Logo serwisu Biblia

Strona główna

Stary Testament

Nowy Testament

Święci wg alfabetu

Święci wg dat

Papieże

Legendy o świętych

Patroni

Ciekawostki

Różne artykuły

Inne strony katolickie

Mapa serwisu

Kontakt




© 2000–2018 barbara
Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved

Strona nie zawiera cookies



Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl


6 majabł. Hernyk Kaczorowski

Bł. Henryk Kaczorowski urodził się 10 lipca 1888 r. we wsi Bierzwiennej w powiecie Koło jako najstarszy syn Andrzeja Kaczorowskiego i Julii z Wapińskich. Uczęszczał do szkoły powszechnej w Kłodawie, a potem do gimnazjum w Kaliszu. W tym czasie miał miejsce bojkot szkolny prowadzony na terenie zaboru pruskiego, co spowodowało, że Henryk musiał przerwać naukę; w tym czasie podjął pracę jako nauczyciel.

W domu rodzinnym, w atmosferze głęboko religijnej, nauczył się kochać Pana Boga tak bardzo, że postanowił się oddać na wyłączną Jego służbę w kapłaństwie i w 1908 r. wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie skończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1913 r. podjął dalszą naukę w Akademii Duchownej w Petersburgu. Tam 13 czerwca 1914 r. z rąk biskupa Jana Cieplaka otrzymał święcenia kapłańskie.

W momencie wybuchu I wojny światowej ks. Henryk przebywał w Kaliszu. W warunkach wojennych, w oczekiwaniu na podjęcie przerwanych studiów, biskup powierzał mu różne doraźne funkcje duszpasterskie. W swojej pracy w Kaliszu szybko zyskał sobie sławę apostoła chorych.

Od jesieni 1915 r. przez 9 miesięcy ks. Henryk zastępował proboszcza w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu. Swoją pracą duszpasterską gorliwie przybliżał ludzi do Boga, a szczególnie przez posługę sakramentu pokuty. Parafianie uważali, że wypraszał u Boga łaski nawrócenia wielu osób.

Od 1916 roku ks. Henryk został wikariuszem w podkaliskiej parafii Sulmierzyce.

Dopiero po zakończeniu I wojny światowej, w 1918 r. mógł podjąć przerwane studia. Kontynuował je na nowo utworzonym Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1922 r. był pierwszym studentem tej uczelni, który uzyskał doktorat z teologii. Przedmiotem jego rozprawy doktorskiej była rola uczuć w życiu człowieka według doktryny św. Tomasza z Akwinu.

Po ukończeniu studiów powrócił do Włocławka, gdzie rozpoczął wykłady z teologii moralnej w tamtejszym seminarium duchownym. Jednocześnie otrzymał też funkcję dyrektora Liceum im. Piusa X. W latach 1925-1928 był redaktorem Ateneum Kapłańskiego, a w 1928 r. został mianowany rektorem seminarium. Ze względu na zły stan zdrowia wielokrotnie prosił o zwolnienie go z tej funkcji, ale rezygnacja została przyjęta przez biskupa dopiero w czerwcu 1939 r. W międzyczasie w uznaniu jego zasług dla diecezji włocławskiej w 1930 r. otrzymał godność kanonika kapituły katedralnej, a w 1939 r. – prałata papieskiego.

Mimo rozlicznych funkcji, które pełnił przez te lata przed II wojną światową, ks. Henryk był przede wszystkim związany z seminarium duchownym jako rektor i wykładowca teologii. Troszczył się tam nie tylko o przygotowanie żarliwych i ofiarnych duszpasterzy, ale także o ich wszechstronny rozwój intelektualny i fizyczny alumnów. Stawiane przez niego wysokie wymagania były przez nich odbierane jako wyraz miłości do nich i do sprawy Bożej. Szczególnie kiedy widzieli, że sobie stawia wymaganie zawsze wyższe niż im, że widzieli jego głębokie życie wewnętrzne, a także jego wielką do nich dobroć i szacunek i wysoką kulturę. Konsekwentnie wymagał rzetelnego wysiłku w nauce, w pobożności, w zachowaniu ładu w życiu codziennym. Czego nie znosił, to bierność, wygodnictwo, nieporządek.

Bł. Henryk Kaczorowski bardzo troszczył się o biednych alumnów. Niósł im pomoc dyskretnie, ale w każdy możliwy sposób. Często przyznawał im stypendia z własnej pensji.

Głęboka duchowość ks. Henryka była widziana przez jego otoczenie. Zacząć można od tego, że matka jego nazywała go słońcem w rodzinie, do której swoją inteligencją i rozległą wiedzą, serdecznością i całym sposobem bycia wnosił wiele światła i ciepła. Takim samym słońcem był i w seminarium duchownym – najpierw jako alumn, a potem jako profesor. Tak samo jako słońce, chociaż nieco zza chmur świecące, był obierany w więzieniach hitlerowskich i w Dachau.

W całym swoim życiu szukał tylko dobra sprawy Bożej, bo tylko jej chciał służyć najlepiej jak umiał. Nie szukał siebie, nie chciał błyszczeć – przeciwnie – swoje zalety ukrywał, jak tylko umiał najlepiej. Pragnął, by w jego życiu chwałę miał tylko Pan Bóg. I nie tylko pragnął uwielbienia Boga, ale i innym pomagał w tym na wszelki możliwy sposób. Był człowiekiem modlitwy; często można go było znaleźć pogrążonego w modlitwie na chórze kościoła seminaryjnego.

Ta jego głęboka pobożność i pragnienie zdobywania innych dla Boga znajdowało odzwierciedlenie w jego konferencjach dla alumnów, które głosił w sposób żywy i bardzo obrazowy i które na długo pozostawały w pamięci słuchaczy. Jeden z alumnów jeszcze po upływie wielu lat przytaczał słowa profesora: „Wy będziecie ogrodnikami, będziecie siali, pielęgnowali kwiaty, ale nie dla siebie, tylko dla Pana”. Dlatego był otaczany powszechnym szacunkiem; widziano w nim autentycznego wychowawcę i przewodnika w wierze. Pewnego rodzaju obrazem tego jest fakt, że z grona jego uczniów z seminarium wywodzi się aż pięciu beatyfikowanych męczenników: ks. Edward Grzymała, ks. Józef Kurzawa, ks. Leon Nowakowski, al. Tadeusz Dulny i al. Bronisław Kostkowski.

W latach 1924–1938 niemal co roku ks. Henryk brał udział w międzynarodowych zjazdach naukowych w Niemczech, Francji, Szwajcarii, we Włoszech i w Czechach. Sprawozdania z nich drukował w Ateneum Kapłańskim. Drukował w nim też swoje artykuły o tematyce teologiczno-moralnej, ascetycznej, społecznej oraz liczne recenzje nowych książek.

Wybuch II wojny światowej zastał ks. Henryka Kaczorowskiego we Włocławku. Mimo zajęcia miasta przez wojska hitlerowskie, pozostał w seminarium, by prowadzić, w miarę możliwości, zajęcia z alumnami. Tu 7 listopada 1939 r. został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu miejskim. Jeszcze i tam nie przestał nauczać swoich uczniów. Służył też przykładem w znoszeniu prześladowania; wpływał na nich zbawiennie, tak że z wielką godnością i oni znosili te wojenne przejścia. Tymczasem za wstawiennictwem jednego z lekarzy z Włocławka z powodu choroby, przedwcześnie postarzały, został na pewien czas przeniesiony do szpitala św. Antoniego.

W styczniu 1940 r. wszystkich duchownych aresztowanych we Włocławku przewieziono do miejsca tymczasowego internowania duchownych w klasztorze salezjańskim w Lądzie. We wspomnieniach z tego czasu o ks. Henryku Kaczorowskim ks. abp Kazimierz Majdański tak pisał: „Nigdy nie narzekał, nigdy nie wypowiedział słowa skargi i żalu, spokojnie przyjmował wszystko, co przyszło tak nieoczekiwanie i torturowało tak okrutnie. To tak, jakby dotychczasowe życie byłe nie tylko do takiej próby przygotowaniem, ale jakby jakimś niemal jej wyczekiwaniem. Cicho i cierpliwie. – Kryterium niezawodne prawdy o dojrzałym człowieczeństwie i dojrzałym kapłaństwie, wyraz heroicznego męstwa chrześcijańskiego, które nie krzyczy buńczucznie, bo umie znacznie więcej: umie nieść krzyż, wpatrzone w Cichego Baranka. Ten wspaniały kapłan był cichy. I to była tajemnica jego życia może najgłębsza.

W czasie internowania w Lądzie mówił w prywatnej rozmowie o szczególnej łasce wczesnej śmierci, gdy człowiek chodzi obdarzony jeszcze jakimś, nie zgaszonym przez starość, bogactwem życia i zrozumiałej dla innych „potrzebności”. Było to w ustach Rektora zaskakujące. Ale może usprawiedliwione tym właśnie jakimś poczuciem piękna, z którym liczy się Pan Bóg, Sprawca dojrzałości duchowej tylu młodych świętych powołanych wcześnie do Siebie”.

3 kwietnia 1941 r. wraz z bł. biskupem Michałem Kozalem i kilkoma starszymi kapłanami do Dachau. Droga tam prowadziła przez więzienia przejściowe w Inowrocławiu, gdzie został dotkliwie skatowany przez esesmanów, i w Berlinie. Do Dachau dotarli 25 kwietnia 1941 r. Otrzymał numer 24 547, umieszczono go w izbie 4 w baraku 28.

To właśnie w obozach koncentracyjnych (których hitlerowcy przygotowali na całym podbitym obszarze aż 1213) w sposób najbardziej okrutny i wyrafinowany demonstrowała się nienawiść do wiary. W planach Hitlera to właśnie obóz w Dachau miał zgromadzić większość duchownych zarówno z krajów okupowanych, jak i z Niemiec czy Włoch. Naziści chcieli mieć możliwość szybkiego działania wobec nich. W sumie od 1940 r. do końca wojny przez obóz w Dachau przeszło 2794 duchownych, wśród których było 1773 Polaków. Ofiar spośród duchownych w Dachau było 928, a wśród nich 861 to Polacy. Niemal 90% ofiar poniosło śmierć do końca listopada 1942 r., kiedy to w obozie było w obiegu zawołanie „Klechy i Żydzi mają zniknąć”. W 1942 r. jedną z form masowego wyniszczania wybranych grup więźniów były „transporty inwalidów”. Polegało to na tym, że więźniów chorych czy mniej przydatnych do pracy grupowano w tzw. bloku inwalidów, skąd stopniowo wywożono ich na zagazowanie do Hartheim k. Linzu w Austrii, gdzie było osławione centrum doświadczeń z gazami toksycznymi. W takich transportach wywieziono z Dachau 311 duchownych Polaków.

Ks. Henryk Kaczorowski przeszedł całą tę drogę. Jednak i tu był dla swojego otoczenia słońcem rozjaśniającym, na ile to możliwe, mroki ciężkich doświadczeń. Jego uwielbienie dla Boga objawiało się tym, że pomagał innym więźniom w każdy możliwy sposób, a czynią to tak dyskretnie, że rzadko kto o tym wiedział. Przede wszystkim podtrzymywał innych niezwykłą równowagą ducha nawet wśród największych szykan i niezwykłą cierpliwością w znoszeniu wszelkiego rodzaju utrapień. Nigdy nikt nie słyszał z jego ust najmniejszego żalu do Boga czy ludzi, nawet do wrogów. Owszem, był nieraz smutny, bo miał aż nadto ku temu powodów, ale ten smutek był spokojny i miał w sobie coś, co innych krzepiło i podnosiło na duchu. A często różne szykany i bolesne przeżycia przyjmował z humorem, można powiedzieć, religijnym, bo wszystko do Boga odnosił i Bogu składał w ofierze.

W tym czasie klęski i próby ks. Henryk próbował wczuć się w ekonomię Bożą, która choć dla słabego umysłu ludzkiego jest niezrozumiała, czasem przed wybranymi może odkryć rąbka tajemnicy. Patrząc na wszystko, co się podczas wojny działo, przez pryzmat wiary, uważał to za dopust Boży i był przekonany, że wyjdą one na dobro dla poszczególnych ludzi, a zwłaszcza na dobro Kościoła i Polski. Uważał, że posłał Pan Bóg tak wielką grupę duchowieństwa do Dachau, żeby byli oni żertwą Bożą, hostią, ofiarą, która miała przyczynić się do przejednania gniewu Bożego i do przygotowania lepszej przyszłości dla całej ludzkości, a w szczególności dla Kościoła.

Wspomnieć też trzeba i o modlitwie. Jak wiemy, już przed wojną ks. Henryk był człowiekiem modlitwy, a teraz, w Dachau, modlił się jeszcze więcej. Można powiedzieć, że w ogóle nie przestawał się modlić. I chociaż modlił się bez zwracania uwagi, nawet do pewnego stopnia kryjąc się z tym, zwłaszcza przed Niemcami, to ci, którzy bliżej z nim obcowali, nie mogli tego nie zauważyć, że był on w stałym zjednoczeniu z Bogiem.

We wspomnieniach z tego okresu tak pisze o nim ks. bp Franciszek Korszyński: „Kiedyś, pragnąc zobaczyć się z nim, podkradłem się pod blok inwalidów właśnie w tej chwili, gdy z energią, którą podziwiałem, zamiatał izbę, ustawiał stoły i stołki. Bardzo ucieszył się moim widokiem, zapewnił, że ta mniej męcząca praca fizyczna służy jego zdrowiu, potem wyciągnąwszy skądś kawałek chleba po prostu siłą wcisnął go w me dłonie. Wtedy przekonałem się, że nie tylko dla swego zdrowia tak chętnie pracował na izbie, ale i dlatego właśnie, by zaoszczędzonym kawałkiem chleba służyć innym. Sam głodny, boć przecież inwalidzi mieli takie samo pożywienie, jakie otrzymywali wszyscy inni więźniowie, jednak nie dla siebie przyjmował tę odrobinę chleba, zupy czy ziemniaków, które dostawał za pracę na izbie, lecz oddawał to innym”.

W kwietniu 1942 r. ks. Henryk, wyczerpany fizycznie, został przydzielony do bloku inwalidów, gdzie w izbie o wymiarach 8 na 9 metrów leżało stłoczonych około 300 osób. Oddzielono ich od innych więźniów, dano łagodniejszy regulamin, zwalniający ich od pracy i zezwalający na przechadzki po obozie. Poza tym obiecano im, że będą wywiezieni na lepsze warunki. Więźniów tych stopniowo zabierała duża ciężarówka, przykryta szczelnie czarną plandeką, nazywana samochodem widmem. 6 maja ciężarówka ta razem z innymi zabrała też ks. Henryka Kaczorowskiego. Wiedział, że jest to wyjazd na śmierć. Jednak przyjmował to ze spokojem, w duchu zawierzenia Panu Bogu.

Tak wspomina te ostatnie chwile księdza Henryka w Dachau ks. Władysław Sarnik, wówczas alumn i współwięzień: „Oto pamiętny, majowy dzień roku 1942. Na izbę wbiega jeden z naszych księży i woła: »Koledzy, chodźcie, popatrzcie, do inwalidów wjechało widmo!«. Wybiegamy. Rzeczywiście stoi kryta czarna ciężarówka. Wokół niej kręci się nerwowo obsługa bloku, ostre rozkazy dwóch esesmanów. Jeden z nich, z listą w ręku, wykrzykuje nazwiska. Biegnę chyłkiem ku żelaznej, zamkniętej już bramie. Chcę słyszeć te nazwiska, chcę widzieć ich, chcę ostatni raz spojrzeć na nich. Niektórzy z wyczytanych już wychodzą. Tymczasem padają dalsze nazwiska, jakże mi znane nazwiska polskich duchownych, z którymi dzieliłem dotychczasowe losy. Naraz słyszę: »Kaczorowski Henryk!«. Nogi zatrzęsły się pode mną. Czy to być może? To przecież mój dobroczyńca, kochany profesor i rektor. Już go widzę. Wychodzi z izby, niezmiernie wychudzony, w obozowych pasiakach – człowiek widmo. Szeroko otwartymi oczami rozejrzał się i spostrzegł mnie stojącego za bramą.

Gdy esesmani byli czymś zaaferowani, podszedł ku mnie do samej bramy. Był przejęty, wzruszony. Powiedział: »Władziu, powiedz wszystkim, aby się nie smucili. My się nie łudzimy. My wiemy, co nas czeka. ‘Dominus regit me et nihil mihi deerit’ (Pan kieruje mną i niczego mi nie zabraknie). Przyjmujemy z rąk Bożych to, co nas czeka. Módlcie się za nas, byśmy wytrwali, a my również modlić się będziemy za was – tam«. I tu wskazał ręką ku niebu. Ostry świst esesmańskiego gwizdka przeszył powietrze. »Zostańcie z Bogiem!« – powiedział, ale ręki na to ostatnie pożegnanie podać nie mógł. Jedynie przez siatkę dotknął palcami mej dłoni”.

W raportach obozowych, których nie zdążono zniszczyć przed niespodziewanym wyzwoleniem Dachau przez żołnierzy amerykańskich, można natknąć się na lakoniczną notatkę: „Czas konania w komorze trwał ok. 6 min.”. W takich okolicznościach, prawdopodobnie 6 maja 1942 r., zapewne zakończył życie ks. Henryk Kaczorowski.

13 czerwca 1999 r. papież Jan Paweł II wyniósł Henryka Kaczorowskiego, w gronie 108 męczenników za wiarę II wojny światowej, do chwały ołtarzy. Wspomnienie jego przypada 6 maja, lub – razem ze 108 męczennikami za wiarę – 12 czerwca. Obecnie trwa proces kanonizacyjny bł. Henryka Kaczorowskiego.

Henryk to stare imię germańskie. Haimrihhi znaczyło „pan domu” albo „władca kraju ojczystego”.

...wróć