Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Św. Stanisław Kostka, nowicjusz zakonu jezuickiego

Święty Stanisław Kostka, nasz rodak pochodził ze szlacheckiej rodziny Kostków i urodził się w r. 1550 w zamku rodzinnym Kostkowie w Polsce. Pobożna jego matka Małgorzata doznała tej pociechy, że synek jej garnął się ochotnie do nauki religii, słuchał z uwagą nauk o Bogu i Jego miłości, o Matce Najświętszej, o Aniołach, a nauki te wraz z modlitwami i błogosławieństwem matki przedziwne wywoływały skutki w dziecięcej jego duszy i obfite rokowały owoce. Siedmioletni zaledwie chłopiec okazywał tak wielką cześć i szacunek cnocie czystości, przyzwoitości i łasce uświęcającej, że słowa brzydkie, nieprzyzwoite i żarty obrażające skromność przerażały go, a nawet przyprawiały o omdlenie. W r. 1562 posłał ojciec dwu swoich synów Pawła i Stanisława celem dalszego ich kształcenia się do Wiednia do tamtejszego konwiktu szlacheckiego, który cesarz Ferdynand I powierzył był Jezuitom. Lecz już w roku następnym musieli obaj bracia wraz ze swym ochmistrzem dla braku miejsca w tym zakładzie wynająć mieszkanie w domu prywatnym.

Teraz nastały dla Stanisława przykre czasy i wiele wycierpieć musiał z powodu swej zasady: „Nie dla świata żyję, lecz dla wieczności”. I podczas gdy on wszystek swój czas poświęcał nauce i modlitwie i dwie tylko znał drogi, jedną do kościoła do Jezusa i Maryi, a drugą do szkoły i podczas gdy nauka jego ciągłem była nabożeństwem, gdyż w każde zadanie piśmienne umiał wpleść choć jedno zdanie ku czci Bożej, Najsłodszego Serca Jezusowego i Królowej Niebios, Maryi: był brat jego starszy Paweł zupełnie innego usposobienia. Lubił bowiem grać rolę wielkiego pana, korzystać z przywilejów i swobód szlacheckiego stanu, ubierać się pięknie, podczas sutych obiadów lekkomyślne wieść rozmowy, mało natomiast czasu poświęcał nauce, a jeszcze mniej Panu Bogu. Pilność zatem ta w nauce Stanisława, jego pobożność i pokora, skromność i zamiłowanie samotności, jego przykładne znalezienie się w towarzystwie, zachowanie postów i uczęszczanie pilne do kościoła były dla Pawła ciągłym wyrzutem, lecz zamiast iść za przykładem brata, szydził w gniewie z niego i kpił z „niepoprawnego”, a nawet często bił go pięściami i kopał nogami, aż nieraz krew się polała. Stanisław płakał, cierpiał i milczał. Ochmistrz nie obchodził się z nim lepiej, chociaż go nie bił; uważał bowiem za swój obowiązek, „marzycielskiego chłopca” wychować na grzecznego i ogładzonego szlachcica. „Ojciec twój posłał cię do tej stolicy cesarskiej, byś tu nauczył się delikatnych i pańskich manier i obcowania gładkiego w towarzystwie, nie zaś, byś tu się stał pobożnisiem, uciekającym od świata i ludzi” – na ten temat przemawiał zwykle do Stanisława.

Stanisław umiał panować nad swoimi uczuciami i odpowiadał na gorzkie te zarzuty i dzikie to postępowanie łagodnemi słowy: „Nie dla świata żyję, lecz dla wieczności; dlatego chcę i będę za łaską Bożą zawsze tak żył, jak tego uczy katechizm i przykład Pana Jezusa, aby to się Bogu podobało”. We wszystkich innych rzeczach, których prawo Boskie nie zakazywało, a które nie przeszkadzały mu w pobożnych jego ćwiczeniach, był zawsze posłuszny, tak że uczył się nawet tańczyć. Pod koniec r. 1566 Stanisław zachorował śmiertelnie: nocne jego czuwania i modlitwy, ostre pokuty i prześladowania ze strony brata podkopały słaby jego organizm, tak że koniec życia jego zdawał się być bliskim. W takim będąc stanie błagał Boga gorąco i ze wzniesionemi rękami, by sprowadzono doń kapłana, któryby zaopatrzył go świętymi Sakramentami na drogę wieczności; lecz ochmistrz jego, protestancki właściciel domu, w którym mieszkał, i rodzony brat nie spełnili tej jego prośby. Tym sposobem od ludzi opuszczony, błagał Najświętszą Pannę i świętą Barbarę Męczenniczkę i Patronkę umierających, o pomoc i święta Barbara ukazała mu się z dwoma Aniołami, którzy mu przynieśli Komunię św. Ochmistrz był właśnie w jego pokoju i chociaż nie ujrzał zjawiska niebieskiego, zobaczył ze zdumieniem, że Stanisław z promieniejącem radością obliczem ukląkł na łóżku i usłyszał, jak te powiedział słowa: „Panie, nie jestem godzien…” Gdy potem Stanisław dziękował Bogu za tę nadzwyczajną łaskę, ukazała mu się i Marya, a pocieszając go, rzekła, że ma wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, bo ostatnia jego godzina jeszcze nie wybiła.

Stanisław wyzdrowiał rzeczywiście i niezwłocznie poprosił o przyjęcie go do zakonu Jezuitów we Wiedniu, lecz nie został przyjęty. Będąc przekonany, że Bóg go powołuje do tego stanu, postanowił wszystko opuścić i z kijem pielgrzymim w ręku szukać przyjęcia do tego zakonu w jakimkolwiek kraju. Gdy brat go razu pewnego znowu okrutnie skatował, rzekł doń poważnie: „Bracie, miara się przebrała, twoich okrucieństw nie zniosę już dłużej; wypędzasz mnie stąd; odpowiedzialność za to spadnie na ciebie przed ojcem!” Potem podarował najlepsze swe ubranie ubogiemu chłopcu, a sam ubrawszy się w nędzne jego szaty, uciekł po kryjomu z Wiednia. Brat puścił się za nim w pogoń, dognał go na drodze, lecz nie poznał go w tem nędznem odzieniu.

Stanisław przybył szczęśliwie do Dillingen, gdzie go błogosławiony Piotr Kanizjusz przyjął do konwiktu, lecz nie jako ucznia, a tem mniej jako kandydata, lecz jako służącego; wiedział bowiem mąż doświadczony, że u młodych ludzi zapał powstaje lecz i gaśnie szybko jak ogień. Stanisław zrozumiał dobrze tę próbę. Wszyscy w domu wiedzieli, że jest pochodzenia szlacheckiego i widzieli, że Stanisław wykonywał wszystkie polecenia tak ściśle, ochotnie i zręcznie, jak gdyby był wzrósł w tym niskim stanie. Z Dillingen posłał go Kanizjusz do Rzymu, gdzie Franciszek Borgiasz pozwolił mu wstąpić do nowicjatu. Wkrótce potem otrzymał od ojca list pełen gorzkich wyrzutów i gorszych jeszcze słów. Stanisław odpisał: „Najdroższy ojcze, byłbym niepocieszonym, gdybym złym jakim czynem zasłużył był sobie na twoje wyrzuty i twój gniew. Lecz wybór stanu jest wolny, a w wyborze, jaki uczyniłem, nie widzę ani hańby dla mnie ani wstydu dla ciebie. Już od dawna pragnąłem gorąco służyć Bogu najwyższemu i żyć w zjednoczeniu ze Zbawicielem ukrzyżowanym. Znalazłem w tem tyle szczęścia, że nie mogę uwierzyć, byś przy twej miłości ku dzieciom chciał mnie szczęścia tego pozbawić, którego nie oddałbym za wszystkie skarby świata”. Po tym liście ojciec pochwalił wybór Stanisława, który teraz żył szczęśliwie jak Anioł, kochając całą duszą Jezusa i Maryę i spełniając ochotnie wszystkie swe obowiązki.

W pierwszych dniach sierpnia roku 1568 rzekł Stanisław z uśmiechem do swych współbraci: „Mam nadzieję, że zbliżające się, święto Matki Boskiej Wniebowzięcia obchodzić będę mógł już w Niebie”. Kilka dni przed tem świętem był jeszcze zupełnie zdrów i napisał w dziecięcej swej naiwności list do Matki Boskiej tej mniej więcej treści: „O najukochańsza Matko, Ty wiesz, żem od maleńkości był Twoją własnością; brak mi słów, by Ci opisać, jak bardzo Cię kocham, boli mnie tylko serce bardzo, że nie jestem jeszcze z Tobą razem. Lecz oto zbliża się święto Twego Wniebowzięcia, a ja pragnąłbym gorąco obchodzić je w Niebie. Dozwól mi umrzeć – z miłości ku Tobie!”. List ten zapieczętowany położył na ołtarzu Matki Boskiej, jak ongi Ezechiasz choć w innym zamiarze położył list króla Syryjskiego na ołtarzu w świątyni. Marya wysłuchała prośbę Stanisława. Nie tyle febra, co gorąca miłość i tęsknota za Niebem rzuciły go w wigilię Wniebowzięcia Matki Boskiej na łoże śmierci, na którem leżał z radością na twarzy, trzymając krzyż, różaniec i mały obrazek Matki Boskiej w rękach. „Co robisz teraz z różańcem” spytał go pewien ojciec zakonny, „nie możesz przecie już go odmawiać”. Stanisław odrzekł z uśmiechem, słabym już głosem: „Jest to pamiątka po mojej najukochańszej Matce Maryi, dlatego czczę go i cieszę się, gdy na niego choć tylko spoglądam”. Wzruszony temi słowy odrzekł zakonnik: „O jakże będziesz czuł się szczęśliwym, gdy zobaczysz Zbawiciela ukrzyżowanego na tronie chwały, a Matkę Najświętszą obok Niego, gdy Marya cię do Siebie przywoła, i gdy ucałować będziesz mógł ręce Jej święte!”. Po tych słowach radość chorego nie miała granic, oblicze jego promieniało szczęściem; wzniósłszy oczy w Niebo, całował z gorącą miłością to krzyż, to obraz Maryi i przyciskał je do piersi. Gdy głos dzwonka zwiastował mu, że przybywa kapłan z Wiatykiem, prosił, by go położono na ziemi i na niej klęcząc przyjął z najgłębszą pokorą i nieopisaną radością i miłością żywy ten Chleb niebieski. Oczy obecnych napełniły się łzami podziwu i wzruszenia, gdy słyszeli, jak Stanisław słabym głosem oddawał cześć najgłębszą Panu Jezusowi, jak dziękował Bogu, że go stworzył, odkupił, i powołał do stanu zakonnego, a zwłaszcza, że mu dał za Matkę – Swoją Matkę. Modlitwę tę zakończył umierający westchnieniem Psalmisty: „Gotowe serce moje, o Boże, gotowe serce moje!” (Ps. 56, 8); i ucałował po raz ostatni krzyż. Potem skłonił głowę na poduszkę, a z ust jego wyszły jeszcze ledwo dosłyszalne słowa: „Jezus, Marya” i dusza wiernego tego sługi odeszła do przybytku szczęścia wiecznego tak cicho i spokojnie, że nie wiedziano, czy już umarł czy jeszcze żyje. Zbliżono więc do ust jego obraz Matki Boskiej; nie pocałował go i to było najpewniejszym dowodem, że już nie żyje; gdyby bowiem żył, okazałby niezawodnie jakim znakiem miłość swą ku Maryi, najdroższej swej Matce. Dusza Stanisława opuściła tę ziemię dnia 15 sierpnia r. 1568 rano, by być na uroczystości Wniebowzięcia Matki Boskiej w Niebie. Papież Benedykt XIII wpisał go w r. 1762 w poczet Świętych. Dziwną jest rzeczą, że brat Stanisława Paweł umarł także dnia 15 sierpnia 1607 roku jako kandydat do zakonu Jezuickiego.

Legenda pochodzi z książki „Prawidła życia chrześcijańskiego dla każdego wieku i stanu”, ks. Ojciec Bitschnau, z rozdziału „Stan umierających: Wieczność sprawiedliwego”



Legendy o świętych – Jak św. Stanisław prosił o przeniesienie swoich relikwii Św. Sylwester zwycięża smoka