Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Czterech św. Julianów i Julian Apostata

Julian był biskupem w Mans. Podobno był to ów Szymon trędowaty, którego Pan Jezus uzdrowił z trądu, a on zaprosił Pana na ucztę. Po Wniebowstąpieniu zaś Pana Jezusa apostołowie uczynili go biskupem w Mans. Wsławił się on licznymi cudami, wskrzesił nawet trzech zmarłych, a sam wreszcie zasnął w pokoju. Powiadają, że jest to ów św. Julian, którego pomocy wzywają podróżni szukając dobrej gościny, ponieważ on przyjmował Pana w swoim domu. Wydaje się jednak prawdopodobniejsze, że był to inny Julian, ten, który podobno zabił swoich rodziców, nie znając ich.

Był też inny Julian z Auvergne, szlachetnego rodu, a bardziej jeszcze szlachetnego serca. Pragnął on tak bardzo męczeństwa, że sam jak gdyby oddawał się w ręce prześladowcom. Wreszcie namiestnik Kryspin wysłał pachołka i rozkazał mu zabić Juliana. On zaś przeczuł to i dobrowolnie wybiegł przed drzwi, aby pokazać się szukającemu go, i nieustraszenie przyjął śmiertelny cios. Mordercy podnieśli jego głowę i zanieśli ją św. Fereolowi, towarzyszowi Juliana, grożąc mu podobną śmiercią, jeśli nie złoży ofiary bożkom. Ponieważ św. Fereolus nie uległ ich groźbom, zabili go, a ciało jego i głowę św. Juliana pochowali w jednym grobie. Po wielu latach św. Mamert, biskup Vienne, znalazł głowę św. Juliana w rękach św. Fereola tak niezmienioną i nietkniętą, jak gdyby ją tego właśnie dnia pochowano.

Grzegorz z Tours opowiada, że pewien wieśniak chciał orać w niedzielę, lecz natychmiast palce jego zacisnęły się tak na stylisku siekiery, którą miał właśnie czyścić pług, że zawisła ona na jego prawej ręce i tak pozostała. Dopiero po dwóch latach został z tego kalectwa uleczony, gdy modlił się w kościele św. Juliana.

Pośród innych cudów tego świętego, opowiadają o pewnym władcy, który rabował owce należące do kościoła św. Juliana. Gdy zaś pasterze wzbraniali mu tego w imię św. Juliana, rzekł: Julian nie jada baranów. Wkrótce potem ogarnęła go gwałtowna gorączka, a gdy wzrastała ciągle, wyznał, że to św. Julian ją w nim rozpala. Kazał tedy wylać na siebie wodę dla ochłody, lecz natychmiast taki dym i smród począł wydobywać się z jego ciała, że wszyscy go opuścili, a on wkrótce potem wyzionął ducha.

Był jeszcze inny Julian, brat św. Juliusza. Owi dwaj bracia przybyli do cesarza Teodozjusza, bardzo gorliwego katolika, i prosili, aby pozwolił im burzyć świątynie pogańskie, gdzie tylko je znajdą, a budować kościoły Chrystusowe. Cesarz dał chętnie swe pozwolenie, a ponadto zaopatrzył ich w pismo, że każdy pod karą śmierci winien ich słuchać i we wszystkim im pomagać. Otóż gdy święci Julian i Juliusz budowali kościół w miejscu zwanym Gaudianum, a wszyscy przechodzący tamtędy pomagali im w ich pracy według rozkazu cesarza, zdarzyło się, że przejeżdżali też wozem pewni ludzie, którzy rzekli do siebie: Jakąż wymówkę znajdziemy, abyśmy mogli swobodnie przejechać, a nie musieli zajmować się tą ich pracą? I powiedzieli sobie: Połóżmy jednego z nas płasko na wozie, przykryjmy go chustami i powiedzmy, że wieziemy zmarłego, a wówczas przejedziemy swobodnie. Tak tedy uczynili, położyli jednego z towarzyszy na wozie i powiedzieli mu: Milcz, zamknij oczy i leż jak nieżywy, dopóki nie przejedziemy. Następnie okryli go jak zmarłego. Gdy zaś zbliżyli się do sług Bożych, Juliana i Juliusza, ci rzekli: Zatrzymajcie się na chwilę, synaczkowie, i pomóżcie nam trochę w tej pracy. Oni zaś powiedzieli: Nie możemy stać tutaj, ponieważ mamy zmarłego na wozie. Na to św. Julian: Dlaczego tak kłamiecie, synowie? Nie kłamiemy, panie – odrzekli – tak jest, jak mówimy. Niechże wam istotnie sprawdzi się to co mówicie – powiedział św. Julian. Popędzili więc woły i przejechali, a gdy już byli daleko, podeszli do wozu i zawołali swego towarzysza po imieniu mówiąc mu: Wstań teraz i popędzaj woły, żebyśmy jechali prędzej. Gdy jednak nie poruszył się, poczęli go trącać i mówili: Przestań udawać głupiego, wstawaj i popędzaj woły. On jednak nie wstawał i nie odpowiadał, gdy zaś odkryli go, ujrzeli, że nie żyje. Taki strach ogarnął wtedy ich i innych ludzi, że nikt już nie odważył się okłamywać sługi Bożego.

Był jeszcze inny Julian, który zabił oboje swych rodziców, nie wiedząc, że to oni. Szlachetny ten młodzieniec brał udział pewnego dnia w łowach. A gdy ścigał spotkanego jelenia, ten za zrządzeniem Bożym odwrócił się nagle do niego i rzekł: To ty mnie ścigasz, ty, który staniesz się mordercą twego ojca i matki? Usłyszawszy to Julian tak się przeraził, aby przypadkiem nie zdarzyło mu się to o czym jeleń mówił, że uszedł potajemnie do odległego kraju i tam wstąpił na służbę u pewnego księcia. Gorliwie spełniał swoje obowiązki zarówno na dworze, jak i w czasie wojny, a wreszcie został dowódcą wojska. Książę dał mu za żonę pewną bogatą wdowę, która wniosła mu zamek w posagu.

Tymczasem rodzice Juliana boleli bardzo nad utratą syna i podróżowali wiele szukając go wszędzie i wytrwale. Przybyli wreszcie do zamku, którym władał Julian. On zaś wtedy właśnie przypadkiem wyjechał z zamku, a przyjęła ich żona jego i wypytywała, kim są. Gdy zaś opowiedzieli jej wszystko o swoim synu, domyśliła się, że to są rodzice jej męża, tym bardziej że i od niego samego często słyszała tę historię. Ponieważ zaś kochała swego męża, przyjęła ich bardzo uprzejmie i oddała im swoje łoże, sama zaś gdzie indziej ułożyła się do snu. Skoro świt udała się do kościoła, a wtedy właśnie Julian wrócił i wszedł do komnaty, chcąc obudzić żonę. Ujrzawszy zaś dwoje ludzi śpiących w łożu podejrzewał, że to jego żona ze swoim kochankiem; bez słowa tedy wyciągnął miecz i zabił oboje. Wychodząc jednak z domu spotkał żonę wracającą z kościoła. Zdumiony zapytał ją tedy, kim są ci dwoje, którzy śpią w jej łożu, a ona powiedziała: To twoi rodzice, którzy tak długo ciebie szukali; umieściłam ich w naszej komnacie. Słysząc to Julian omal nie stracił przytomności i zalewając się gorzkimi łzami mówił: Cóż ja, nieszczęsny, uczyniłem? Zabiłem moich najdroższych rodziców! Spełniły się słowa jelenia! O ja, nieszczęśliwy, dokonałem czynu, przed którym chciałem uciec! Żegnaj teraz, najdroższa siostro, nie spocznę już, dopóki nie będę wiedział, że Bóg przyjął moją pokutę. Żona zaś powiedziała mu: Nie opuszczę ciebie, bracie najmilszy, nie odejdziesz beze mnie. Uczestniczyłam w twojej radości, nie opuszczę cię w smutku.

Odeszli więc oboje nad pewną rzekę wielką, gdzie wielu ludziom groziło niebezpieczeństwo, zbudowali tam wielką gospodę i czyniąc pokutę stale przewozili tych, którzy chcieli przedostać się na drugi brzeg rzeki, a w gospodzie przyjmowali wielu biednych. Po długim czasie, pewnej mroźnej nocy, gdy Julian spał zmęczony, usłyszał nagle glos człowieka, który zawodził smutno i żałośnie prosząc, aby go przeprowadzić. Podniósł się tedy szybko, a wybiegłszy znalazł człowieka na wpół już zamarzniętego. Przyniósł go więc do domu i rozpaliwszy ogień usiłował go rozgrzać. Gdy mu się to jednak nie udawało, w obawie, aby nie umarł, zaniósł go do swego łoża i troskliwie okrył. W chwilę potem człowiek ów, który przedtem wydawał się chory i jakby okryty trądem, nagle jaśniejąc niezwykle uniósł się w powietrze i rzekł do swego gospodarza: Julianie, Pan przysłał mnie do ciebie, abym ci powiedział, że przyjął pokutę i że niedługo już oboje spoczniecie w Panu. Później zniknął, a Julian i jego żona, zasłużywszy się wielu dobrymi uczynkami i jałmużnami, wkrótce potem zasnęli w Panu.

Był jeszcze inny Julian, wcale nie święty, lecz wielki zbrodniarz, a mianowicie Julian Apostata. Był on pierwotnie mnichem i udawał bardzo pobożnego. Pewna zaś kobieta, jak opowiada mistrz Jan Beleth w Summa de officio ecclesiae, która miała trzy garnki pełne złota, przykryła to złoto aż po wierzch garnków popiołem, a następnie w obecności pewnych mnichów oddała te garnki na przechowanie Julianowi, którego uważała za najbardziej świątobliwego. Nikomu więcej jednak nie powiedziała, że w nich znajduje się złoto. Julian przyjął owe garnki, a znalazłszy w nich tak wielką ilość złota, skradł wszystko, a garnki napełnił popiołem. Gdy po pewnym czasie kobieta poprosiła o swój depozyt, oddał jej garnki z popiołem. Żądała tedy, aby zwrócił jej złoto, ale nie mogła mu udowodnić kradzieży, ponieważ nie miała świadków na to że w garnkach było złoto, a mnisi, w obecności których powierzała mu swój skarb, nie widzieli nic oprócz popiołu. Tak tedy Julian zatrzymał złoto, uciekł z nim do Rzymu i przy jego pomocy wkrótce zdobył stanowisko konsula, a w końcu został wyniesiony na tron cesarski.

Julian od dzieciństwa kształcił się w sztuce czarnoksięskiej i bardzo sobie w niej upodobał, dlatego też miał wielu nauczycieli-czarnoksiężników. Czytamy w Historii szkolnej, że gdy jeszcze jako chłopiec został pewnego dnia sam po odejściu nauczyciela, począł odczytywać zaklęcia wzywając szatanów, a wtedy zjawił się przed nim tłum diabłów w postaci czarnych Murzynów. Widząc to Julian przerażony uczynił natychmiast znak krzyża i cały ów tłum szatanów zniknął. Po powrocie nauczyciela opowiedział mu, co mu się zdarzyło, a ten rzeki: Szatany najwięcej nienawidzą i boją się znaku krzyża. Wyniesiony na tron cesarski Julian przypomniał sobie o tym, a ponieważ chciał działać właśnie przy pomocy sztuki czarnoksięskiej, wyrzekł się wiary, niszczył wszędzie znak krzyża, a chrześcijan prześladował, ile tylko mógł, uważając, że w przeciwnym razie diabły nie byłyby mu posłuszne.

Żywotach ojców czytamy, że Julian udając się do Persji posłał diabła na zachód, aby mu stamtąd przyniósł wiadomości. Szatan dotarłszy do pewnego miejsca stał tam nieruchomo przez 10 dni, ponieważ jakiś mnich modlił się tam dniem i nocą. Kiedy więc diabeł powrócił bez odpowiedzi, Julian zapytał: Dlaczego tak długo zwlekałeś? On zaś odrzekł: Przez 10 dni czekałem, aby jeden mnich przestał się modlić i abym mógł przejść, gdy jednak nie ustawał w modlitwach, nie mogłem przejść i musiałem powrócić z niczym. Wówczas oburzony Julian poprzysiągł sobie zemstę na owym mnichu, skoro tylko tam przybędzie. Gdy zaś diabły obiecały Julianowi zwycięstwo nad Persami, nauczyciel jego powiedział do pewnego chrześcijanina: Jak myślisz, co robi teraz syn cieśli? Ów zaś odpowiedział: Przygotowuje grób dla Juliana.

W żywocie zaś św. Bazylego czytamy, a potwierdza to też Fulbert, biskup Chartres, że gdy Julian przybył do miasta Cezarei w Kapadocji, wyszedł mu naprzeciw św. Bazyli i ofiarował mu w darze 3 chleby jęczmienne. Julian jednak oburzony tym, wzgardził darem, a w zamian posłał Bazylemu trochę siana ze słowami: Ofiarowałeś nam pokarm bezdusznych zwierząt, przyjmijże to co dałeś. Bazyli zaś odpowiedział: Posłaliśmy ci to co sami jemy, ty zaś dałeś nam to czym karmisz zwierzęta. Rozgniewany Julian odparł: Gdy pokonam Persów, zburzę to miasto i zaorzę, aby raczej ziarno rodziło niż ludzi. Następnej nocy Bazyli miał widzenie: ujrzał w kościele Panny Maryi rzeszę aniołów, a wśród nich kobietę na tronie, która mówiła do stojących obok niej: Zawołajcie mi szybko Merkurego, on zabije Juliana Odstępcę, który znieważa ciężko mnie i mojego Syna. Był zaś pewien rycerz imieniem Merkury, zabity z rozkazu Juliana za wiarę chrześcijańską, a następnie pochowany w owym kościele. Natychmiast zjawił się św. Merkury wraz ze swoją zbroją, która tam była przechowywana, i spełniając jej rozkaz począł przygotowywać się do walki. Zbudziwszy się Bazyli pospieszył na miejsce, gdzie pochowany był św. Merkury ze swą zbroją, a otworzywszy grób nie znalazł ani ciała, ani zbroi. Zapytał wówczas stróża, kto zabrał zbroję, ten jednak pod przysięgą zapewniał, że wieczorem jeszcze tam była, gdzie ją zawsze przechowywano. Odszedł więc, rano zaś wróciwszy znalazł ciało i zbroję na miejscu, a włócznię zbroczoną krwią. Nadszedł wtedy pewien żołnierz i powiedział: Gdy cesarz Julian przebywał wśród wojska, nagle zjawił się jakiś rycerz nieznany w zbroi i z włócznią i bodąc konia ostrogami napadł zuchwale na cesarza, potrząsnął włócznią i przebił go na wylot, a później znikł nagle. Sam Julian zaś żył jeszcze, bowiem – jak czytamy w Historii trójdzielnej – zebrał trochę własnej krwi i prysnąwszy nią w powietrze powiedział: Zwyciężyłeś, Galilejczyku, zwyciężyłeś! Po tych zaś słowach nędznie wyzionął ducha. Żołnierze jego opuścili go nie pogrzebawszy, Persowie zaś zdarli z niego skórę, która później służyła ich królowi jako dywan pod nogi.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, „Legenda na dzień świętego Juliana”



Legendy o świętych – Św. Józef, opiekun Pana Jezusa Legendy o świętych – Jak św. Justyna broniła się przed pokusami diabła