Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies




Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


Legendy



Św. Monika wdowa

Św. Monika zawarła około r. 346 małżeństwo mieszane w szerszem znaczeniu, uznane wówczas za ważne, a doświadczenia, jakie zrobiła w niem, winny być dla każdego rozumnego katolika zupełnem usprawiedliwieniem powodów, dlaczego Kościół św., ta matka nasza, przestrzega surowo swe dzieci przed zawieraniem małżeństw mieszanych, i zarazem winny być upomnieniem, by nigdy nie myślały o takiem małżeństwie a tem mniej je zawierały.

Monika urodziła się w r. 332 w Tagaście w północno-zachodniej Afryce jako córka chrześcijańskich pobożnych rodziców, którzy jednak dla wielkiej liczby dzieci nie mogli jej poświęcić szczególnej uwagi i troski. Lecz na szczęście żyła w domu jej rodzicielskim stara, pobożna bardzo służąca, która była już mamką jej ojca. Ta zajęła się troskliwie żywem i bystrem dziewczęciem, uczyła ją pilnie religii, pilnowała czujnem okiem nad jej obyczajami i karciła nieraz, lecz zaszczepiła głęboko w jej sercu piękne cnoty chrześcijańskiego panowania nad sobą, łagodności, mądrości i uległości. Wyrósłszy na piękną dziewicę oddała Monika swą rękę Patrycjuszowi, pogańskiemu obywatelowi miasta swego rodzinnego i służyła mu „jak Panu.”. Z radością w sercu opuszczała niezawodnie młoda małżonka dom rodzicielski, wstępując na nową życia drogę; lecz jakże prędko przekonała się, że ta droga jej usłaną była ostem i cierniem. Patrycy miał wprawdzie piękne zalety duszy i serca, lecz wolnym także nie był od wszystkich wad lekkomyślnego syna Ewy, nie chciał zaś ani słuchać o powinności panowania nad gwałtownem, porywczem usposobieniem swojem. Nie uznawał wcale świętości małżeństwa, nie dochował wierności małżeńskiej, w sercu jego nie było owej serdecznej, duszę z duszą łączącej miłości, która jest niewyczerpanem źródłem szczęścia małżeńskiego. Namiętna żądza uciech zmysłowych popchnęła go w koło złego towarzystwa, lecz przesyt i zmęczenie przywiodły go znowu do ogniska domowego. Niezadowolenie z samego siebie, gorzkie wyrzuty sumienia podniecały jego gwałtowność jeszcze więcej, a wtedy – błyskawice i gromy jego gniewu i złości spadały na głowę niewinnej żony, wtedy znieważał ją w pogański iście sposób. Lecz Monika milczała cierpiąc i modląc się do Pana Jezusa o łaskę dla swego męża. Zdumiewającą łagodnością, dobrocią i mądrym zarządem domu pozyskała powoli tak dalece szacunek męża, że w chwilach stosownych mogła mu mówić bez wzbudzenia jego gniewu o piękności i dobroci jedynego, prawdziwego Boga, o godności i celu człowieka, o Panu Jezusie i Jego łasce, o wartości cnoty, o wpływie modlitwy, o szczęściu w Niebie.

Monika była matką dwóch synów Augustyna i Nawigiusza i córki, której nazwiska historia nie podaje; lecz nie wolno jej było dać dzieci ochrzcić, obmyć krwią Jezusa od grzechu pierworodnego, uwolnić z niewoli szatańskiej, ani uczynić ich dziećmi Bożemi i dziedzicami nieba. Zabraniali jej tego własny jej mąż, prawa państwowe i pogańscy kapłani. Nie da się wprost opisać, jak wielka boleść i smutek przenikały jej serce macierzyńskie, ilekroć oczy jej załzawione spoczęły na jej ulubieńcach lub ilekroć drżącemi usty całowała swych synów. Pracowała wprawdzie gorliwie jak matka kochająca nad pobożnem wychowaniem swych dzieci, nieraz całe noce spędzała u stóp krzyża, klęcząc i modląc się o szczęście doczesne i wieczne swej rodziny, lecz nie mogła mimo łez i cierpień wzbogacić ich skarbami zasług Chrystusowych i uszczęśliwić nadzieją wiecznej szczęśliwości. Miary jej boleści i obawy o zbawienie duszy męża, który teraz zaniechał dawnego występnego życia i hamował gwałtowności swego charakteru, lecz uprzedzeń do religii chrześcijańskiej jeszcze się nie wyzbył, miary tej dopełnił jej syn Augustyn.

Chłopiec ten nadzwyczaj żywego usposobienia otrzymał od Boga niepospolite zdolności rozumu, pamięci, fantazji i serca, lecz po ojcu odziedziczył wybuchający łatwo temperament i skłonność do wybryków lekkomyślnych. I dlatego właśnie był on dumą pysznego Patrycjusza i schlebiających krewnych, lecz zarazem troską matki, która umiała mimo to ocenić wysokie jego zdolności, dziękując za nie Bogu. Monika starała się nieustannie, by ustrzec małego Augustyna od zgorszeń świata pogańskiego, a natomiast wzbudzić miłość ku jedynemu prawdziwemu Bogu i Zbawicielowi Jezusowi; lecz silniejszym okazał się wpływ ojca, który nie szczędził trudów ni kosztów, by syna swego wykształcić jednostronnie i uczynić zeń uczonego i wielkiego męża stanu, lecz nie troszczył się bynajmniej o uszlachetnienie serca i pielęgnowanie cnót moralnych. Biedna matka cierpiała męki nieopisane, widząc, jak syn jej ukochany z dnia na dzień tracił coraz więcej cnoty posłuszeństwa, skromności i łaskę Bożą, a natomiast coraz więcej okazywał skłonności do pychy, czytania bezwstydnych mitologii pogańskich, nieokiełznanej zarozumiałości, jak coraz chętniej śpieszył do teatrów pogańskich. Rzadko tylko mogła przeszkodzić, by ojciec nie nagradzał jego postępów w nauce pozwoleniem na występki zmysłowe. Niezliczone razy opłakiwała ów błąd młodości, że sama nałożyła na siebie jarzmo twarde małżeństwa mieszanego; lecz nie mogła już zmienić tego, co się stało, śmierć zaś nie chciała jej uwolnić od tego ciężaru. Jedna pozostała jej tylko pociecha: modlitwa, Msza św., częsta Komunia św. i ufność w miłosierdzie Boże. Po przeszło dwudziestu latach pobożnej modlitwy i cierpienia udzielił jej Bóg pierwszej pociechy i słodkiego szczęścia rodzinnego. Patrycjusz zgodził się na przyjęcie wiary chrześcijańskiej, przyjął Chrzest św., i dziękował serdecznie żonie za jej cierpliwość i wyproszoną mu u Boga łaskę nawrócenia i uszczęśliwił ją miłością prawdziwą i życiem pokutnem, które zakończył w roku 371 śmiercią pobożną i szczęśliwą.

Monika jako czterdziestoletnia wdowa spokojną już była teraz o męża swego, zmarłego śmiercią szczęśliwą, lecz boleść ściskała jej serce, gdy patrzała na Augustyna. Młodzieniec ten siedmnastoletni poświęcił się w Kartaginie wyższym naukom, lecz kalał swą duszę najszpetniejszymi występkami. I o ile przewyższał wiedzą swych kolegów, o tyle też chciał zostawić ich za sobą na drodze występku. Na prośby i błagania matki odpowiadał szyderstwami i zjadliwymi żartami, upomnienia jej matczyne nazywał głupiem babskiem gadaniem.

Biedna i nieszczęśliwa wdowa po Patrycjuszu dowiedziała się teraz od najlepszej nauczycielki tj. od własnego doświadczenia, jak wielkim jest nierozsądkiem małżeństwo mieszane i na ile ono naraża cierpień i zgryzot. Monika modliła się nieustannie do Boga o nawrócenie i zbawienie swego syna, oczy jej zaszły krwią od ciągłego płaczu, błagała Biskupów i kapłanów, by przemawiali do serca jej syna i we Mszy św. o nim pamiętali. Pewien Biskup pocieszył ją słowy: „Godzina łaski jeszcze nie wybiła, ale wytrwaj w modlitwie; niemożliwą bowiem jest rzeczą, by zginąć miał syn, za którym jego matka tyle łez wylała”. Biedna matka ucieszyła się bardzo, jak gdyby usłyszała głos z nieba i modliła się i płakała, dopóki słowa te się nie spełniły.

Dumnemu, ambitnemu Augustynowi, temu nieszczęsnemu niewolnikowi niskich namiętności, nieprzyjemnemi i nieznośnemi były narzekania i płacz świętej jego matki. Opuścił Afrykę, udał się do Rzymu, a po krótkim pobycie tamże otrzymał w Mediolanie katedrę wymowy. Dnia pierwszego stycznia 385 r. wygłosił swą mowę publiczną inauguracyjną, za którą otrzymał rzęsiste oklaski; przedstawił się czy to z grzeczności, czy z ambicji, najsłynniejszemu podówczas mówcy we Włoszech, Biskupowi Ambrożemu, który go przyjął z niezwykłą dobrocią i łaskawością. Wizyta ta stała się według zamiaru Boskiego Miłosierdzia punktem zwrotnym w jego życiu. Był często na kazaniach tego uczonego i świętego Biskupa zrazu dlatego tylko, że go pociągała piękność myśli i wytworność wykładu; lecz powoli wcisnęła się i prawda do serca jego zaciemnionego błędami i występkami.

Gdy Monika dowiedziała się o przyjęciu posady przez jej syna aż w Mediolanie, opuściła i ona swój kraj rodzinny, by szukać zbłąkanego dziecka na obczyźnie. Gdy przybyła do Mediolanu, zajaśniał dla niej promyk nadziei, zauważyła bowiem, że usposobienie jej syna poprawiło się znacznie i że zawarł przyjaźń z świętym Ambrożym. Nabrawszy otuchy, podwoiła gorące modły do Boga, by uwieńczyć raczył zaczęte dzieło nawrócenia pomyślnym skutkiem i omawiała tę sprawę z św. Ambrożym.

Nareszcie po długiej pokucie i po wielu cierpieniach i po dwuletnim pobycie w Mediolanie nadeszły szczęśliwe święta Wielkanocne r. 387, podczas których wielki syn świętej matki otrzymał Chrzest św. – a jak on sam się pięknie wyraził – ochrzczony został wodą świętą, która popłynęła z ócz kochanej matki. Gdy się w ten sposób najgorętsze życzenie jej serca spełniło, powróciła Monika z Augustynem i Nawigiuszem do ojczyzny do Afryki. W drodze zachorowała w mieście Ostyi w pobliżu Rzymu, a przeczuwając bliski swój koniec, rzekła do Augustyna: „Synu mój, praca moja tu na ziemi skończona, nadzieje moje się ziściły. Od dawna żywiłam to jedno pragnienie, bym mogła tak długo żyć, ażbym ciebie ujrzała wierzącym chrześcijaninem. Bóg łaskawy spełnił gorące to moje pragnienie. Dzieło mego życia skończone, cel osiągnięty.” W listopadzie roku 387 a w 56 roku życia zasnęła spokojnie w Panu na wieki.

Legenda pochodzi z książki „Prawidła życia chrześcijańskiego dla każdego wieku i stanu”, ks. Ojciec Bitschnau, z rozdziału „Chrześcijański stan małżeński: Małżeństwo mieszane”



Legendy o świętych – Św. Mikołaj z Flüe, pustelnik Legendy o świętych – Jak św. Patryk wypędził węże z Irlandii