej, żył w Czechach mąż szlachetnego rodu imieniem Sławnik, spokrewniony przez przodków swoich z cesarzami, lecz znakomitszy jeszcze przez to że wychowano go w wierze chrześcijańskiej i że był człowiekiem prawym a pobożnym. Żona jego nie mniej szlachetnego rodu, a w niczym nie ustępująca mu zacnością obyczajów, spośród wszystkich swych rodaków wyróżniała się cnotą czystości. Tych dwoje zatem ludzi miłych Bogu połączyło się sakramentalnym małżeństwem i spłodziło syna, któremu na chrzcie św. nadano imię Wojciech, nader zaszczytne w tamtejszym języku. Imię to bowiem w ich języku znaczy tyle, co „uciecha wojska”. I chociaż było ono wówczas wynikiem swobodnego wyboru rodziców, to jednak życie świętego dowiodło, że przez Boga zostało upatrzone. Rodzice widzieli w Wojciechu dziedzica niemałych swych włości i naśladowcę własnej, szacunek budzącej pobożności – lecz oto, jak to nieraz bywa we wczesnym dzieciństwie, chłopiec zapadł na nader niebezpieczną chorobę. Widząc jego ciężki stan i grożące niebezpieczeństwo śmierci, rodzice dawali upust swemu bólowi we łzach i jękach, a tracąc już nadzieję uratowania syna złożyli ślub Bogu i roztropnie rzekli: Nie dla nas, nie dla nas, Panie, niechaj żyje ten chłopiec, nie po to aby zajmować się sprawami tego świata, ale na to by oddany Tobie na służbę służył Ci w Twoim świętym Kościele! Bóg zaś w niebiesiech zważywszy czystość ich sumienia w cudowny sposób od razu przywrócił zdrowie choremu chłopcu. Bo skoro tylko już umierającego złożono na ołtarzu Matki Bożej, łaska Boska jakby lekarstwo powróciła go zdrowego rodzicom.

Już w dziecinnych latach w domu rodzicielskim św. Wojciech nauczył się czytać, ale widząc ze wstydem, że czyta, a nic nie rozumie, nie chciał pozostawać tak jak inni w ciemnościach niewiedzy, lecz udał się do Magdeburga, gdzie miał się kształcić pod mistrzem Otrykiem. Pod jego kierunkiem chłopiec uzdolniony z natury i obdarzony bystrym umysłem, a nadto wsparty Bożą pomocą, począł czynić takie postępy, że bez zająknienia powtarzał z pamięci zawartość całej karty, którą raz przeczytał, co w zdumienie wprawiało nauczyciela i kolegów. Metropolita zaś tamtejszy, imieniem Adalbert, znając szlachetne pochodzenie chłopca, a słysząc o jego niebywałych postępach w nauce, okazywał mu prawdziwie ojcowską miłość. On to udzielając mu sakramentu bierzmowania wzgardził imieniem Wojciech jako barbarzyńskim, a nadał mu własne swe imię: Adalbert. Tak to przez lat dziewięć bawił tam chłopiec na nauce.

Razu zaś pewnego, gdy wracał z kolegami ze szkoły, spotkali na drodze jakąś dziewczynę, którą jeden z chłopców przewrócił na ziemię i z żartów pchnął na nią Wojciecha. On zerwał się czym prędzej, ale w naiwności swej sądził, że w rzeczy samej ją poślubił, więc wylewając gorzkie łzy pokazywał na kolegę ze słowami: To on mnie ożenił! Gdy jednak nauczyciel jego przeniósł się na dwór królewski, Adalbert wrócił do ojczyzny z nowym swoim imieniem.

Od tego czasu ze wszystkich sił starał się żyć zacnie, aby w lenistwie i w pogoni za ziemskimi przyjemnościami nie stracić talentu powierzonego mu przez Pana – z drugiej jednak strony pilnie zabiegał o to aby czyny jego płynące z miłości Bożej pozostały tajemnicą dla tych nawet, na korzyść których były spełniane, bo nie chciał, aby rozgłos między ludźmi umniejszał ich owoc.

Tymczasem miasto Praga straciło swego pasterza, a wierni, którzy byli przy jego zgonie, opowiadali, że czarne duchy czekały na jego duszę. Skoro sprawiono mu okazały pogrzeb, a ponieważ ledwo oświecony wiarą naród nie mógł długo pozostawać bez pasterza, duchowieństwo i książęta zgromadzili się wraz z pospolitym ludem dla dokonania obioru biskupa. A wziąwszy pod uwagę wiele osób i zdania o nich, na koniec wszyscy, zarówno duchowieństwo, jak książęta i lud, zgodnymi głosami bez niczyjego sprzeciwu obrali Wojciecha w przekonaniu, że on jest godny wyniesienia na to stanowisko nie tylko ze względu na szlachetne pochodzenie, ale na wykształcenie, znajomość prawa oraz prawość charakteru. Tak tedy w prawidłowym i ogólnym głosowaniu wielebny Wojciech wybrany został na biskupa, choć łzy wylewając zaklinał się, że nie jest godny, aby obdarzać go takim zaszczytem. A tymczasem nie tylko ludzie, ale i złe duchy, obawiające się go, świadczyły, że był go godny: z dala bowiem od miejsca, gdzie odbywał się wybór, ale na terytorium tego samego biskupstwa, zmuszone egzorcyzmami kapłanów do wyjścia z opętanego człowieka, odezwały się w te słowa: Czemuż nas dręczycie? Wiadomo, że długo tu nie możemy pozostać; dziś bowiem biskupem waszym obrany zostanie mąż Boży, Wojciech, przed którego nadejściem drżymy i strach nas zbiera.

Święty zatem obrany biskupem udał się do Werony, gdzie z rąk Ottona odebrał inwestyturę wraz z pastorałem biskupim, a wyświęcony przez arcybiskupa mogunckiego Willigisa, otrzymał pełnię kapłaństwa. Gdy zaś z insygniami swej godności powrócił do ojczyzny, boso wszedł do miasta, chcąc w ten sposób oddać cześć św. Wacławowi, którego ciało tam spoczywa.

Podwładnym swoim okazał prawdziwą miłość dzieląc dochody swoje na cztery części i przeznaczając jedną z nich dla duchowieństwa, drugą dla biednych, trzecią na wykup jeńców, a czwartą dopiero pozostawiając dla siebie i swego otoczenia na konieczne wydatki. A i z niej jeszcze postanowił żywić dwunastu ubogich dla uczczenia tyluż apostołów, a niejednokrotnie zwykł był tę oznaczoną liczbę przekraczać, zwłaszcza w większe święta. Już poprzednio z rzadka tylko używał przyjemności zmysłowych, a teraz tępił w sobie wszystko, co było mile ciału, poszcząc i czuwając. Wylewając łzy trwał na modlitwie za grzechy swoje i ludu, nie pozostawiał sobie chwili wolnego czasu, ujarzmiał odruchy cielesne. Albo modlił się, albo nauczał, albo – ale najrzadziej – pozwalał sobie na konieczny spoczynek czy posiłek, krótko mówiąc, spełniał na przemiany obowiązki Lii i Racheli, już to wstępując na drabinę Jakubową, już to zstępując z niej. Bo chociaż wiele się modlił, to przecież nie zaniedbywał obowiązków dobrego pasterza, a gdy zaczął się przygotowywać do złożenia Najświętszej Ofiary, to aż do chwili przyjęcia Ciała i Krwi Pańskiej nie odzywał się w ogóle do nikogo poza modlitwą i głoszeniem słowa Bożego. Przede wszystkim zaś starał się o to aby być w życiu przykładem tego, czego nauczał, nie zapominając ani na chwilę o słowach apostoła: Boję się, abym nauczając innych sam nie został odrzucony.

Ale lud powierzony jego pieczy był twardego karku i służyć chciał tylko swoim żądzom, a gardził obowiązkami chrześcijańskimi. Było u nich w zwyczaju sprzedawać chrześcijan jak bydło poganom. Pan tedy ukazał się świętemu w sennym widzeniu i rzekł: Nie dość, że mnie sprzedano za 30 srebrników, bo teraz znowu mnie sprzedają, a ty śpisz spokojnie! Wojciech zbudziwszy się rozważał w milczeniu, co ma znaczyć taki sen, po czym przywoławszy prepozyta Wilikona, którego dopuszczał do wszystkich swoich tajemnic, opowiedział mu cały przebieg snu i prosił o jego wyjaśnienie. Ale i duchowni nawet nie wstydzili się popełniać cudzołóstwa ani świętokradztwa i może gorszych jeszcze grzechów, biskupa zaś, który wedle możności starał się ich pohamować, mieli w głębokiej nienawiści i podjudzali przeciwko niemu książąt czeskiej ziemi, również rozpustnie żyjących.

Skoro tedy ból, niepokój i praca nad siły utrudziły biskupa, a żadną miarą nie mógł wpłynąć na poprawę swego otoczenia z grzechów i ani jednej duszy nie mógł ułowić, powziął zamiar odbycia pielgrzymki do Jerozolimy. Pieszo, z kilkoma tylko towarzyszami udał się do Rzymu, gdzie wówczas cesarzowa Greczynka obchodziła rocznicę śmierci zmarłego Ottona. Ona to zasłyszawszy o przybyciu świętego męża i o jego zamiarze udania się do Jerozolimy, potajemnie wezwała go do siebie, hojnie obdarzyła pieniędzmi na wydatki związane z taką podróżą, prosząc zarazem kornie i ze łzami, aby w modlitwach pamiętał o duszy zmarłego cesarza. Święty jednak, pokładając swą nadzieję w Panu i przekonany głęboko, że On zaopatrzy wszystkie jego potrzeby, zaraz następnej nocy rozdał biednym otrzymane od cesarzowej pieniądze, mówiąc z psalmistą: Pan mną kieruje i niczego mi nie zabraknie.

Niebawem też opuścił Rzym spiesząc do Jerozolimy, lecz wstąpiwszy w gościnę do mnichów na Monte Cassino dał się przekonać ich zbawiennym i rozumnym radom, aby poniechał zamierzonej podróży. Powiedzieli mu bowiem, że zbawienia duszy nie znajduje się przebiegając rozmaite kraje, lecz wedle psalmisty w uciśnieniu ducha i pobożności skruszonego serca. I to mu jeszcze powiedzieli: Tytułem do chwały jest nie to że się było w Jerozolimie, lecz to że się tam dobrze żyło, bo Jerozolimą po całym świecie jest Kościół święty. Posłuchał tedy Wojciech ich zbawiennej rady, pożegnał braci, zstąpił z ich góry i udał się do pewnego ucznia Chrystusowego, o którego świątobliwości wiele słyszał, płonąc gorącym pragnieniem poświęcenia się życiu kontemplacyjnemu. Odnalazłszy go upadł mu do nóg z jękiem i łzami błagając, aby pozwolił mu uczestniczyć w swym pobożnym życiu. Starzec jednak odparł: Daj pokój, człecze szukający Boga, myśli o mieszkaniu wraz ze mną. Grekiem jestem i ani w literackim, ani w potocznym języku nie mógłbym ci udzielać wskazówek, a trudno by ci było tu żyć w zupełnym milczeniu. Jeśli więc chcesz posłuchać mojej wskazówki, wróć do Rzymu, zajdź do klasztoru św. Bonifacego i tam oznajmij twoje pragnienia opatowi Leonowi, który jest człowiekiem gorącego serca. Pod jego kierunkiem i opieką bierz się mężnie do dzieła i spokojnie poświęć się służbie Bożej!

Posłuszny zaleceniom starca wrócił Wojciech do Rzymu i odkrył swoje zamiary wspomnianemu opatowi. Ten zaś życzliwie przyjął świętego biskupa, nauczył go reguły i zaliczył do rzędu mnichów. Długo byłoby opowiadać, jak święcie żył on tam, jak gorliwie wypełniał wszystkie wskazówki swego przełożonego; w krótkości więc tylko powiem, że w pobożności swojej zapomniał zupełnie o swej godności biskupiej i stał się dla Boga pokornym i ubogim, wykonując to o czym mówi Chrystus w słowach: Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem ich jest królestwo niebieskie. Pięć lat nosił tam habit zakonny i choć cnotami swymi wszystkich przewyższał, to nikt mu nie zazdrościł, ponieważ wszystkich zjednywał sobie pokorą i życzliwością.

Tymczasem prażanie porzucili dawne niedowiarstwo i gorliwie krzątali się wokół przywołania na powrót biskupa. Posłowie ich przybyli do Rzymu i domagali się od Ojca św. powrotu ich pasterza. Papież zaś dowiedziawszy się z radością o skrusze owego ludu, mocą władzy apostolskiej polecił Wojciechowi powrócić do swej diecezji. Przywdział tedy Wojciech na powrót insygnia biskupie i ze łzami powrócił do ojczyzny, gdzie przyjęto go na pozór bardzo serdecznie. Ale aż dziw pomyśleć, jak krótko trwały te uczucia przywiązania i szacunku, które wedle obietnic trwać miały niezmiennie na wieki, i z jak umyślnym lekceważeniem cały ów lud odwrócił się od chrześcijańskiego życia. Wobec tego biskup, prawdziwy Izraelita, tknięty zniechęceniem, skoro usilnie pracując ze smutkiem widział, że trud jego nie daje żadnych wyników, znów naśladować począł Rachelę i oddał się kontemplacji mówiąc z psalmistą: Wolę być pogardzonym w domu Boga mojego, niźli mieszkać w pałacach grzeszników.

Nie należy zaś pomijać milczeniem faktu, że to on pierwszy poniósł chrześcijaństwo Węgrom, wówczas jeszcze nie znającym prawdziwej wiary – najpierw wysyłając im misjonarzy, a następnie udając się do nich osobiście – i niezliczone rzesze tego ludu, pogrążonego w błędach i zabobonach, gorliwym swoim nauczaniem i cudami, których wiele czynił, nawrócił na drogę prawdy. Niemałe przy tym złożył dowody odwagi, męskiej wytrwałości i gorącej, a niezłomnej wiary. Był bowiem w stolicy tego kraju bożek pewien, sławniejszy od innych, z którego często diabły przemawiały, i ze względu na to tłumy ludu z sąsiednich miast schodziły się tam w określone dni, aby oddawać mu cześć. Owego dnia zatem, kiedy przybył tam święty biskup, ogromna ciżba ludu cisnęła się wokół owego bożka. Na oczach tych tłumów z osłupieniem patrzących na jego niezmierną odwagę, św. Wojciech bez trwogi podszedł do bożka z zapaloną pochodnią i spalił go w obecności jego kapłanów, którzy nie śmieli mu się sprzeciwić. Spełniwszy tamże również wiele innych cudów dla umocnienia wiary tego ludu, powrócił do Rzymu, do klasztornego zacisza, które opuścił. Tam oddał się całkowicie Boskiej kontemplacji i wsparty na niebieskiej drabinie jak drugi Jakub walczył z aniołami. Tymczasem przybył do Rzymu dla załatwienia spraw cesarstwa król Otto III w towarzystwie arcybiskupa mogunckiego. Na synodzie, który tam się odbył, arcybiskup zmusił Wojciecha, rozkazem papieskim wezwanego z cichej celi klasztornej, do podjęcia ponownie tylekroć porzucanych obowiązków. Tyle jednak uzyskał on przynajmniej od papieża, że gdyby lud jego nadal gardził jego nauczaniem, mógł z czystym sumieniem udać się, dokąd zechce.

Uradowany tym zezwoleniem, odwiedziwszy wiele kościołów postanowił na koniec wrócić do swego kraju. Za radą jednak księcia polskiego imieniem Bolesław wysłał najpierw do ludu powierzonego jego pasterzowaniu, a tylekroć nieposłusznego poselstwo z zapytaniem, czy zgodzi się nawrócić ze swych błędów i przyjąć jarzmo świętego posłuszeństwa. Ale lud, który niedawno w niegodziwy, a zdradziecki sposób zamordował 4 braci świętego, sądził, że pragnie on powrócić, aby szukać sposobności do wywarcia zemsty, odesłał zatem wysłańców z odpowiedzią pełną wzgardy i zniewagi: Wiemy, co zamyślasz, ale nie łudź się, że wszedłszy do naszego miasta dokonasz pomsty za twoich braci! Nie chcemy ciebie za pasterza, bo widzimy w tobie łakomego i krwiożerczego wilka, który chce się do nas dostać. O ludu okrutny, ludu niewierny, który nie wahałeś się mierzyć intencyj pobożnego i Bogu oddanego męża miarą własnego zatrutego nienawiścią sumienia i własnych niegodziwych pragnień! A mąż Boży otrzymawszy to pismo rozwodowe ucieszył się nie mniej niż ktoś, kogo w miejsce przewidywanego nieszczęścia spotyka ogromna radość – i rzekł: Rozerwałeś więzy moje, o Panie! Na tom czekał przecież w utęsknieniu! Tobie tedy złożę chwalebną ofiarę, jak tego pragnąłem z całego serca.

Uzyskawszy w ten sposób na mocy zezwolenia papieskiego swobodę decyzji począł święty biskup rozważać, w jaki sposób mógłby osiągnąć palmę męczeńską dla imienia Chrystusowego, nad czym już długo przedtem rozmyślał i czego najgoręcej pragnął. Dobrawszy sobie tedy dwu towarzyszy, których znał i wiedział, że będą dobrymi misjonarzami, samotrzeć, skoro żeglarze odpłynęli, pozostał wśród nieznanego sobie, a dzikiego ludu, ufny jedynie w łaskę Boga, dla którego imienia przybył tam szukać śmierci męczeńskiej. Po kilku dniach zaś, kiedy święty modlił się wraz z towarzyszami i błagał Boga o przebaczenie za grzechy własne i całego świata, zjawiło się kilku ludzi w wyraźnie wrogich zamiarach, wykrzykujących coś groźnie w nieznanym języku. Jeden z nich zawziętszy od innych, wiosłem, które zabrał ze sobą z łodzi, na której przybył, mocno uderzył siedzącego biskupa pomiędzy łopatki, tak że psałterz wypadł mu z rąk, a on sam upadł na ziemię z rozkrzyżowanymi ramionami.

Poganin zaś, nie mogąc z nim się porozumieć, gestami i znakami dawał mu do poznania, że ma uciekać, bo inaczej zginie na mękach. A święty, jako mąż łagodnego serca, nie bronił się, nie przeklinał, lecz przeciwnie modlił się za napastników i błogosławił im, a całując ziemię dzięki składał Bogu, najwyższemu Królowi, dla którego imienia przybył tam szukać śmierci męczeńskiej – i mówił z psalmistą: Chociażbym kroczył w ciemnej dolinie śmierci, nie lękam się złego, oraz z apostołem: Dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem. Kiedy powstał, zaprowadzono go do sąsiedniej osady, gdzie odbywały się targi, i tam pytano, kim jest, skąd przybywa, czego szuka i po co przyszedł nie proszony. Mąż Boży zaś podniósł oczy ku niebu i przez chwilę błagał Boga w sercu o miłosierdzie, po czym znalazłszy tłumacza tymi słowy przemówił do zgromadzonego ludu: Przybywam z ziemi polskiej, którą włada prawy król chrześcijański Bolesław, a szukam waszego zbawienia. Jestem sługą Boga najwyższego, który stworzył niebo i ziemię, morze i wszystko, co jest na świecie. On to zmiłowawszy się nad ludzkością narodził się z Dziewicy, cierpiał na krzyżu, aby wyzwolić nas z mocy diabelskiej, a wszystkich, którzy w Niego uwierzą, obiecał zaprowadzić niechybnie do królestwa niebieskiego. Jeśli z miłości dlań zdecydujecie się porzucić na zawsze daremną służbę fałszywym bogom i oczyścicie się z grzechów waszych w sakramencie chrztu, unikniecie wieczystych kar w piekle i posiądziecie wieczną radość w królestwie niebieskim. Poganie jednak wzgardzili orędziem wiecznego zbawienia i wyśmiali je. Świętego z towarzyszami wygnali ze swoich granic, a strażnika portu zelżyli i wychłostali za to że takich przybyszów wpuścił.

Zapaśnik Chrystusowy św. Wojciech, widząc, że nie może tam pozyskać żadnej duszy, a nadzieja upragnionego męczeństwa oddala się odeń, zmienił swe odzienie na zakonne i udał się do Polski, gdzie pragnął jak najszybciej dostać się do stolicy owego kraju, zwanej Gnieznem. Po drodze wstąpił do pewnej wsi dopytując się, którędy ma iść do wspomnianego miasta. Mieszkańcy jednak tej osady widząc, że mowa jego w niejednym różni się od polskiej, poczęli go wyśmiewać, zwłaszcza że strój zakonny, którego nigdy przedtem nie widzieli, wydawał im się czymś niesłychanie dziwacznym. Toteż pomimo że sługa Boży po wielekroć ich pytał i błagał o odpowiedź, nie pokazali mu drogi ani w ogóle nie chcieli z nim mówić. Wówczas on, nie rozgniewany, lecz napełniony Duchem Świętym, który przezeń czynił cuda, tak rzekł do nich: Skoro nie chcecie mówić ku chwale Bożej, dla chwały Jego rozkazuję: milczcie! To rzekłszy szybko odszedł, a za przewodem Chrystusa znalazł właściwą drogę. Oni zaś na rozkaz Boży wydany ustami św. Wojciecha zamilkli i oniemieli nie mogąc ust otworzyć ani wypowiedzieć nawet słowa i tak jak nie chcieli dać świętemu wskazówki co do drogi, sami teraz ku swej rozpaczy utracili dar mowy.

Tymczasem święty zapaśnik Chrystusowy spiesząc prosto przed siebie dotarł do innej wsi, gdzie znowu pytał o drogę i gdzie ponownie go wyśmiano, nie okazując mu ani odrobiny serca. Tamtejszych mieszkańców tedy z natchnienia Ducha Świętego ukarał w ten sam sposób, skoro ściągnęli na siebie taką samą winę. Z kolei przyszedł do trzeciej osady, ale tam wieśniacy, w podobny sposób zapytani przezeń o drogę, uprzejmie i po ludzku udzielili mu odpowiedzi. Upewniwszy się tedy co do drogi, sługa Boży wkrótce dotarł do upragnionego celu.

Wszedłszy do Gniezna udał się na plac targowy i tam bez przerwy nauczał o Chrystusie, głosił słowo Boże i czynił cuda. Wieść o nich szybko rozniosła się po całej okolicy i trafiła także do owych wieśniaków, których Chrystus za pośrednictwem swego sługi pozbawił daru mowy, ale nie słuchu. Poruszeni tymi wieściami podążyli oni do męża Bożego, a gdy go poznali, padli mu do nóg, łzami, wzdychaniem i rozmaitymi gestami błagając go o przebaczenie. Widząc to święty przerwał nauczanie, którym właśnie był zajęty, zwrócił do nich życzliwą twarz i jako że był nader łagodnego serca, rzekł te słowa: Widzę, bracia najdrożsi, żeście poznali waszą winę, a dzięki temu Bóg, któremu służę, w miłosierdziu swoim przebaczył wam. Ja tedy, niegodny sługa Jego, ufny nie we własne siły, lecz w Jego łaskawość, w imieniu tegoż Jezusa Chrystusa, Pana naszego, Stwórcy wszechrzeczy, zwracam wam władzę w języku. Skoro to powiedział, oni od razu poczęli mówić swobodnie, za czym zakrzyknęli, że Chrystus jest prawdziwym Bogiem i oświadczyli, że chcą być ochrzczeni. A wierny włodarz Chrystusowy najpierw udzielił im obroku duchowego na miarę ich pojęcia, a następnie uroczyście ich ochrzcił.

Po chrzcie św. tedy umocnieni w wierze poczęli wszyscy razem błagać świętego męża, mówiąc w te słowa: Wszyscy jak z jednego serca zanosimy prośbę do twojej świątobliwości, sługo Boga wszechmocnego, abyś nam wyznaczył surową jaką pokutę za krzywdę, jaką wyrządziliśmy ci w zaciekłym naszym zaślepieniu, a my będziemy ją przez czas przepisany wypełniać ku pamięci późniejszych pokoleń, ponieważ kara była zbyt lekka w stosunku do wielkości naszej winy. Św. Wojciech jednak tak im odpowiedział: Chwali się wam jak najbardziej, bracia najdrożsi, że tak pobożnie korzycie się pod potężną ręką Boga, ale musicie wiedzieć o tym, że zarówno ten, jak i wszystkie inne grzechy Bóg wam już na chrzcie odpuścił. Na przyszłość więc tylko strzeżcie się bacznie, byście kiedy popadłszy znowu w grzechy jak dawniej, nie utracili tak wielkiej łaski i okazując niewdzięczność za takie dobrodziejstwa naszego Stwórcy, nie narazili się na gniew Jego. Ale oni tym goręcej błagali go, aby spełnił ich prośbę, i skłonili go na koniec do tego, że polecił im, aby rokrocznie przez dziewięć tygodni przed Wielkanocą przestrzegali przepisów ścisłego postu, który reszta chrześcijaństwa zachowuje tylko przez siedem tygodni. A oni chętnym sercem przyjęli ten przepis i sami spełniali go za życia, a z czasem zatroszczyli się także o to aby przestrzegali go również ich potomkowie. Z tego to powodu aż do dnia dzisiejszego przestrzega się skrupulatnie tego postu w całej Polsce, trzymając się nieodmiennie tego prawa jakby przez apostołów ustanowionego, ale w ten sposób, że przez dwa tygodnie poprzedzające Wielki Post powstrzymuje się tylko od jedzenia mięsa. Skoro tedy Duch Święty tak nauczał przez usta swego sługi, a na jego poparcie spełniał wielkie cuda, cała Polska z radością przyjęła wiarę Chrystusową, a zachowując ochoczo wskazówki świętego zasłużyła sobie na to by znaleźć oparcie na skale Piotrowej. Sługa Boży bowiem pragnąc zaprowadzić tam stałą hierarchię kościelną, ustanowił na swoje miejsce arcybiskupem pewnego Chrystusowego człowieka, towarzysza trudów swoich i wędrówek, imieniem Gaudenty, a sam podążył do innych ziem pogańskich, które podobnie pragnął pozyskać dla Chrystusa.

Odkrywszy tedy ten swój zamiar królowi polskiemu poprosił go o zwolnienie i o przewodnika, który by go za łaską Chrystusową zaprowadził aż na Pomorze. Tak to przybył zapaśnik Chrystusowy na Pomorze, gdzie książę tamtejszy przyjął go z czcią i okazałością większą, niż sam święty by sobie tego życzył. Przyjął go zaś tak dlatego, że św. Wojciech ochrzcił tego księcia już poprzednio w Polsce, kiedy przybył on tam starać się o rękę córki króla polskiego. Ojciec jednak nie chciał mu jej dać, dopóki się nie ochrzci, co on też chętnie uczynił. Ucieszył się tedy ów książę bardzo z przybycia na Pomorze męża Bożego i zaraz zwołał swój lud, aby słuchał jego nauczania. Ale lud pomorski posłuchawszy kazań świętego zgorszył się niezmiernie, gdyż miał to za niesłychane bluźnierstwo, kiedy usłyszał, że bogowie, których czcił, nie są naprawdę bogami. Zaczęli więc dyskutować ze św. Wojciechem i próbowali go przekonywać. Lecz ponieważ Duch Boży mówił przez jego usta, przyznali na koniec otwarcie, że są pokonani, ale oświadczyli, że żadną miarą nie odstąpią od swojej wiary. Natomiast pokornie błagali męża Bożego, aby sam pozwolił się im czcić jako bóg i aby im nie wzbraniał oddawania sobie czci na równi z innymi ich bogami. Zasmucił się święty słysząc to a ubolewając nad ich zaślepieniem westchnął z głębi serca i wylewając obfite łzy tak im odpowiedział: O nieszczęśni, jakże wy ślepi jesteście, jak niegodziwi, jak pożałowania godni, skoro nie tylko złym duchom, ale nawet ludziom chcecie bóstwo przypisywać, a przecież jeden może być tylko Bóg, który wszystko stworzył! Oni jednak w zatwardziałości swej odeszli oświadczając księciu, że nie przyjdą więcej do niego na wiec, dopóki będzie miał u siebie św. Wojciecha.

Na wieść o tym święty zrozumiał, że nie potrafi ich nawrócić, a zdecydowany potykać się dobrym potykaniem i dokonać zawodu postanowił udać się do Prus, aby tam choć kilka dusz pozyskać dla Chrystusa i u kresu życia znaleźć śmierć męczeńską. Pożegnał więc wspomnianego księcia i na wynajętej przezeń łodzi popłynął do Prus. Tam zatrzymał się u pewnego Prusa, który znał trochę język polski, nawrócił go szybko i od niego nauczył się mowy pruskiej, naśladując apostoła, który mówi: Wszystkim stałem się dla wszystkich, abym wszystkich pozyskał. Gospodarz jego tedy nawrócony przezeń ze czcią spełniał jego rozkazy i na jego polecenie do czasu ukrywał się ze swym chrześcijańskim wyznaniem.

Skoro po tym wszystkim bliski już był czas jego męczeństwa, święty zobaczył we śnie następujące widzenie: Zdawało mu się, że odprawia jak zwykle mszę św. i podaje dwu swoim towarzyszom kielich; oni jednak dali mu znak, że pić nie będą, za czym sam wypił całą jego zawartość. Zbudziwszy się rano opowiedział ów sen towarzyszom, a oni od razu zrozumieli, co miało znaczyć to widzenie, i poczęli z wielkiego żalu wzdychać, płakać i jęczeć, ponieważ widzieli, że w samym momencie męczeństwa będą musieli rozejść się z tym, którego z głębi serca gorąco pokochali. I tak też w istocie się stało.

Gdy wstał dzień, święty biskup czekał na godzinę odpowiednią do odprawiania mszy św. Był to zaś piątek, aby mógł cierpieć za Chrystusa w ten sam dzień, kiedy On cierpiał za świat. Przystąpił wreszcie do złożenia ofiary z Ciała Chrystusowego, sam będąc ofiarą, która w najbliższym czasie miała być złożona. Posłyszeli jednak o tym mieszkańcy tej okolicy i poczęli zwoływać się między sobą wściekłymi głosami krzycząc: Oto ten czarodziej chrześcijański na zgubę naszą odprawia swe obrządki, aby nas zarazić chorobami i zaczarować! Chodźmy i zabijmy go w obronie nas samych i całego kraju! Z tą myślą pobiegli jak szaleni, ale jeden z nich oglądnął się za siebie i zobaczył morze ognia pochłaniające jak gdyby ich wieś. Z krzykiem tedy pokazał to towarzyszom i razem z nimi powrócił do wsi. O niezbadana mądrości Boża, która niedostrzegalnie, lecz cudownie wszystkim kierujesz! Oni twierdzili kłamliwie, że przenajświętsza i Boska ofiara będzie przyczyną ich zguby, i prawdę Bożą mieli za kłamstwo. Słusznie tedy z woli Bożej wystawieni zostali na pośmiewisko, skoro swoim psim szczekaniem ośmielili się uwłaczać niebiańskim sakramentom. Ponieważ jednak, jak powiada Salomon, to co przewrotne, nie da się przystroić, a w duszy złej woli nie zagości mądrość, zostali co prawda w cudowny sposób ukarani, ale nie poprawili się dzięki temu. Z jeszcze większą bowiem niż poprzednio wściekłością pobiegli ku świętemu biskupowi przekonani, że wszystko, co widzieli, było złudzeniem spowodowanym jego zaklęciami. Po raz drugi jednak zatrzymało ich podobne widzenie. Ale gdy zobaczyli znowu, że ich domy, o których sądzili, że zniknęły w płomieniach, stoją nietknięte, ruszyli po raz trzeci, z nieugaszoną wściekłością, wpadli na świętego biskupa dysząc żądzą zadania mu śmierci. A już św. Wojciech skończył mszę św. i odprawiając dziękczynienie odmawiał hymn trzech chłopców. Wtedy nagle wpadli poganie i spełnili pragnienie świętego pasterza zadając mu drogocenną w oczach Pańskich śmierć, której tak długo pragnął, a chcąc go zgubić otwarli mu bramy niebieskie.

Skoro tedy kapłan Chrystusowy oddał świętą swą duszę, napastnicy obcięli jego głowę i zawiesili ją na drzewie, u stóp którego sprawował poprzednio niebiańskie sakramenta. Aby zaś święta głowa zawieszona tam z daleka była dla wszystkich widoczna, obnażyli z gałęzi całą część pnia najbliższą szczytu. Potem całe ciało pocięli na kawałki, które we wściekłości swojej porozrzucali tu i tam. Następnej jednak nocy gospodarz świętego męczennika otrzymał przez anioła napomnienie, aby starannie pozbierał szczątki świętego ciała, nie uroniwszy ani jednej cząsteczki, a następnie, by je złożył i przechowywał ze czcią w czystym jakimś miejscu. Człowiek ów ochoczo wypełnił, co mu było polecone, ale poskładawszy razem pieczołowicie poszczególne członki zauważył, że brakuje jeszcze jednego palca u jednej z rąk. Pomimo usilnych poszukiwań nie mógł odnaleźć tego palca ani tego dnia, ani dni następnych. Nieustannie jednak przeszukiwał wszystkie kryjówki w miejscu śmierci świętego, co wreszcie wzbudziło ciekawość jego żony, która poczęła nalegać nań i wypytywać, czego właściwie tak szuka. On nie chciał jej tego zrazu powiedzieć, ale na koniec uległ jej niegodziwym naleganiom, a ona, jako że była poganką, od razu rozgłosiła sąsiadom, że mąż jej pozbierał i przechowuje ciało świętego. Ale ponieważ to mąż umożliwił jej tę zdradę, od razu usta mu się tak wykrzywiły, że w żaden sposób nie mógł nimi mówić, a tylko z wielkim trudem przyjmował pokarm i napój.

Poganie zaś na wieść o tym, co doniosła im owa kobieta, rzucili się na jej męża, pobili go, a następnie spętanego poczęli dręczyć na rozmaity sposób, żądając, aby im pokazał święte relikwie. Ten szaleniec zaś uczynił to na koniec, a ponieważ tak lekkomyślnie oddał bezcenne perły wieprzom, słusznie zaiste Bóg dopuścił, aby go te wieprze pokaleczyły. Wpadły tedy święte relikwie w pogańskie ręce, ale sami poganie strzegli ich starannie, czy to dlatego, że bali się bicza gniewu Bożego, gdyby uczynili inaczej, czy też w zamiarze sprzedania ich chrześcijanom. A po niejakim czasie jacyś żeglarze łowiący ryby na brzegu morza w tych stronach, gdzie święty poniósł śmierć męczeńską, zobaczyli nagle pływającą w toni morskiej niedużą rybę, w której wnętrznościach jaśniała jak gdyby lampa cudownego blasku. Zdumieni rym poniechali połowu, a zajęli się tą jedną rybą, złapali ją prędko, otwarli jej brzuch i wydobyli zeń palec świętego biskupa rzucający blask na kształt jasnej świecy. Nie mogąc tego pojąć, pytali się nawzajem, co by to być mogło, ale przyglądając się uważniej poznali za wolą Bożą, że to palec, i zrozumieli, że musiał on odpaść od świętego ciała. Pobiegli więc prędko do tych, u których, jak wiedzieli, złożone były święte członki, i zobaczyli, że jaśnieją one tym samym blaskiem, co palec, który przynieśli. Zbiegła się cała wieś na to widowisko i tym pilniej strzegli potem niebiańskiego ciała.

Tymczasem Prusowie przekonani, że relikwie męczennika będą miały wielką wartość dla króla polskiego, posłali doń posłów z taką wiadomością: Wiedz, że ten twój bóg, któregośmy zabili, znajduje się u nas. Jeśli więc dasz nam wiele pieniędzy, gotowi jesteśmy odesłać ci go. Na tę wieść ucieszył się niezmiernie ów król prawdziwie chrześcijański, posłał im żądaną sumę i w ten sposób odzyskał w całości święte relikwie. Ci zaś, co je wieźli, zajechali przypadkiem do klasztoru w Trzemesznie, gdzie za zezwoleniem owego króla święte ciało spoczęło tak długo, póki nie zeschło się tak, że pozostały zeń jedynie same kości.

Kiedy z czasem szeroko i daleko rozchodziła się wieść o cudach działanych przez świętego biskupa, ów człowiek, który w Prusiech przyjął go do swego domu, a który z własnej winy, jak już wspomnieliśmy, miał usta wykrzywione, ściągnięty ich rozgłosem przybył do wspomnianego klasztoru i tam pokornie i ze łzami błagał świętego, ażeby mu powrócił zdrowie. Niebawem został wysłuchany, a powziąwszy chwalebny zamiar postanowił służyć tam Bogu i aż do śmierci pozostał w rym klasztorze pędząc życie zakonne.

Po pewnym czasie jednak wybuchła wojna pomiędzy Polakami a sąsiednimi poganami, za czym król ów bojąc się, aby w razie niepomyślnego jej obrotu nie utracić niebiańskiego skarbu, przeniósł uroczyście bezcenne relikwie dnia 6 listopada do stolicy arcybiskupiej, gdzie przy grobie św. Wojciecha łaska Boża udziela wielu dobrodziejstw tym, którzy ufnie szukają u niego miłosierdzia za sprawą Pana i Zbawcy naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym jako jeden Bóg rządzi i odbiera chwałę po wiek wieków, amen.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, „Legenda na dzień świętego Wojciecha”



Legendy o świętych – Św. Tomasz Becket biskup i męczennik Legendy o świętych – Kim byli Święci Młodziankowie