Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Kilka wspomnień o św. Franciszku

Franciszek, sługa i przyjaciel Najwyższego, urodził się w mieście Asyżu. Był on kupcem i aż do lat dwudziestu trawił czas na lekkomyślnym życiu. Wtedy Pan dosięgnął go biczem choroby i w jednej chwili przemienił go w innego człowieka, tak że począł w nim już przemawiać duch proroczy. Pewnego razu bowiem Franciszek wraz z wieloma innymi współobywatelami pochwycony został przez Perugiańczyków i wtrącony do srogiego więzienia. Wszyscy inni pogrążyli się w smutku, a tylko on jeden był wesoły. Gdy go współwięźniowie za to ganili, rzekł do nich: Wiedzcie, że dlatego raduję się, iż stanę się świętym i cały świat modlić się będzie do mnie!

Pewnego razu udał się w pielgrzymce do Rzymu, a tam zdjąwszy swoje szaty włożył ubranie ubogiego i zasiadł pośród innych biedaków pod kościołem Św. Piotra i jadł wraz z nimi łapczywie tak, jak gdyby był istotnie jednym z nich. Byłby też częściej czynił podobne rzeczy, gdyby się nie wstydził znajomych.

Odwieczny wróg usiłował odwrócić jego serce od zbawiennych poczynań. Dlatego też często przywodził mu na myśl pewną kobietę z jego miasta, szkaradnie garbatą, i groził, że stanie się podobny do niej, jeśli nie odstąpi od tego trybu życia, jaki rozpoczął. Pan jednak dodając mu sił rzekł doń: Franciszku, jeśli chcesz mnie poznać, to gorycz musi stać się słodką dla ciebie, a sam sobą musisz pogardzić! Pewnego razu Franciszek spotkał na swej drodze trędowatego i choć z natury bardzo się brzydził takimi ludźmi, to jednak przypomniawszy sobie głos Boży podbiegł doń i ucałował go, a wtedy trędowaty natychmiast zniknął. Franciszek udał się zatem do mieszkań trędowatych, całował pobożnie ich ręce i ofiarowywał im pieniądze.

Pewnego razu wszedł do kościoła Św. Damiana, aby się pomodlić, a wtedy obraz Chrystusa w cudowny sposób przemówił doń: Franciszku, idź i odbuduj dom mój, bo widzisz, że całkiem jest zniszczony! Od tej chwili dusza jego stopniała, a w sercu w cudowny sposób zapanowała miłość dla Ukrzyżowanego. Starał się więc gorliwie odbudować kościół i dlatego sprzedał wszystko, co posiadał, a pieniądze zaniósł pewnemu kapłanowi. Ten jednak nie chciał ich przyjąć obawiając się jego rodziców, więc Franciszek rzucił mu je do nóg z pogardą, jakby to był proch.

Ojciec kazał go z tego powodu związać i trzymać w zamknięciu, ale Franciszek oddał mu pieniądze, dołożył do nich swoje ubranie, po czym nagi zupełnie uciekł do Pana i włożył włosiennicę. Wyszukał też sobie sługa Boży pewnego prostego człowieka i prosił go, aby zechciał być jego ojcem i aby mu błogosławił, gdy prawdziwy ojciec będzie go przeklinał. Pewnego dnia w zimie rodzony brat Franciszka ujrzał go, jak odziany w łachmany modlił się drżąc z zimna. Rzekł tedy do kogoś drugiego: Powiedz Franciszkowi, aby sprzedał ci wiadro swego potu! Ale Franciszek usłyszawszy to odrzekł pogodnie: Zaiste, sprzedam je memu Panu.

Usłyszawszy pewnego dnia polecenia, które Pan dał uczniom swoim posyłając ich na głoszenie Ewangelii, od razu ze wszystkich sił począł ich przestrzegać w całej rozciągłości. Zdjął z nóg obuwie, włożył jedną lichą suknię i przewiązał się sznurem zamiast pasa. W śnieżną zimę szedł raz lasem, a wtedy pochwycili go zbójcy i spytali, kim jest. Odpowiedział im, że jest heroldem Boga. Wtedy zbójcy porwali go i rzucili w śnieg, mówiąc: Leż więc tam, ty chłopski heroldzie Boży!

Wielu było takich, którzy wzgardziwszy chwałą tego świata szli w ślady świętego ojca Franciszka. Byli między nimi ludzie ze znakomitych i ze skromnych rodzin, świeccy i duchowni. On zaś uczył ich wypełniać zasady ewangelicznej doskonałości, szukać ubóstwa i kroczyć drogą świętej prostoty. Napisał nadto dla siebie i dla braci obecnych i przyszłych regułę ewangeliczną, którą zatwierdził mu papież Innocenty. Odtąd począł z większym jeszcze zapałem siać słowo Boże i z nadzwyczajną gorliwością przebiegał miasta i zamki.

Był zaś pewien brat, wielkiej na pozór świętości, który tym się szczególniej odznaczał, że surowo przestrzegał milczenia, tak iż nawet nie spowiadał się słowami, tylko znakami. Wszyscy uważali go za świętego i sławili. Gdy jednak mąż Boży przybył tam, powiedział do braci: Przestańcie, bracia, wychwalać przede mną te jego diabelskie sztuczki. Namówcie go, aby raz lub dwa razy w tygodniu wyspowiadał się, jeśli zaś tego nie uczyni, to przekonacie się, że to diabelska pokusa i oszukańczy podstęp. Bracia namawiali go więc do spowiedzi, ale on tylko położył palec na ustach i potrząsnął głową, nie chcąc się w żaden sposób spowiadać. Niedługo potem wrócił do swych dawnych grzechów i zakończył życie wśród haniebnych czynów.

Pewnego razu sługa Boży, zmęczony drogą, dosiadł osła i jechał na nim, a towarzysz jego, brat Leonard z Asyżu, równie zmęczony, tak pomyślał w głębi ducha: Czyż moi i jego rodzice nie byli sobie równi? W tej chwili mąż Boży zsiadł z osła i rzekł do brata: Nie przystoi, abym ja jechał, a ty, abyś szedł pieszo, gdyż ty pochodziłeś ze znakomitszego rodu! Zdumiony brat upadł do jego stóp i błagał o przebaczenie.

Do przechodzącego raz św. Franciszka przybiegła szybkim krokiem pewna niewiasta znakomitego rodu, bardzo zmęczona i zdyszana, a on litując się nad nią zapytał, czego potrzebuje. – Ojcze – rzekła kobieta – módl się za mnie, ponieważ mąż mój nie pozwala mi wypełnić zbawiennych postanowień, które powzięłam i przeszkadza mi bardzo w służbie Chrystusowi! Franciszek zaś odrzekł jej: Idź w pokoju, córko, bo wkrótce już znajdziesz pocieszenie. Powiedz twemu mężowi w imieniu Boga wszechmocnego i moim, że teraz jest czas zbawienia. Skoro tylko kobieta powtórzyła te słowa mężowi, zmienił się od razu i obiecał być powściągliwym.

Pewnemu wieśniakowi, który na pustkowiu prawie umierał z pragnienia, św. Franciszek uprosił swymi modlitwami źródło wody. Był pewien brat szczególnie bliski św. Franciszkowi i jemu to z natchnienia Ducha Świętego wyjawił on taką tajemnicę: Żyje teraz na świecie pewien sługa Boży, dla którego, jak długo on żyje, Pan nie dopuści, aby głód srożył się między ludźmi. Tak też istotnie być miało, ale po zgonie św. Franciszka okoliczności zupełnie się zmieniły. On zaś sam wkrótce po swej szczęśliwej śmierci ukazał się owemu bratu i rzekł mu: Oto teraz nadchodzi głód, którego Pan nie dopuszczał na świat, jak długo ja żyłem.

Pewnego razu w dzień Wielkanocny zakonnicy w pustelni w Greccio przygotowywali stół troskliwiej niż zazwyczaj, przykrywając go białym obrusem i kładąc na nim szklane naczynia. Ujrzawszy to mąż Boży natychmiast cofnął się, wziął kapelusz jakiegoś biedaka, który wtedy przyszedł, włożył go sobie na głowę, w rękę wziął laskę i wyszedł przed bramę. Gdy zaś zakonnicy posilali się, zawołał do nich od bramy, aby dla miłości Boga udzielili jałmużny biednemu i choremu pielgrzymowi. Wezwany jako żebrak wszedł, usiadł sam jeden na ziemi i położył swój talerz na popiele. Wielkie zdumienie ogarnęło braci na ten widok, on zaś rzekł: Widziałem stół przygotowany i pięknie przybrany, więc zrozumiałem, że to nie dla biednych, którzy chodzą od drzwi do drzwi.

Św. Franciszek kochał ubóstwo u siebie i u innych tak dalece, że zawsze nazywał biedę swoją panią. Ilekroć widział kogoś biedniejszego od siebie, zazdrościł mu i obawiał się, że tamten go przewyższył. Gdy pewnego dnia spotkał na drodze jakiegoś biedaka, rzekł do swego towarzysza: Nędza tego człowieka wstyd nam przynosi i bardzo przygania naszej biedzie. Przecież w zamian za moje bogactwa wybrałem sobie biedę za panią, lecz w tym człowieku jaśnieje ona bardziej niż we mnie. Raz mąż Boży wzruszył się bardzo na widok jakiegoś przechodzącego biedaka i gorąco mu współczuł. Towarzysz jego jednak rzekł: Chociaż jest on biedny, ale może w całym kraju nikt nie jest odeń bogatszy w pragnieniach. Na to mąż Boży rzekł: Zdejm zaraz twoją szatę i daj ją biednemu, a potem upadnij do jego nóg i wołaj, że zawiniłeś! Towarzysz zaś usłuchał go natychmiast.

Pewnego razu św. Franciszek spotkał na drodze trzy niewiasty, całkiem podobne do siebie z twarzy i ze stroju. Pozdrowiły go one tymi słowy: Niech będzie pozdrowiona pani Bieda! To rzekłszy natychmiast znikły i nikt już ich więcej nie widział.

Gdy św. Franciszek przybył do miasta Arezzo, rozgorzała tam właśnie wojna domowa, a mąż Boży patrząc z zamku na ową ziemię, widział, jak diabły tańczyły tam z radości. Przywołał tedy swego towarzysza imieniem Sylwester i rzekł doń: Idź pod bramę miasta i rozkaż diabłom w imię Boga wszechmogącego, aby stąd odeszły. Sylwester pobiegł więc do bramy i zawołał głośno: W imię Boga i z rozkazu ojca naszego Franciszka odejdźcie stąd, wszystkie diabły! A wkrótce potem wszyscy obywatele tego miasta wrócili do zgody. Ów Sylwester zaś, gdy jeszcze był świeckim kapłanem, ujrzał raz we śnie, jak z ust św. Franciszka wychodził złoty krzyż, którego wierzchołek sięgał do nieba, a ramiona tak szeroko były rozciągnięte, że obejmowały cały świat. Wzruszony tym widzeniem kapłan natychmiast opuścił świat i stał się wiernym naśladowcą św. Franciszka.

Pewnego razu, gdy św. Franciszek modlił się, diabeł zawołał nań trzy razy po imieniu. Skoro zaś święty odpowiedział mu, diabeł rzekł: Nie ma na tym świecie takiego grzesznika, któremu Bóg nie przebaczyłby, gdy się nawróci, kto jednak zbyt surową pokutą sam się zabije, ten już na wieki nie znajdzie miłosierdzia. Św. Franciszek jednak, oświecony przez Boga, odgadł od razu, że jest to podstęp złego ducha, który tym sposobem usiłuje ochłodzić jego gorliwość. Odwieczny wróg zaś widząc, że nic nie wskóra, zesłał nań silną pokusę cielesną. Czując to mąż Boży zdjął szatę i chłostał się twardym sznurem mówiąc: Masz, bracie ośle, to ci się należy, taką chłostę weźmiesz! Gdy zaś pokusa nie odchodziła, wyszedł nagi z domu i rzucił się w głęboki śnieg. Potem ulepił siedem okrągłych brył śniegu, ustawił je przed sobą i tak mówił do swego ciała: Oto jest twoja żona, tamte cztery to twoi dwaj synowie i dwie córki, pozostałe dwie to służący i służebna. Spiesz się teraz, odziej ich wszystkich, aby nie umarli z chłodu! Jeśli zaś troska o nich przewyższa twoje siły, to idź i służ gorliwie jednemu Panu! Diabeł tedy odszedł zawstydzony, a mąż Boży powrócił do swej celi chwaląc Boga.

Zamieszkał raz św. Franciszek u Leona, kardynała od Świętego Krzyża, który zaprosił go do siebie. Pewnej nocy zaś przyszły do niego diabły i pobiły go srodze. Franciszek przywołał tedy swego towarzysza, opowiedział mu o tym i rzekł: Diabły to są włodarze naszego Pana, który wysyła ich, aby karali nasze występki. Ja wprawdzie nie przypominam sobie grzechu, którego nie zmyłbym z miłosierdzia Opatrzności Bożej przez zadośćuczynienie, ale może dlatego Pan Bóg oddał mnie w ręce swoich włodarzy, że mieszkam u możnego pana, a to mogłoby przypadkiem moim biednym braciom nasunąć podejrzenie, że opływam tu w dostatki. Wstał więc wczesnym rankiem i odszedł stamtąd.

Pewnego razu podczas modlitwy św. Franciszek usłyszał, że całe hordy diabelskie biegają po dachu domu z wielkim hałasem. Wyszedł tedy z domu i kreśląc na sobie znak krzyża rzekł: Powiadam wam, złe duchy, w imię Boga wszechmogącego, czyńcie z ciałem moim to co wam wolno czynić! Chętnie zniosę wszystko, ponieważ nie mam większego wroga nad własne ciało. Pomścicie mnie więc na moim przeciwniku i wymierzycie mu karę w moim imieniu. Wówczas diabły zawstydzone znikły.

Pewien brat, który był towarzyszem św. Franciszka, popadł raz w zachwycenie. Ujrzał wtedy trony niebieskie, a między nimi jeden bardzo wspaniały i jaśniejący wielką chwałą. Gdy zaś dziwił się nie wiedząc, dla kogo przygotowany jest ten przepiękny tron, usłyszał głos: Tron ten należał do jednego z książąt, którzy upadli, teraz zaś przygotowany jest dla pokornego Franciszka. Skończywszy modlitwę, brat ten zapytał sługę Bożego: Co ty myślisz o sobie, ojcze? On zaś odrzekł: Wydaje mi się, że jestem największym grzesznikiem. W tej chwili w sercu brata odezwał się głos Ducha Świętego: Spójrz, jak prawdziwe było twoje widzenie! Bowiem na tron przez pychę utracony pokora wyniesie najniższego.

Sługa Boży ujrzał raz w widzeniu nad sobą Serafina, który był ukrzyżowany, ten zaś odcisnął na nim tak wyraźnie ślady swego ukrzyżowania, iż Franciszek wyglądał tak, jakby sam był przybity do krzyża. Ręce, nogi i boki jego naznaczone były piętnami krzyża, on jednak troskliwie ukrywał te stygmaty przed oczyma wszystkich. Byli jednak tacy, którzy za jego życia je widzieli, po śmierci zaś wielu ludzi je oglądało. Wiele cudów dowodzi, że owe stygmaty istniały naprawdę, wystarczy jednak opisać tutaj dwa z nich, które zdarzyły się po śmierci św. Franciszka.

Był w Apulii mąż pewien imieniem Roger, który raz, stojąc przed obrazem św. Franciszka, rozmyślał nad tym, czy naprawdę tak wielki cud spotkał świętego, czy też było to pobożne złudzenie lub rozmyślne oszustwo jego braci. Gdy tak nad tym się zastanawiał, nagle usłyszał dźwięk, jakby ktoś wypuścił strzałę z kuszy, a równocześnie poczuł, że coś zraniło go mocno w lewą rękę. Na rękawicy nie widział żadnego uszkodzenia, skoro jednak ściągnął ją, ujrzał na dłoni ciężką ranę jak od strzały. Rana ta tak go paliła, iż zdawało mu się, że z bólu i tego żaru umrze. Odbył więc pokutę i oświadczył, iż wierzy w prawdziwość stygmatów św. Franciszka, a po dwu dniach, przez które na rany świętego kornie błagał go o przebaczenie, od razu odzyskał zdrowie.

Był w królestwie Kastylii pewien mąż, który miał wielkie nabożeństwo do św. Franciszka. Gdy pewnego razu udawał się na kompletę, wpadł tam w zasadzkę przygotowaną na innego i poraniony śmiertelnie upadł na ziemię półżywy. Okrutny morderca wbił miecz głęboko w jego szyję i nie mogąc go później wyciągnąć, uciekł. Zbiegli się ludzie zewsząd, wielki płacz i krzyk powstał dokoła jak i przy zmarłym. O północy zaś, kiedy uderzył dzwon wzywający braci na jutrznię, żona zabitego poczęła wołać: Panie mój, wstań i idź na jutrznię, bo dzwon cię wzywa! W tej chwili ujrzano, że ręka jego podniosła się i skinęła na kogoś, aby mu wyciągnął miecz z rany. I nagle na oczach wszystkich miecz, jakby wyciągnięty ręką silnego męża wyskoczył z rany, a zabity natychmiast podniósł się całkiem już zdrowy i rzekł: Święty Franciszek przyszedł do mnie i położył swoje stygmaty na moich ranach. Słodkie ich dotknięcie ukoiło ból tych ran i cudownie je zabliźniło. Gdy zaś chciał już odejść, skinąłem nań, aby wyciągnął miecz, inaczej bowiem nie mógłbym mówić. On wtedy chwycił silnie miecz i wyciągnął go, a musnąwszy swymi świętymi stygmatami moją zranioną szyję, uleczył mnie zupełnie.

Zdarzyło się raz w Rzymie, że dwaj luminarze świata, to znaczy św. Franciszek i św. Dominik, przybyli razem do biskupa Ostii, który później został papieżem. On zaś rzekł do nich: Dlaczego nie mielibyśmy waszych braci uczynić biskupami i prałatami, skoro oni nauką i przykładem przewyższają innych? Powstał wtedy długi spór między świętymi, który z nich ma odpowiedzieć. Na koniec pokora Franciszka pouczyła go, iż nie powinien pierwszy odpowiadać, ale taż sama pokora pouczyła Dominika, że ma być posłuszny i pierwszy zabrać głos. Rzekł tedy: Panie, bracia moi dostąpili wysokiej godności, o ile sami o tym wiedzą; nie dopuszczę więc, jak tylko będę mógł, aby szukali innych dostojeństw. Następnie odpowiedział św. Franciszek: Panie, bracia moi dlatego nazywają się mniejsi, aby nie próbowali stać się więksi.

Św. Franciszek pełen był głębokiej prostoty. Uczył wszystkie stworzenia Boże, aby miłowały swego Stwórcę. Kazał do ptaków, a one go słuchały, dotykał ich, a one nigdy nie odchodziły bez jego pozwolenia. Jaskółki, które ćwierkały, gdy on nauczał, milkły natychmiast na jego rozkaz. Obok celi św. Franciszka w Porcjunkuli siedział na drzewie figowym świerszcz i często śpiewał. Mąż Boży tedy wyciągnął rękę i zawołał go: Bracie mój, świerszczu, przyjdź do mnie! — a on natychmiast usłuchał rozkazu i przyszedł do jego ręki. Wtedy święty rzekł: Śpiewaj, bracie mój, i chwal Pana twego! Świerszcz tedy zaraz począł śpiewać i nie odszedł, póki święty mu nie pozwolił.

Franciszek nie gasił latarni, lamp ani świec, bo nie chciał swoją ręką ćmić blasku światła. Po skałach przechodził ze czcią pamiętając o tym, którego nazywano opoką. Zbierał na drogach robaczki, aby nie zdeptały ich nogi przechodzących, pszczołom zaś kazał w mrozy zimowe dostarczać miodu i najlepszego wina, aby nie zginęły z głodu. Wszystkie zwierzęta nazywał swoimi braćmi. W dziwny i niewysłowiony sposób radował się miłością Stwórcy, gdy spoglądał na słońce, księżyc i gwiazdy, i wzywał je, aby kochały swego Stwórcę. Nie pozwolił nawet wystrzyc sobie na głowie wielkiej tonsury mówiąc: Niechże i moi prości bracia także mają swój udział w mojej głowie.

Był pewien człowiek świecki w swym życiu, który przyszedł do kościoła Św. Seweryna, gdy św. Franciszek głosił tam naukę. Za łaską Bożą ujrzał wtedy świętego naznaczonego dwoma mieczami, które przenikały przez niego tworząc jakby krzyż. Jeden z nich sięgał od głowy jego aż do stóp, a drugi od ręki do ręki przeszywał jego pierś. Chociaż człowiek ten nigdy św. Franciszka nie widział, poznał go jednak po tym znaku i poruszony do głębi wstąpił do zakonu, gdzie szczęśliwie dokonał życia.

Św. Franciszek tak bezustannie płakał, że oczy jego osłabły. Gdy zaś namawiano go, aby powstrzymał się od łez, odpowiedział: Nie trzeba odrzucać możliwości oglądania wiekuistej światłości dla miłości tego światła, które tu na ziemi wspólne jest człowiekowi i muchom. Bracia więc nalegali nań, aby poddał się leczeniu z powodu osłabienia wzroku. A gdy już chirurg trzymał w ręce rozpalone w ogniu żelazne narzędzie, mąż Boży rzekł: Mój bracie ogniu, bądźże dla mnie przychylny i uprzejmy w tej godzinie! Proszę Boga, który cię stworzył, aby złagodził mi twój żar. Mówiąc to uczynił znak krzyża nad owym żelazem. I choć zagłębiło się ono w jego ciało od ucha aż do brwi, nie uczuł żadnego bólu, jak to później sam opowiadał.

Pewnego razu św. Franciszek złożony ciężką chorobą leżał w pustelni św. Urbana. Czując wielką niemoc ciała zażądał kubka wina, nie było go jednak. Przyniesiono mu wiec wodę, a on uczynił nad nią znak krzyża, błogosławiąc ją i od razu woda zmieniła się w doskonale wino. Tak to święty mąż przez swe czyste serce uzyskał to czego nie mogło mu dostarczyć ubogie miejsce, w którym przebywał. Wypiwszy zaś owo wino, zaraz wyzdrowiał.

Św. Franciszek wolał zawsze słyszeć naganę niż pochwałę. Gdy więc lud chwalił jego zasługi i świętość, rozkazał jednemu z braci, aby mu powtarzał i wbijał w głowę określenia obelżywe. Skoro zaś brat ów, choć wbrew swej woli, nazwał go prostakiem, najemnikiem, nieukiem i trutniem, św. Franciszek rzeki z radością: Boże ci błogosław, bo mówisz prawdę! Takich słów przystoi mi słuchać.

Sługa Boży nie chciał kierować innymi, lecz być poddanym, wolał słuchać niż rozkazywać. Dlatego też nie zważając na swą naczelną władzę w zakonie prosił gwardiana, aby mógł jemu we wszystkim podlegać. Również bratu, z którym zazwyczaj chodził, obiecywał za każdym razem posłuszeństwo i dochowywał go. Pewnego razu jeden z braci wykroczył przeciw posłuszeństwu, lecz widać było u niego oznaki skruchy. Wówczas mąż Boży na przestrogę dla innych kazał mu, aby wrzucił swój kaptur do ognia. Przez jakiś czas kaptur leżał w ogniu, po czym św. Franciszek kazał go wyciągnąć i oddać bratu. Kaptur zaś, choć wyciągnięty spośród płomieni, nie miał na sobie żadnego śladu opalenia.

Pewnego razu św. Franciszek szedł przez bagna pod Wenecją i natknął się na mnóstwo ptaszków, które śpiewały. Rzekł tedy do towarzysza: Bracia ptaszki chwalą swego Stwórcę. Chodźmy i my do nich i odśpiewajmy Panu modlitwy kanoniczne! Weszli więc pomiędzy ptaki, a one nie uciekły. Gdy jednak nie mogli się słyszeć nawzajem z powodu zbyt głośnego świergotania, św. Franciszek rzekł: Bracia ptaszki, przestańcie teraz śpiewać, dopóki my nie oddamy Panu chwały! Wówczas ptaki natychmiast umilkły, a po skończeniu modłów św. Franciszek dał im swoje pozwolenie i znów poczęły śpiewać jak przedtem.

Pewien rycerz zaprosił ze czcią św. Franciszka do siebie, on zaś rzekł mu: Bracie gospodarzu, posłuchaj mego upomnienia i wyznaj twoje grzechy, bo wkrótce już gdzie indziej będziesz ucztował! Rycerz usłuchał, rozporządził swoim domem i odbył świętą pokutę. A gdy szli do stołu, gospodarz nagle umarł.

Pewnego razu św. Franciszek ujrzawszy mnóstwo ptaków pozdrowił je jak istoty rozumne i rzeki: Bracia moi ptaszkowie, powinniście wiele chwały oddawać waszemu Stwórcy! On bowiem okrył was piórkami, dał wam skrzydła, abyście mogły latać, stworzył dla was przestworza i troszczy się o was bez waszego starania. Wówczas ptaki zaczęły wyciągać ku niemu szyje, rozkładać skrzydła, otwierać dzioby i spoglądały na niego uważnie. Święty zaś szedł pomiędzy nimi i muskał je krajem szaty. Żaden z nich jednak nie poruszył się, dopóki im nie zezwolił, a wtedy wszystkie razem odfrunęły…

Gdy pewnego razu św. Franciszek nauczał w grodzie Almarium, ludzie nie mogli dosłyszeć jego słów z powodu świergotu jaskółek, które tam się gnieździły. Wówczas święty rzekł: Siostry moje, jaskółki, teraz jest czas, abym ja mówił. Dość już gadałyście, teraz zachowajcie ciszę, dopóki ja nie wygłoszę słowa Bożego. Na te słowa jaskółki natychmiast posłusznie się uciszyły.

Innym razem święty wędrując przez Apulię znalazł na drodze wielką sakiewkę pełną pieniędzy. Widząc to jego towarzysz chciał ją podnieść, aby następnie rozdać te pieniądze biednym. Lecz św. Franciszek w żaden sposób nie pozwalał mu na to mówiąc: Nie wolno, mój synu, brać cudzej rzeczy! Ponieważ jednak brat usilnie mu się opierał, Franciszek modlił się przez chwilę, po czym kazał mu podnieść sakiewkę. Podniósłszy ją brat znalazł w środku węża zamiast pieniędzy. Przestraszył się tedy bardzo, ale chcąc być posłusznym i wypełnić rozkaz, wziął sakiewkę do ręki a wtedy wyskoczył z niej wielki wąż. Święty zaś rzekł doń: Pieniądze nie są dla sług Bożych niczym innym jak diabeł lub wąż jadowity!

Pewien brat podlegał silnym pokusom i sądził, że opuściłyby go one, gdyby miał coś napisanego ręką świętego ojca. Nie miał jednak odwagi opowiedzieć mu o tym. Pewnego razu mąż Boży wezwał go do siebie i rzekł: Przynieś mi, synu, kartkę i atrament, chcę bowiem napisać coś ku chwale Bożej. Gdy zaś już napisał, powiedział: Weź tę kartkę i strzeż jej pilnie aż do dnia śmierci twojej. I natychmiast pokusa opuściła owego brata. Gdy zaś święty leżał chory, ten sam brat tak sobie myślał: Oto zbliża się śmierć ojca, a dla mnie największą pociechą byłoby mieć po nim jego tunikę. I oto w chwilę potem święty zawołał go do siebie i rzekł: Tobie oddaję moją tunikę, po mojej śmierci będzie ona wyłącznie do ciebie należała.

W mieście Aleksandria, w Lombardii, był św. Franciszek w gościnie u pewnego zacnego męża, który prosił go, aby stosownie do słów Ewangelii zjadł trochę z każdej potrawy, którą przed nim postawią. Św. Franciszek zgodził się na to z uwagi na pobożność owego męża, ten zaś pobiegł i przyniósł kapłona, którego przez 7 lat tuczył. Gdy już siedzieli przy jedzeniu, nadszedł pewien niewierny i dla miłości Bożej prosił o jałmużnę. Mąż Boży posłyszawszy święte imię posłał biednemu kawałek kapłona. Niewierny zaś zachował ów dar i następnego dnia, gdy święty nauczał, pokazał go ludziom mówiąc: Spójrzcie, jakie mięso jada ten wasz Franciszek, którego czcicie jak świętego! Wczoraj wieczór mi je dał! Jednakże zamiast kawałka kapłona wszyscy ujrzeli w jego ręku rybę, więc złajali go i nazwali szalonym, a on usłyszawszy to zawstydził się i prosił o przebaczenie. Gdy zaś podstępny oskarżyciel wrócił do rozumu, mięso również wróciło do swojej postaci.

Pewnego razu św. Franciszek siedział przy stole, a czytano właśnie o ubóstwie Najświętszej Panienki i Jej Syna. Nagle mąż Boży podniósł się od stołu, westchnął po kilkakroć boleśnie i usiadłszy na gołej ziemi spożył resztę swego chleba zalewając się łzami…

Św. Franciszek pragnął zawsze okazać jak największy szacunek rękom kapłana, którym dana jest moc przeistaczania chleba w Ciało Pańskie. Dlatego też często mówił: Gdyby zdarzyło mi się spotkać świętego, który przyszedł z nieba, i jakiegoś biednego kapłana, wówczas najpierw pobiegłbym do tego kapłana, aby ucałować jego ręce, świętemu zaś rzekłbym: Poczekaj, święty Wawrzyńcze, ponieważ ręce tego człowieka dotykają Słowa żywota i posiadają coś, co jest ponad ludzką miarę.

Św. Franciszek uczynił w życiu wiele cudów. Chleb, który mu przynoszono, aby go pobłogosławił, wielu chorym przywrócił zdrowie. Wodę przemieniał w wino, a pewien chory skosztowawszy jej natychmiast odzyskał zdrowie. Wiele też innych cudów sprawił.Św. Franciszek uczynił w życiu wiele cudów. Chleb, który mu przynoszono, aby go pobłogosławił, wielu chorym przywrócił zdrowie. Wodę przemieniał w wino, a pewien chory skosztowawszy jej natychmiast odzyskał zdrowie. Wiele też innych cudów sprawił.

A gdy już zbliżały się jego ostatnie dni, zmożony długą chorobą kazał położyć się nago na gołej ziemi i przywołać do siebie wszystkich braci, którzy tam byli, a kładąc rękę na każdym, błogosławił obecnym. Podzielił też między nich kawałek chleba, tak jak to było podczas Ostatniej Wieczerzy Pańskiej. Nawoływał, jak to było jego zwyczajem, wszystkie stworzenia, aby chwaliły Boga. Zapraszał do chwalenia Stwórcy nawet śmierć samą, która dla wszystkich jest straszna i nienawistna. Radośnie szedł jej naprzeciw i wzywał ją do siebie w gościnę, mówiąc: Witaj, śmierci, siostro moja! A gdy nadeszła jego godzina, spokojnie zasnął w Panu. Brat pewien widział jego duszę na kształt gwiazdy, wielkością jednak podobna była do księżyca, a blaskiem do słońca.

O tej samej porze leżał na łożu śmierci przeor braci w Terra di Lavoro, imieniem Augustyn, który od dawna już stracił mowę. Nagle jednak zawołał: Poczekaj na mnie, ojcze, poczekaj, oto już idę z tobą! Gdy zaś bracia pytali go, co mówi, odrzekł im: Czyż nie widzicie ojca naszego Franciszka, który odchodzi do nieba? I zaraz potem zasnął w pokoju i poszedł za ojcem.

Pewna kobieta, która za życia bardzo czciła św. Franciszka, umarła. Gdy zaś klerycy i kapłani stali już obok jej mar i śpiewali egzekwie, kobieta nagle podniosła się, przywołała jednego z księży i rzekła doń: Ojcze, chcę ci się wyspowiadać! Byłam już umarła i skazana na ciężkie więzienie, ponieważ dotychczas nie wyznałam grzechu, z którego chcę ci się wyspowiadać. Św. Franciszek jednak modlił się za mnie i dlatego pozwolono mi wrócić do mej cielesnej powłoki, abym wyznała ów grzech i uzyskała przebaczenie. Gdy zaś to uczynię, zaraz spocznę w pokoju, a wszyscy to zobaczycie. Wyspowiadała się więc i uzyskała rozgrzeszenie, a wkrótce potem zasnęła w Panu.

Bracia z Nucerii prosili raz pewnego człowieka, aby pożyczył im swego wozu, on jednak oburzony powiedział: Wolałbym raczej dwóch z was obedrzeć ze skóry razem ze św. Franciszkiem niż dać wam mój wóz! Gdy jednak opamiętał się, żałował swego bluźnierstwa i zląkł się gniewu Bożego. Wkrótce potem syn jego zachorował i umarł. Ojciec widząc syna nieżywego rzucił się na ziemię płacząc, wzywał św. Franciszka i wołał: Ja zgrzeszyłem, więc mnie powinieneś karać! Teraz już pobożnie błagam cię, święty ojcze, oddaj to co zabrałeś bezbożnemu bluźniercy! Po chwili syn jego podniósł się i ukoił jego płacz mówiąc: Gdy umarłem, zjawił się św. Franciszek i prowadził mnie jakąś drogą długą i ciemną, a na koniec umieścił mnie w jakimś przepięknym ogrodzie. Później zaś rzekł do mnie: Wróć do twego ojca, nie chcę cię dłużej zatrzymywać.

Pewien biedak winien był bogaczowi pieniądze i prosił go, aby dla miłości św. Franciszka przedłużył mu termin oddania długu. On jednak odpowiedział dumnie: Zamknę cię w takim miejscu, gdzie ani św. Franciszek, ani nikt inny nie będzie mógł ci pomóc! Wkrótce potem istotnie zamknął go związanego w ciemnym lochu. Ale niebawem przyszedł św. Franciszek, otworzył więzienie, rozerwał więzy biedaka i odprowadził go do domu.

Pewien rycerz mówił z pogardą o życiu i cudach św. Franciszka. Jednego razu ów szalony niedowiarek grając w kości powiedział do otaczających go: Jeśli Franciszek jest święty, to niechże sprawi, abym wyrzucił teraz osiemnastkę. I od razu kości padły na trzy szóstki, a następnie jeszcze dwadzieścia dziewięć razy za każdym rzutem miał trzy razy po sześć. Ale on, jakby mu nie dość było tego szaleństwa, dodał do niego i drugie i rzekł: Jeśli to prawda, że Franciszek jest święty, to dziś jeszcze zginę od miecza, jeśli zaś nie jest święty, to nic mi się złego nie stanie! Ale gdy wstał od gry, spełniło się jego grzeszne życzenie. Bratanek jego bowiem, któremu wyrządził jakąś krzywdę, chwycił miecz i wbił go w brzuch stryja, zabijając go na miejscu.

Pewien mąż miał chorą nogę, tak że w żaden sposób nie mógł się poruszać. Wzywał tedy św. Franciszka tymi słowy: Pomóż mi, św. Franciszku, pamiętaj, że czciłem cię i służyłem ci wiernie! Wiozłem cię bowiem na moim ośle, całowałem ręce i nogi twoje, a oto teraz umieram w srogiej męczarni i bólu! Wkrótce ukazał mu się święty i dotknął bolesnego miejsca małą laseczką, na której była litera tau. Wówczas wrzód na nodze pękł i chory od razu odzyskał zdrowie, lecz znak tau pozostał mu w tym miejscu. Znakiem tym zaś św. Franciszek miał zwyczaj podpisywać swoje listy.

W górach Apulii, w miejscowości Pomereto, umarła pewna dziewczyna, która była jedyną córką swego ojca i matki. Matkę jej, wielką czcicielkę św. Franciszka, ogarnęła rozpacz. Wówczas święty ukazał się jej i rzekł: Nie płacz, bowiem za moim wstawiennictwem odzyskasz światło twoje, nad którego utratą tak rozpaczasz. Nadzieja wstąpiła w serce matki, nie pozwoliła więc wynieść ciała córki, lecz wzywała ciągle imienia św. Franciszka, a objąwszy zmarłą podniosła ją żywą i zdrową. W Rzymie, gdy pewien mały chłopiec wypadł z okna pałacu i zabił się, wezwano pomocy św. Franciszka i natychmiast dziecko wróciło do życia. W mieście Suessa zawalił się dom, przy czym jeden młodzieniec poniósł śmierć. A gdy ciało jego złożono już na marach i przygotowano do pogrzebania, matka jego, z całego serca, jak tylko umiała, wzywała św. Franciszka. O północy chłopiec ocknął się, wstał żywy i począł chwalić Boga.

Brat Jakub z Rorte przeprawiał się pewnego razu wraz z innymi braćmi przez rzekę. I już bracia wyszli na brzeg, a on ostatni zamierzał wysiąść, gdy nagle łódź przewróciła się i brat Jakub wpadł w głębinę rzeczną. Stojący na brzegu bracia poczęli prosić św. Franciszka o pomoc dla tonącego, on sam zaś całym sercem, jak tylko mógł, wołał też do niego o ratunek. I oto nagle tonący począł iść w głębinie jakby po suchej ziemi i pochwyciwszy tonącą łódź przyszedł wraz z nią do brzegu. Szaty zaś jego nie były wcale mokre, nie było na nich ani kropli wody.

Fragmenty ze „Złotej legendy” Jakuba de Voragine



Legendy o świętych – Jak św. Filip nawracał pogan Legendy o świętych – Rozmowa św. Franciszka z wilkiem